Odpowiedz na ten temat

czy was też spędy rodzinne tak wypompowują fizycznie i psychicznie? Dramat

  • gość 2017.08.12 [22:44]
    Ja umieram po takim spędzie. Najpierw jestem niezdrowo podniecona i przejęta czy wszystko jest dobrze zorganizowane, potem się stresuję i denerwuję (roczek dziecka, musiałam zaprosić matkę męża przy której dla dziecka i reszty gości wypada być uprzejmą i miłą, udawać że zapomniałam jak mnie gnębiła docinkami w przeszłości- a ja to pamiętam jak dziś). Wiem, że np. teściowa mnie obgaduje do swojej siostry a ta siostra też będzie na ''roczku' itd. Generalnie nie lubię jak przychodzą goście, chyba że to przyjaciółka lub lubiana szwagierka z mężem - inni mnie zwyczajnie kosztują dużo energii psychicznej. Potem szybko chce mi się spać, czuję się jakby ktoś ze mnie spuścił powietrze, w duchu pobrzmiewa hasło: "gośc w dom-nie wiadomo po co"
    Moi rodzice są zaś bardzo gościnni, pamiętam że jak jeszcze mieszkałam w domu rodzinnym, to co tydzien kto ś był i bardzo mnie wkurzał ten brak prywatności. Ja dla odmiany jestem całkiem inna...
    Was też te spędy tyle kosztują psychicznie?
  • gość 2017.08.12 [22:52]
    Rozumiem.
    Mnie coś takiego jeszcze bardziej męczy, uwierz. Dlatego wcale nie zapraszam gości (oficjalnie pod pretekstem małego mieszkania a faktycznie dlatego, że za bardzo się stresuję).
  • gość 2017.08.12 [22:56]
    Ja mam podobnie, nie lubię takich spędów. też mnie to by stresowało i wypompowywało.
    Mam to szczęście, że nie mieszkam w Polsce, więc spędy rodzinne mnie omijają.
    Jak jestem w Polsce, to staram się, żeby żadne ciotki i wujkowie nie wpadali w gości zadawać "sto pytań do..." itd.
    I nie jeżdże do nich w gości. po co?
    moi bliscy to rodzice, rodzeństwo, rodzice męża (mam z nimi fajne relacje). i paru znajomych.
  • gość 2017.08.12 [23:25]
    A ja tęsknię za czymś takim... Rodziną, grupą ludzi. Na co dzień otacza mnie bardzo mało osób, więc chętnie bym pouczestniczyła w takich imprezach.
  • gość 2017.08.12 [23:31]
    23:25 tu autorka. ja może i tak mam ale nie do rodziny męża, a przecież dziecku nie zabronię kontaktu z babcią i tamtą ciocią, choć mnie oni męczą i samym swym sposobem bycia jakoś negatywnie na mnie oddziaływują
  • gość 2017.08.13 [00:50]
    Bez przesady, takie spędy rodzinne są dwa- trzy razy do roku, święta ewentualnie i urodziny dziecka właśnie. Bo na Dzień Babci i Dziadka to już spokojnie mąż sam może dziecko zabrać, na ich imieniny czy co tam jeszcze świętują razem też może podejść sam.
    Też mam taką siostrę i szwagra z którymi mam zły kontakt, właściwie z siostrą było ok, ale szwagier zalazł nam za skórę mocno, człowiek paskudny jakich mało, źle się odnosi też do naszego dziecka, a siostra od jakiegoś czasu mu wtóruje- nie wcinam się, nie komentuję, jej wybór. Zaciskam zęby jak są np. w Boże Narodzenie u rodziców- bo wiem że rodzicom sprawiłabym ogromną przykrość gdybym się nie pojawiła ze względu na nich, jak mam dość to wychodzę po prostu do innego pomieszczenia, albo idziemy na spacer, zaczęłam olewać totalnie. A u nich już nie bywam, i sama też nie zapraszam bo właśnie w końcu dusiłam się na tych spotkaniach.
  • gość 2017.08.13 [00:59]
    nie robię takich zlotów i mam spokój usmiech.gif
  • gość 2017.08.13 [01:32]
    witaj w klubie, tez nie lubie takich spedow, ale ja daje sobie pozwolenia na zycie! Tak, moga zyc tak jak chce i jak nie mam ochoty sie z kims spotykac, chocby najblizsza rodzina, to nie spotykam sie. Zauwazylam ze czesc rodziny to takie pijawki, wysycaja z nas engergie, dobry humor. Wszystko oceniaja wedlug swoich wzorcow, nie ma w nich jakiegos luzu, otwartosci. Rodzina cz nie rodzina,mam ochote sie spotykac to sie spotykam, nie to nie.
  • gość 2017.08.13 [08:07]
    Autorko niestety tak. Jak są urodziny mojego dziecka to organizacja wszystkiego zajmuje chyba z tydzień o dziwo żeby nie skłamać. I robie to jeszcze przy współpracy z mężem. Potem jestem zmięta jak papierek, tydzień czasu dochodze do siebie i nie chce nikogo widzieć. Często sie zastanawiam co ze mną jest nie tak, bo inni co chwila robią jakieś imprezy
  • gość 2017.08.13 [08:16]
    01:32
    Dać pozwolenie na życie ?
    Dziwnie to ujełaś. A dziadkowie dziecka od męża? A twoja matka, ojciec ? Człowieku wszystko ma swoje konsekwencje. Dziś ty kogoś olejesz i sie wystawisz tyłkiem, a jutro będziesz potrzebować pomocy i nie będzie do kogo ręki wyciągnąć po pomoc i na twój własny pogrzeb nikt nie przyjdzie sie pomodlić. Dziecko też izolujesz od rodziny, nie robisz mu urodzin ? żeby "dać sobie pozwolenie na życie" ?
  • gość 2017.08.13 [09:35]
    8.07 To rób skromniejsze urodziny. Mojemu synowi robiłam wczoraj urodziny z rodziną i nic specjalnie nie przygotowywałam do jedzenia, był tylko grill, słodycze, trochę kanapeczek i tort. Przygotowanie jedzenia zajęło mi 10 minut. Sama chciałaś tyle jedzenia a teraz marudzisz.
  • gość 2017.08.13 [10:29]
    to po co wy te dzieci rodzicie, zakładacie rodziny, przecież całe życie będą takie spędy, a czym więcej dzieci tym więcej tych spędów. A twierdzicie, ze tak fajnie mieć rodzeństwo, ja jestem jedynaczką i mam problem z głowy bo nie muszę zapraszać rodzeństwa z ich rodzinami, maż też jedynak i mamy jedno dziecko i żadnego więcej nie będzie. Mamy ciszę, spokój, jak mamy ochotę na więcej gości to zapraszamy koleżanki, kolegów itp. albo sami wyjeżdżamy na wczasy
  • gość 2017.08.13 [15:21]
    Też tak mam. Jestem odludkiem i mój mąż też. Cenimy sobie spokój w domowym zaciszu i najlepiej czujemy się w swoim towarzystwie. Mamy garstkę znajomych takich samych introwertyków jak my, spotykamy się od wielkiego dzwonu i jest fajnie. Niestety rodzinkę mam ze wsi... Spędy na kilkadziesiąt osób, hucznie, głośno, strasznie! Dla nich zawsze jest wszystko takie łatwe! Wigilia u mnie? Ale ja pracuję w Wigilię, nie będę miała czasu jej zrobić. "A co to za problem, kupisz rybę, usmażysz, hop siup i będzie". Zwykle za przeproszeniem zapie**alałam przy garach żeby ich jakoś ugościć, siódme poty wylewałam, nie spałam po nocach żeby wszystko przygotować, bo w dzień praca 10 godzin i brak czasu. Aż pewnego razu poszłam za ich przykładem i zrobiłam tylko rybę "hop siup". Powiem wam, że tak mi d**ę obsmarowali, do dziś dzień mi wypominają jaka ja niegościnna. Od tego czasu kwas jest, bo już nie robię Wigilii, wyjeżdżamy z mężem w Bieszczady na wszelkie święta. I tak jest przy każdej rodzinnej okazji. Święta, urlopy, wakacje, imieniny, urodziny. Teraz jest długi weekend sierpniowy. Przyjechali wczoraj na grilla, prosiłam, mówiłam, że nam nie pasuje, bo praca. Usłyszałam, że przesadzam, że co to kiełbasę wrzucić na grilla i upiec. No to poczęstowałam ich kiełbasą, chlebem i keczupem. Do picia kawa/herbata i woda. I znów obrabianie d**y, bo jak to tak bez żadnej sałatki? A ile to sałatkę zrobić? Gdzie piwo? Czemu nie zrobiłam kurczaka? Ile to skrzydełka zamarynować? I mają w dupie, że ledwo skończyłam pracę, wstąpiłam do sklepu po wędlinę, a jak przyjechałam do domu, to już stali pod drzwiami. Masakra z taką rodzinką. Toksycy i tyle. I proszę sobie odpuścić złote rady w stylu: "to trzeba było dzień wcześniej przygotować", bo dzień wcześniej, to ja nie wiedziałam że oni przyjadą. Dopiero wieczorem łaskawie mi powiedzieli, że wpadną i mam się nie wygłupiać, i nic nie robić usmiech.gif Fajnie, nie?
  • gość 2017.08.13 [15:51]
    Nie znoszę wścibskich ciotek i wujków. Niektórzy są spoko, ale od tych toksycznych uciekam
  • gość 2017.08.13 [17:23]
    Wiele zależy od relacji rodzinnych. Ja także jestem bardzo introwertyczna. Nie obchodzę nawet własnych urodzin, bo się męczę. Rodzina narzeczonego pochodzi ze wschodniej Polski. Ludzie tam mają inną mentalność. Dużą rolę odgrywa kościół, rodzina, ludzie żyją jakby wolniej, kobiety pieką, gotują, bo tak zostały często wychowane, że kupno ciasta ze sklepu to zgroza. Łatwiej podtrzymywać więzi jak się całe życie nie pracuje zawodowo albo kończy pracę o 15.00. Jak rodzina przyjedzie taki kawał drogi do nas to trzeba ich przenocować. Niezbyt to lubię. Mamy poprawne relacje, ale mam poczucie, że trochę wymuszone, sztuczne, żyjemy w innych światach, inaczej byłam wychowywana, niektórych zachowań nie rozumiem. Jak w tamtej rodzinie ktoś ma urodziny to jest msza w intencji solenizanta, a potem siedzisz przy stole od rana do nocy. W mojej rodzinie kawka, herbatka, ciasteczko i płaszcz. Najchętniej umawiam się na mieście. Goście w domu mnie męczą. Przygotowuję się do takiego maratonu psychicznie przez tydzień, a potem potrzebuję tydzień na dojście do siebie. Nie jestem dobrą kucharką, nie mam takich ambicji. Przed urodzinami dziecka miałam bóle brzucha i chciałam to najszybciej odfajkować.
  • gość 2017.08.13 [18:56]
    hahaha to ja wam powiem jak wczoraj zostałam przyjęta przez mojego wujka, urządzam dla mojej rodziny (wujek, matka, brat) święta u siebie wielkanoc, wigilię ileś potraw chociaż pracuje urlop przed świętami by posprzątać zrobić zakupy ugotować kilkanaście potraw do tego jakieś winko tort generalnie wszystko na tip top, wczoraj z matką i bratem pojechaliśmy odwiedzić na wieś tego wujka, nikt nie raczył mi powiedzieć że u wujka trwa wymiana kaloryferów efekt był taki że wujek siedział, po domu i podwórku kręcił się robotnik którego niby wujek pilnował my nie mieliśmy się gdzie podziać bo robotnik zachowywał się zbyt swobodnie ciągle nas zaczepiał i gada o wszystkim i o niczym efekt był taki ze mogliśmy razem ze sobą pobyć pogadać a nawet pomilczeć, głupio było wyjąć obiad, ciasto czy nawet wino które kupiłam na tą okazję bo facet się rozsiadł i gadał oczywiście on najmądrzejszy, taki chłopek roztropek, byłam taka wściekła że nie wiem po całym tygodniu zapieprzania cała sobota zmarnowana, jeszcze rodzinka sie nie odzywała nikt nie był na tyle asertywny by zwrócić uwagę panu żeby zajął się pracą kompletnie się nie odzywali a on nawijał (za to za plecami mieli go dość, narzekali że nie pracuje że zachowuje się zbyt swobodnie) po czym robotnik swierdził że jest naszą rodziną ze strony babci i wtedy to już w ogóle rozgadał się na całego, szlak mnie trafił po 2 bitych godzinach pokłóciłam się z matką, wujkowi powiedziałam co myślę a panu kazałam łaskawie zając się pracą wiecie facet był na tyle bezczelny że nic do niego nie docierało a moja rodzina na tyle nieasertywna że niby wszystkim to przeszkadzało ale nikt mu nie zwrócił uwagi, oczywście wyszłam na tą złą która ma pretensje o niewiadomo co, zabrałam się i wróciłam do domu ale wiecie co najbliższe święta spędzam sama a rodzince powiem że wyjeżdzam, dosyć tego
  • gość 2017.08.13 [21:25]
    Jeszcze ja z 17.23 Jestem mamą małego dziecka i siłą rzeczy muszę te spędy dla dziecka przetrzymać. Chrzciny zrobiliśmy, bo religijnej części rodziny na tym zależało. Ja do kościoła nie chodzę. Urodziny przeżywałam na miesiąc przed. Nie nawykłam do wielkiej celebry. Urodziny mam latem to nawet nie miałam organizowanej "osiemnastki". Mam jedną przyjaciółkę, więcej nie potrzebuję. Teraz jak jestem z dzieckiem w domu to najchętniej gadam z ekspedientkami robiąc zakupy i tyle mi wystarcza kontaktów towarzyskich. Zawsze taka byłam. Nie lubiłam imprez, dyskotek, to cud, że udało mi się stworzyć związek prowadząc tak introwertyczne życie. Na imieniny szwagrów/kuzynów chodzę bo muszę, męczę się strasznie. Najbardziej lubię urodziny moich bratanków. Z tymi dzieciakami czuję się lepiej. Dzieci nie chleją, nie chrzanią o polityce i kredytach, nie obrabiają tyłka. Jak widzę w rodzinie jedną taką co to całymi dniami w kuchni siedzi, bo mężuś znowu kumpli sprowadził przy byle okazji to jej współczuję, ale ona chyba nie narzeka, więc nie moja sprawa.
  • inaccessible89 2017.08.13 [21:29]
    gość dziś [15:21] Nie przejmuj się, robisz dobrze. Jak się wproszą na wigilię, zrób rybę, ale rozdziel każdemu zadania - bigos, sałatka, pierożki etc. Niech mają swój wkład.
    Grill? O.K. Kup kiełbaskę, a oni niech przywożą skrzydełka.
    Jestem świetnym teoretykiem.
  • gość 2017.08.13 [21:59]
    Hahaha ja jestem ze wschodu Polski z Podkarpacia. To prawda życie biegnie mi wolno i spokojnie. Piekę ciasta, robie przetwory, mam swój ogródek i warzywa ponieważ to jest wg mnie zdrowe. Nie lubie szumu i hałasu i imprez.. Wolę kontakt z przyrodą której mam bardzo bardzo dużo.. Lubię ciszę, spokój.. Nie lubię ludzi.. Marzę o drewnianym domu w sercu bieszczad albo chociaż w okolicach Leska Ustrzyk.. I żyć sobie tam spokojnie zdala od cywilizacji, konsumpcjonizmu i toksycznych ludzi.. W zgodzie z naturą i blisko Boga.. Współczuję wam takich rodzin i toksycznych relacji..
  • gość 2017.08.13 [22:31]
    Miałam taka sytuacje na rodzinnym spotkaniu, pytanie kiedy będzie w końcu kolejne dziecko, wszystko niby normalne i w stylu wscibskich ciitej, z tym że ja w ostatnich 2 latach miałam 2 trudne ciążę zakończone operacyjnie bez powodzenia. Wpadłam w depresję może wściekłość nie wiem być może to patologiczne zobojetnienie, już nie biorę udziału w żadnych imprezach rodzinnych.
  • gość 2017.08.13 [22:37]
    do gość dziś [09:35] - ja pieprzę jaka z ciebie torpeda, grill, trochę kanapek, tort i zajęło ci to tylko 10 minut
  • gość 2017.08.13 [22:48]
    18:56podziwiam ludzi którzy robią wigilię dla całej rodziny wujkow cięcie kuzyni. ......rodzina pomaga ci w przygotowaniach czy wszystko ty?
  • gość 2017.08.14 [10:03]
    21.59 Znam trochę wschodnią Polskę. Łatwo żyć spokojnie, pielęgnować rodzinne więzi i chodzić w gości jak się siedzi całe życie w domu, zachachmęciło lewą rentę, nie stoi się w korkach, kolejkach. Ta część rodziny kończy robotę o 15.00, weekendy mają wolne, połowa babek pobiera 500, wujkowie robią jako kościelny za bóg zapłać, patriarchat na maksa, oczywiście pis rulez. Ja nie nawykłam by ksiądz mi się wtryniał w każdy aspekt mojego życia. Żyję bez ślubu, tam to jest nie do pomyślenia.
  • gość 2017.08.14 [10:11]
    Też mnie coś takiego męczy. Lubię jak wpadnie przyjaciółka z mężem czy jakiś nasz kolega czy brat ale najbardziej nie cierpie jak przyjeżdża cała rodzina męża. Nie mówię tu o świętach itd ale zwykłej niedzieli. Wpada teść, teściowa, szwagierka, szwagier, babcia męża i dziadek. Tak jest w każdą niedzielę. Mieszkają 100 km od nas i chyba aż tak tęsknia za moim mężem... I to nie na kawke ale od 9 do 16 zwykle siedzą i cholera wie o czym z nimi gadać tyle czasu. Ja do tego pracuje od poniedzialku do soboty. Przerabane co?
  • gość 2017.08.14 [10:27]
    U mnie w rodzinie jest tak, ze zawsze jak przychodzą goście to jest wystawnie, duzo jedzenia ( jesteśmy ze wsi ) i jak w tym filmie kogel mogel ☺ w mieście przy paluszkach i krkersach a na wsi schab, salatki i inne rarytasy. Tak mnie wychowano i tego oczekuje moja rodzina. Za to rodzina mojego meza z miasta i jakby to nazwać, byleby szklem d**e utrzeć. Do nich jak sie idzie w gości, nie na ostatnią chwilę, a tylko zaplanowane, wszyscy wcześniej zaproszeni, to przy stole 15 osób a na stole dwie salatki i szarlotka. Dosłownie. Mi by bylo wstyd zaprosić gości a później po 20 minutach talerze puste i każdy się oglada bo głodny ☺ ale ja nie o tym. Jak już wspomnialam u mnie w rodzinie zawsze wystawnie, wiec ja szykując roczek córki spedzilam dwa dni w kuchni, obiad dwudaniowy, salatki, przystawki, wódeczka itp i jedyne co uslyszalam od teściowej i szwagierki oraz osób z ich strony rodzinnej to ze za duzo jedzenia, a po co tyle, a na co, ogólnie niezadowoleni, strasznie mi byli przykro bo to pierwsza impreza jaka robiliśmy poza weselem i chrzcinami w jednym, ale to w lokalu, za to moja rodzina zadowolona, oczywiście jedzenie cale poszli, wiec nie bylo za duzo. Rozumiem ze u nich sie siedzi przy pustym stole ale nie u nas, normalnie mam ochotę na następnej imprezie u nich komentować ze za malo jedzenia bo wszystko już sie skończyli i każdy glodny..
  • pine88 2017.08.14 [10:32]
    U mnie takie spędy niestety są często, bo mam dużą rodzinę i zawsze jakaś okazja do spotkania się znajdzie...
  • gość 2017.08.14 [10:38]
    10.27 Widzisz, u mnie jest odwrotnie. Część rodziny partnera ze wschodniej Polski tak właśnie świętuje jak ty. Nie wiem czy to lepiej. Zwyczajnie inaczej zostałam wychowana. Nie wyobrażam sobie dwóch dni w kuchni, bo moje dziecko ma urodziny. Moi rodzice też łapią się za głowę jak widzą jak to u nich wygląda, a po co, a na co, połowa się zmarnuje. Mój brat na urodziny swoich dzieci zamawia sushi, tort kupują, oboje z bratową dużo pracują, brat ma pracę wyjazdową w dużej mierze, zarabiają bardzo dobrze to i tort wolą kupić. Stać ich, to dlaczego nie? Jak mają długi wolny weekend to jadą na krótko zagranicę albo na koncert ulubionego artysty. Mama mojego partnera nie pozwoli sobie na wakacje, bo goście zwalają jej się na głowę, a poza tym udziela się w kościele i tam też ciągle coś. Nie usiądzie przy stole z innymi tylko ciągle kursuje do kuchni i donosi kolejne talerze, nawet nie pogadasz. Dla mnie takie życie to nie życie, ale co kto lubi. Nie kumam i tyle.
  • Onaaaaaa852 2017.08.14 [11:27]
    Gość 10:38
    Mam podobnie jak ty i myślę podobnie. Nie rozumiem w imię czego miałabym się urabiać po łokcie i robić to, czego nie lubię. Wszystkie większe imprezy ( łącznie z urodzinami córki) robimy zazwyczaj w lokalu, a jeżeli w domu ( rzadko, bo póki co mamy dość małe mieszkanie) jedzenie raczej zamawiamy. Życie jest zbyt krótkie, żeby spędzać go w kuchni i na usługiwaniu gościom, ale co kto lubi...
  • gość 2017.08.14 [15:41]
    10.27 A pomyślałaś, że to wynika z innego tempa życia? Moja mama całe życie pracowała w jednej firmie, robotę kończyła o 14.00, a na wcześniejszą emeryturę przeszła mając 50 lat. Mój partner przeprowadził się ze wschodniej Polski do zachodniej i jego rodzice nie rozumieją, że jak to, jest godzina 18.00, a on jeszcze w pracy? Pojechał do marketu i jeszcze nie wrócił, bo stoi w korkach. W jego rodzinie o 15.30 w dni powszednie rodzice są już po robocie i grzecznie jedzą rosołek, a godzina 20.00 to czas na ukochany serial w telewizji publicznej.
  • gość 2017.08.14 [15:50]
    Moi rodzice mieszkają w jednym domu z moją babką, która naklepała 6 dzieci przed laty. Jak mieszkałam jeszcze z rodzicami (dzięki Bogu już nie muszę) to co tydzień ktoś się nam zwalał na łeb, ojciec udawał zadowolenie, babka cwaniara przyjmowała swoje dzieci kosztem mojej matki, z któej zrobiła sobie darmową kuchtę bo "to dom zbudowany przeze mnie, ona przyszła na gotowe, niech się odwdzięcza". masakra. Spędy rodzinne kojarza mi się z poczuciem zagrożenia mojej przestrzeni osobistej, do dziś jak przyjadę do rodziców to k..wa nawet wtedy przyjeżdżają te kaczaniary i kaczazny i nawet tu nie odpocznę. Nienawidzę tego.
  • gość 2017.08.14 [20:47]
    Całe życie chodziłam spać około 22.00, wszelkie dłuższe imprezy to dla mnie męka. Jako nastolatka prawie nie zapraszałam do domu koleżanek, bo dziwnie się czułam. Wolałam spotkania u nich lub na mieście. Tak jest do dziś. Dom to dla mnie twierdza. Nie lubię gości niezapowiedzianych i nocujących. Robię wyjątek dla nielicznych.

Odpowiedz na ten temat

Trwa ładowanie...