Odpowiedz na ten temat

Smierc bliskiej osoby...jak sobie z tym poradzic...

  • Ruda 2004.02.11 [14:23]
    Witajcie, czytam ten topik od dnia jego powstania.
    Zajrzałam tu z ciekawości ... a może z przeczucia, że cos się stanie ... nie wiem.
    04.02 - zmarł mój tata. Nagle. Miał 86 lat. Powiecie - piękny wiek... Do końca był człowiekiem sprawnym, nie wymagającym stałej opieki. Był coraz słabszy ale umysł miał trzeźwy i duuużo poczucia humoru.
    Jestem od Was dużo starsza. Od śmierci mojej mamy - 16 lat temu w dniu 9.02. minęło już dużo czasu. Od tamtego dnia wiedziałam że nadejdzie pewnie taki dzień, kiedy przyjdzie mi pożegnać również mojego tatę. Lecz ... na nic nie zdają się racjonalne argumenty ... zawsze śmierć bliskiej osoby nadchodzi nie w porę, zawsze za wcześnie.....
    Pogrzeb mojego taty odbył się w rocznice śmierci mamy. Ktoś z bliskich powiedział : \"ściągnął całą rodzinę na rocznicę śmierci żony, którą bardzo kochał\".
    Mieszkaliśmy razem - ja, moja córka i mój tata. Zostałyśmy we dwie.... Mija kolejny dzień bez niego. Wróciłam do pracy, zajmuję sie codziennymi obowiązkami .... tylko tak trudno otworzyć drzwi prowadzące do Jego pokoju ......
    Pocieszam się, że spotkał się z mamą i teraz obydwoje będą nad nami czuwać. Pocieszam się, że długie życie przeżył. Pocieszam się, że patrzył jak dorasta jego jedyna wnuczka , która kochał nad życie, czego nie dane było mojej mamie bo odeszła, kiedy moja córka miała 8 m-cy.
    Znajduje mnóstwo racjonalnych argumentów , żeby poczuć się lepiej... tylko czasem ten ból, gdzieś tam w środku, jest nie do zniesienia....
    Wspominam jego ostatnie chwile... pamiętam jak trzymałam go za rękę i prosiłam : wytrzymaj, nie odchodź, za chwilę będzie lekarz .... Miał trzy zatrzymania akcji serca , dwa razy wracał ... trzeci raz już nie ....

    Wszystko co piszecie , jest mi bardzo bliskie ...
    Dobrze, że dzielicie się swoimi przemyśleniami, uczuciami . Dziękuje.

    " nie biegnij tak ... bez wytchnienia, ktos czeka cię ... jak zbawienia. Ktoś na serca dnie zatrzymać ciebie chce, może ja .... kto wie "
  • Nina 28 2004.02.11 [16:32]
    Ruda.... to ja dziękuję... dziękuję za to że tu jesteś...

    Bardzo mi przykro, trzymaj się! Ja jak wiesz przeżyłam śmierć mamy i cierpię nadal...

    mozna ( a nawet trzeba) tłumaczyć sobie racjonalnie temat śmierci, ale płakać i cierpieć nikt nam nie powinien zabraniać.. Płacz więc, wylej łzy tęsknoty, żalu...

    Tak pięknie napisałaś o swoim ojcu... Ja tak bardzo bym chciała, żeby i mojej mamie było dane dożyć tych lat, żeby miała możliwość umrzeć w domu, wśród bliskich, a nie w szpitalu, wśród obcych ludzi, zestresowaną....

    Kochanie- trzymaj sie mocno! Masz córcię, masz dla kogo żyć, masz komu pokazywać świat...

    Twoi rodzice są już razem..spokojni...uśmiechnięci, szczęsliwi wędrują po zielonych (tak! ) łąkach...

    Nam pozostaje żyć, korzystać z tego czasu jaki został nam dany...
    Pisz tutaj proszę jak tylko będziesz miała na to ochotę...
    Mnie to bardzo, bardzo pomaga, że mogę \"pogawędzić\" z famfaramfą,
    wydaje mi się, że jakimś cudem wyczuwamy swoje emocje, pomagamy sobie ...wysłuch*jemy...wspieramy

    ja tu będę... będę zawsze by wspierać, będę gdy będzie mi źle, gdy wrócę zapłakana z cmentarza.. gdy dostrzegę kolejną ważną rzecz jaką robię już bez MAMY...

    Ściskam cię mocno usmiech.gif

  • famfaramfa 2004.02.11 [18:24]
    Witam was cieplutko!!

    Nino--->>> Skad wiedzialas, ze jestem dzis troche badziej szczesliwa niz zwykleoczko.gif ????
    Bylismy z Thomasem w miescie, musialam zalatwic kilka spraw na uczelni, potem bylismy w pizzerii( ale sie objadlam...usmiech.gif , a teraz Thomas pojechal do miasta po torbe na notebooka, a ja zabieram sie do nauki...mam jutro egzamin i zaczynam sie bacusmiech.gif ...
    Slonko, doskonala Cie rozumiem, mnie tez brakje Mamy...ale nie obwiniaj sie o to, ze nie zrobilas wszystkiego...Czasami po prostu nie jestesmy w stanie pomoc...Ja tez robilam Mamie masaz serca z nadzieje, ze Jej pomoce, ale to juz nic nie dalo...To nie Twoja wina, ze guzy wykrytu pozno, to wina, tego, ze nie sa robione badania diagnostyczne od czasu do czasu...Niektore choroby \"nie bola\" zyjemy z nimi nieswiadomie, a kiedy zostaja wykryte czesto jest zbyt pozno...Tego nikt nie jest w stanie przewidziec, a pewnie sama wiesz jak trudno dostac skierowanie na badania, do specjalisty itp. Moja Mama robila tomografie prywatnie, zdjecia jednego organu kosztuja okolo 320zl, a niestety malo kogo stac na to by od czasu do czasu (dla swietego spokoju) zrobic tomografie, jednego czy drugiego organu...Po prostu niektorych spraw nie jestesmy w stanie przeskoczyc...smutne to, ale tak niestety juz jest. Zrobilas wszystko co w Twojej mocy, zalatwiliscie Mamie dobry szpital, operacje... Dostrzegasz bliskich i nawet bardzo dalekie, albo prawie nieznane osoby...np. mnie i inne forumowiczki...Niestety zaden normalny czlowiek nie wyczuje, ze z kims bliskim dzieje sie cos niedobrego...Nawet twoja Mama nie czula, ze cos jej rosnie w glowie...po prostu nikt tego nie wiedzial...

    Pozdrawiam Cie cieplutko!! Trzymaj sie i milego wieczoru z kolezankami!!!

    Ruda---->>> Przykro mi z powodu smierci Twoich rodzicow! Wiem, a przynajmniej wydaje mi sie, ze wiem, co czujesz...Takjak juz sama napisalas, smierc zawsze przychodzi nie w pore...
    Mnie tez brakuje Mamy, zawsze jak wracam do domu, chyba podswiadomie chce zawolac, \"Czesc Slonko!Jak sie czujesz?\" To bylo jedno z pierwszych zdan, gdy wracalam do domu...Teraz moge wolac do taty, oby jak najdluzej...Dobrze, ze masz przy sobie coreczke, mala pocieche, przynajmniej masz dla kogo zyc...
    Ja tez probuje sobie wszystko racjonalnie wytlumaczyc, tylko wlasnie ten bol i poczucie straty...Nie wiem, czy mi kiedys to minie...

    Pozdrawiam serdecznie! Trzymaj sie cieplutko!!!
    "Nicht nichts ohne dich, aber nicht dasselbe"
  • Nina 28 2004.02.12 [16:06]
    Witajcie...

    ja dziś w takim jakimś dziwnym nastroju..nie mogę się na niczym skupić, poczytałam sobie chwilkę zakutana w ciepły kocyk, ale nagle przestałam rozumieć co czytam...

    Martwię się o mojego tatę...bardzo źle wygląda, schudł...zachowuje się niby normalnie, ale widzę, że jest podenerwowany, smutny...

    Famfaramfo- jak radzi sobie twój tato? Jak mu pomagasz, bo ja już nie wiem... Mój tato zawsze był bardzo zamkniety w sobie, to taki typowy facet-od uczuć i przytulania była mama... Jest trochę oschły, ale mi to nie przeszkadza..

    Chcę poprostu z nim pogadać, niech wyrzuci z siebie żal...może jutro będzie okazja, bo jedziemy razem do miasta, a potem na grób do mamy...on tylko tam potrafi się otworzyć...zadawać pytania...

    Mój tato 19 lutego kończy 71 lat..dziś z siostrami ustaliłyśmy, że zrobimy rodzinne przyjęcie w niedzielę, ja upiekę dobre ciasto, zrobię sałatki...

    Chcę żeby był szczęśliwszy...Nie wiem jak mu pomóc...Zaczął więcej pić...nie może znaleźć sobie miejsca w domu...

    Ostatnio opowiadał mojemu mężowi, że którejś nocy mama chodziła po pokoju, myślała, że śpi, ale on słuchał... Mówił, że otwierała szafę..szukała czegoś...podobno nasz pies, który zawsze śpi koło szafy uciekł na drugi koniec pokoju...

    Nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć...może tato tak bardzo tęskni za mamą, że mu się to wszystko po prostu wydaje?.. Nie wiem...

    Chce podobno położyć na stole kartkę i długopis, bo może mu mama coś napisze... Ech...nie wiem jak mu pomóc...

    17 lutego będzie miesiąc od śmierci, a wszyscy jesteśmy tak bardzo rozbici, rozżaleni...

    Tęsknię za nią okrutnie, zasypiając mam ją pod powiekami...obrazki ze szpitala, jej smutne oczy... Boże! Kiedy mi przejdzie???


  • Nina 28 2004.02.12 [16:12]
    Ech... ulżyło mi trochę jak się \"wypisałam\"....

    Ruda- odezwij się czasem proszę...Napisz jak sobie radzicie z córcią...

    Famfaramfo- jak to dobrze, że masz teraz przy sobie Thomasa! Korzystaj, przytulaj, łap pozytywną energię usmiech.gif

    Pozdrowienia
  • Ruda 2004.02.12 [16:19]
    Nino - znam te nastroje, które Cię teraz dopadają. Ja przez długi czas po smierci mojej mamy , miałam wrażenie że jak sie szybko odwróce, to napewno ją zobacze krzątajacą się po domu. Też towarzyszył mi jej obraz pod powiekami kiedy zasypiałam. Teraz towarzyszy mi obraz taty.

    Mój tata, po smierci mojej mamy przez 6 lat jeździł na cmentarz codziennie. Potem już tylko kilka razy na tydzień a ostanio wtedy kiedy go zawiozłam, bo nie miał już dość siły na tak długą wyprawę. I ... mam żal do siebie, ze nie pojechałam z nim na cmentarz w styczniu , mimo że mnie pytał czy może pojedziemy.... lecz w styczniu było zimno ... nie chciałam go narażac na przeziębienie.... Chciałam go chronić ... a może tylko się usprawiedliwiam .....

    Mój tata, też był takim facetem, co nie potrafił mówić o uczuciach . Trudno dotrzeć do takich ludzi i im pomóc skoro nie znamy ich uczuć. Czasem tylko powiedział, że bardzo kocha Monikę ( moją córkę) i wtedy łzy mu się pokazywały w oczach ....
    Nie wiem jak możesz pomóć tacie. Może powinnaś zwrócić się do jakiegoś specjalisty aby dał Ci jakieś wskazówki.

    Łapię się na tym, ze jadąc samochodem zamyślam się, odpływam, wspominam i potem zastanawiam się : jak ja się tu znalazłam, nie pamiętam drogi, którą przejechałam.

    Pozdrawiam Was dziewczynki ( mam nadzieję, że mogę tak do was mówić , bo mogłybyście pewnie być moimi córkami ).
    Trzymajcie się .
    " nie biegnij tak ... bez wytchnienia, ktos czeka cię ... jak zbawienia. Ktoś na serca dnie zatrzymać ciebie chce, może ja .... kto wie "
  • Cokolwiek obojętne 2004.02.12 [16:39]
    Życie staje się bezsensu. Nie chcę niczego kochać ani do niczego się przywiązywać, o nic się starać, bo boję się, ze to stracę. Bo wiem jak łatwo cos się kończy. Wszystko jest bezsensu.
    Nie umiem się szczerze cieszyc, nie umiem się czymś interesować z pasją, boję się szczęścia i nie rozumiem go. Mam zawieszony smutek.
    Drażnią mnie gierki ludzkie, cały ten galimatias bzdur, masek, udawania. Jest mi tak strasznie, strasznie smutno, przykro, niezrozumiale, nie chcę sie zgodzić ale nie mam wyboru...
    Ale powoli się budzę...
    życie jest piękne, ślamazarnie na nowo poznaje jego uroki i na nowo staram się nim cieszyć, ale to nie jest łatwe. Zaczynam od patrzenei na rzeczy, których sie nie zauważa, chcę być mądra.
    Kiedyś się obudzę na stałe a chwile smutku będą tylko dawnym snem, który będzie pojawiał się tak rzadko jak teraz chwile przebudzeniausmiech.gif
  • Ladybird 2004.02.12 [17:04]
    Witam was serdecznie.
    Dlugo zastanawialam sie czy napisac o tym co mnie strasznie gnebi,o mojej tesknocie za Mamusia,tak mi ciezko bez niej ,tak mi trudno,i codziennie barkuje mi jej coraz bardziej, choc minelo od jej odejscia prawie trzy lata, dla mnie czas stanal w miesjcu.
    Minelo tyle czasu, a ja nie potrafie o tym rozmawiac,a tak bardzo bym chciala zrzucic ten ciezar ,ktory mnie przygniata.
    Nie potrafie pogodzic sie z jej odejsciem,a na dodatek,nie zdazylam sie z nia pozegnac,i wiem napewno ze gdybym mogla jednoczesnie byc w dwoch miejscach naraz, napewno ona walczylaby ,nie bylo mnie przy niej,
    Opiekowalam sie nia jak tylko moglam, rozpieszczalam i kochalam tak bardzo,kiedy dowiedzialam sie iz ma raka, w ostatnim stadium, czyli zlosliwego i ze rokowania lekarzy byly poprostu zerowe, moj caly dotychczasowy swiat runal, jak domek z kart.Moja mamusia do konca swych dni nie wiedziala ze ma raka zlosliwego, poprosilam lekarza ktory ja zdiagnozowal ,aby jej tego nie mowil, bo znajac swoja Mamusie ona by poddala sie od razu, bez walki.Lekarze dawali jej pol roku,zyla 1.5.
    Ze szpitala wzielam ja do siebie, bo na ojca nie mialam co liczyc, dla niego wazniesi byli koledzy i wodka.Bywaly dni bardzo ciezkie, ale i te kiedy wogole nie bylo zadnych dolegliwosci,po polrocznym leczeniu nastapila remisja, lekarze byli b zdziwieni,przy tak zaawansowanym raku.
    Jaka bylam szczesliwa, zylam nadzieja ze razem pokonamy te chorobe,
    dni mijaly,wszytko bylo jak dawniej,i pewnego dnia znowu sie zaczelo,od tak poprostu, tylko ze zdwojona sila.Boze jakie to straszne uczucie ,patrzec na cierpiacego,i ta niemoc ta bezsensowna niemoc ,ktora ogarniala mnie w kazdej sekundzie jej cierpienia.
    Gdybym wtedy tej nocy zadzwonila wczesniej po pogotowie, gdybym nie posluchala sie mamusi,tylko zadzwonila od razu, napewno daloby sie ja odratowac.Kiedy na drugi dzien pojechalam do szpitala ,lekarz twierdzil ze jest jeszcze nadzieja,operacja, ale i ryzyko ze moze jej nie przezyc gdyz ma bardzo wycienczone organizm,lub serce nie przetrzyma narkozy.
    Mialam serce rozdarte na pol, ale zgodzilam sie na operacje, chywtalam sie kazdej deski ratunku.
    Szpital w ktorym lezala Mamusia,byl oddalony o godzine jzady od mojejgo miejsca zamieszkania, ale bylam u niej codziennie,organizowalam opieke nad moim synkiem i jechalam,wtedy to ona byla dla mnie najwazniejsza,
    po operacji powoli dochodzila do siebie,ani na moment nie dalam jej zwatpic ze jeszcze zobaczy swoje wnuki.
    Tydzien szybko minal,rechabilitowalam Mamusie,lekarze twierdzili ze sa w szoku iz tak szybko do siebie dochodzi,jednak w tym samym czasie moj synek trafil do szpitala,nie wiedzialam co mam zrobic, bylam poprostu zdruzgotana,pomimo tego iz mam dwie siostry i brata, nikt nie zaoferowal sie aby posiedziec w dzien przy moim malym synku, a ja w tym czasie pojechalabym do Mamusi.Nikt nawet do niej nie pojechal, ojciec byl raz ,prosilam aby przekazal Mamusi ze jak tylko synek lepiej sie poczuje to zaraz do niej przyjade,ale on nie powiedzial jej tego,bo niby nie chcial jej martwic.Dzwonilam codziennie ze szpitala od synka, do szpitala do mamusi,lekarze zapewniali mnie ze wszystko jest w porzadku, poprosilam aby informowali mnie o wszystkim i jakby cos sie stalo zeby mnie zawiadomili.Sama na wlasne zadanie wypisalam synka ze szpitala, bo mialam przeczucie ze cos sie dzieje nie tak,w piatek mial wyjsc,bylam w siodmym niebie, bo zaraz po wyjsciu mialam pojechac od razu do Mamusi, jednak juz nie zdazylam,w czwartek zadzwonili ze o 22:15 nastapil zgon.
    Do tej pory zadaje sobie mnustwo pytan, pytan bez odpowiedzi, bo niby wszystko bylo ok,Mamusia dochodzila do siebie,i nagle z dniana dzien trach,koniec ,finito.Do tego tak barfzo prosilam aby poinformowali mnie o tym jesli jej stan sie pogorszy,a oni tego nie zrobili.Nie moge darowac sobie ze nie bylo mnie przy niej, ze nie zdazylam jej powiedziec jak bardzo ja kocham,mam wyrzuty, to moja wina ze odeszla, bo gdybym przy niej byla napewno by mnie nie zostawila,odeszla sama samiutenka w obcym miejscu daleko od domu.Napewno czula sie bardzo samotna, moze myslala ze byla ciezarem dla mnie ,i ze lepiej bedzie jesli odejdzie, zostawila mnie , aja nie potrafie bez niej zyc.Tak mi ciezko,tak bardzo chce aby to wszystko wrocilo, bo moje zycie nie ma juz sensu.Wszyscy z mojej rodziny zmarli,zostal tylko ojciec, ktorego nienawidze z calego serca, i do konca mych dni obwiniac bede za smierc mojej Mamusi.
    Jak mam sie cieszyc ,zkoro nie ma przy mnie osoby, ktora byla motorem napedowym mego zycia, osoba ktora byla dla mnie wszystkim.
    To nieprawda ze bol mija, ze czas go usmierza,bynajmniej w moim przypadku tak nie jest.Nie wiem jak mam ukoic swoj smutek, bo chyba nic nie jest w stanie go ukoic.
  • Nina 28 2004.02.12 [19:30]
    Ladybird .... poruszyłaś we mnie to wszystko co duszę i upycham...bo zaraz pojawiają się łzy...

    Kochana! Jakże doskonale cię rozumiem, moja mama też była sama w chwili gdy dostała wylewu krwi do mózgu (miała ogromnego guza na mózgu) nie było mnie przy niej...mam przeogromne poczucie winy...nie umiem sobie z tym poradzic a minął dopiero miesiąc...

    Jeśli czas nie leczy ran...to ja chyba oszaleję...
    Nie zrozumie nas nikt, kto tego nie przeżył. Docierają do mnie słowa wielu kochanych, mądrych ludzi, którzy mówią, że przecież robiłam co mogłam, że mama wie, że ją kochałam, że to nie jest tak, że to moja wina... Nie mogę jednak przestać czuć się tak podle...

    Też się zastanawiam, czy jakbym zabrała ją ze szpitala to nie żyłaby dłużej..w szpitalu była bardzo zestresowana, była taka biedna...ten stres wszystko przyspieszył..jestem PEWNA!!!

    Może dlatego nie śni mi się szczęśliwa, uśmiechnięta...może dlatego ciągle czuję niepokój gdy zasypiam, wydaje mi się, że chodzi po pokoju, może dlatego mówię sobie, że dlatego nie daje mi żadnych pozytywnych znaków, znaków że jest jej dobrze, bo ma do mnie żal, że ją tak zostawiłam???

    Boże! Ja wiem, że tak nie wolno mówić, mój mąż jest przy mnie i pomaga mi, mówi, że powinnam dalej żyć, bo ona by chciała żebym była szczęśliwa, ale jak żyć z poczuciem winy???

    Moja mama też była dla mnie najważniejszą osobą na świecie- i tak jak piszesz, też była dla mnie \"motorem napędowym\"... nie umiem się jeszcze pozbierać... nie umiem...

    Ruda- tez tak mam- jadę autem i nie wiem gdzie, robię coś i nagle zapominam co...
    Byłam u specjalisty i jedyne co powiedział to to, że to najzupełniej normalne, że każdy człowiek inaczej przeżywa \"okres żałoby\"- jak to określił... dostałam jakieś prochy, bo na samym początku byłam cieniem człowieka, nie mogłam jeść, spać, myśleć...

    Nigdy nie zapomnę tego tłukącego się serca, chwytającego za gardła strachu, gdy dzwonił telefon....

    Ja teraz nawet boję się mieć dziecko, bo jak sobie pomyślę, że pojawi się ktoś, o kogo będę się znowu tak bała jak o mamę... nie wiem czy to zniosę....

    Kochane moje, musimy się wspierać!
    Famfaramfa założyła ten topik by się po prostu wypisać, wyrzucic z siebie choć na chwilę ten ogromny ból...

    Ale w trakcie okazało się, że jest nas tak wiele... wspieramy się, opisujemy swoje emocje, opisujemy swoje sny...

    O rany- ale się poryczałam! Nie dajmy się!

    Ladybird- masz synka, masz dla kogo żyć, uczyć go świata, pokazywac mu, że życie mimo wszystko potrafi być piękne, opowiesz mu jaką miał cudowną babcię- tak jak ja napewno opowiem mojemu dziecku- o ile kiedyś będę je miała...

    Pozdrawiam was bardzo gorąco, zauważajcie tez te piękne chwile: uśmiech waszych dzieci, promienie słoneczka...
    Mamy tylko jedno życie- musimy je wykorzystać jak najlepiej umiemy, a potem wszyscy spotkamy się ze swoimi zmarłymi bliskimi i będziemy mogli porozmawiac...wyjaśnić sobie wszystkie niedopowiedziane słowa...
    Ja w to wierzę, ale jednocześnie rozmawiam z moją mamą cały czas podczas dnia, nic na to nie poradzę, rozmawiam z nią w myślach...

    Trzymajcie się cieplutko usmiech.gifserduszko.gifusta.gif
  • kingu 2004.02.12 [21:02]
    Witajcie cieplutko.

    Nie mam tyle czasu, aby czytać wszystkie listy, są przede wszystkim bardzo wzruszające, łzy mi pociekły, ale to chyba naturalne, pewnie nie tylko mi.


    "CZAS LECZY RANY"

    To jest prawda, chociaż jak komuś odeszła niedawno bliska osoba, nie uwierzy w to. Ja z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że to prawda. Ból, załoba zawsze zostanie w sercu.
    Bedąc nastolatką umarła mi siostra, nie mogłam sie z tym pogodzić przez bardzo długi okres czasu, nadal wyobrazam sobie, jakby było gdyby ona zyła......

    Zawsze byłam niemal pewna, że wszyscy umrzemy razem, cała najblizsza rodzinka, ale niestety, życie to nie bajka.

    Pozdrawiam Was milutko
  • Ladybird 2004.02.12 [23:32]
    Witam was .
    Dzieki Nina za slowa otuchy,nie martw sie ja dzis chyba zryczalam sie z piec razy.
    Wiem ze trzeba zyc dalej, ze mam dla kogo,staram sie jak moge, ale jak mam zyc kiedy cos w moim zyciu sie wydazy a ja tak bardzo chcialabym podzielic sie tym z Mamusia.
    Nie potrafie rozmawiac o tym z nikim, nawet z mezem.
    Po smierci mamy odseparowalam sie od wszystkich, zamknelam sie w swojej zalobie nie dopuszczajac nikogo do siebie.
    Wiem ze to zle, wiem ze to moze bylo glupie, ale wtedy nie chcialam dzielic z nikim moim smutkiem.Wszystko co mnie wokol otacza przypomina mi mamusie,wiem ze powinnam zyc bardziej realnie,ale nie potrafie,nie umiem inaczej.Najgorsze jest to ze czuje sie taka osamotniona w tym swoim smutku,kiedys probowalam porozmawiac o tym z tesciowa, lecz ona stwierdzila ze przesadzam, ze przeciez juz zycia mamie nie wroce,ze powinnam sie otrzasnac,bo zycie toczy sie dalej.Toczy sie pewnie,tylko juz nie tak jak kiedys.Tak bardzo mi brakuje tego pieknego usmiechu,tych wielkich zielonych oczu ,ktore zawsze patrzyly na mnie ze zrozumieniem,brakuje mi jej przytulenia i tych slow otuchy ze wszystko bedzie ok.Moja mamusia byla mloda, miala zaledwie 48 lat,miala patrzec jak dorastaja jej wnuki,i cieszyc sie razem z nami.Kiedy to przestanie bolec,chyba nigdy.
    Pa ide spac bo jutro bede miala oczy jak spuchnieta sliwka.
    Trzymajcie sie cieplutko.Kolorowych.
  • Ruda 2004.02.13 [12:26]
    Cześć ,
    smutny miałam dziś poranek. Płakałam, nie potrafiłam się opanować. Wiedziałam, że moja córka bardzo przeżywa śmierć dziadka ale ... słowa jakie przeczytałam na jej blogu ... Tak dużo w nich ciepłych uczuć do dziadka i babci i tak wiele smutku ..... Pięknie napisała .... Prosiła \"babciu, dziadku ... pomóżcie mojej mamie ... ona ma teraz tylko mnie ....\" Pisała, że nie zdążyła sie pożegnać , przeprasza dziadka za to ....
    Moja córeczka, która ma tylko 16 lat i tyle mądrości, dojrzałości w sobie....
    Dziękuję, po raz kolejny Bogu, że dał mi ją ...

    Bardzo mi dziś smutno.
    " nie biegnij tak ... bez wytchnienia, ktos czeka cię ... jak zbawienia. Ktoś na serca dnie zatrzymać ciebie chce, może ja .... kto wie "
  • Nina 28 2004.02.13 [12:46]
    Witajcie kochani...

    Lepiłam dziś pierogi z tatą...siedzieliśmy razem ...cichutko..a ja myslałam, że się rozryczę, bo tak często siadywałam na przeciwko mamy..razem lepiłyśmy , rozmawiałysmy, żartowałyśmy...

    Bardzo mi jej brakuje...też tak jak wy tęśnię, i co chwilę przeżywam coś czym chciałabym się z nią podzielić...

    Mam bardzo niespokojny sen, ciągle sie budzę, wydaje mi się, że ktoś chodzi po pokoju...może mama TAM czegoś potrzebuje? Nie wiem... Modlę się codziennie za spokój jej duszy, modlę się też do niej aby dodała nam sił, aby pomagała nam tam z góry...

    Zamówiłam mszę w jej intencji w miesiąc po śmierci... to już niedługo, zamówiłam też druga mszę w dniu jej urodzin. 1 kwietnia skończyłaby 66 lat....

    Pozdrawiam was cieplutko. Odezwę się wieczorkiem. pa
  • Nina 28 2004.02.13 [17:16]
    Właśnie dostałam bardzo pokrzepiającego maila od mojego kolegi...
    Napisał tyle miłych słów...tyle ciepła... Znowu troszkę mi raźniej...

    Nie wiem, czy pisałam o tym, że wróciłam do pisania pamiętnika.
    Prowadziłam dziennik przez kilka dobrych lat jak byłam w szkole podstawowej i potem w średniej. Teraz wróciłam do pisania, ja zawsze \"wypisuję\" to co lezy mi na sercu...to zawsze pomagało...taka swoista terapia duszy...

    Teraz jednak mój pamiętnik to tak jakby listy do mojej zmarłej mamy...są bardzo osobiste i okraszone suto łzami...Pisze tam o wszystkim co mnie boli, o mojej tęsknocie za nią, o moim poczuciu winy, o tym, że byłam nienajlepszą córką...

    Obejrzałam tez dziś kawałek mojego filmu ze ślubu...to było 6 m-cy temu...ona jest tam taka ....kochana...

    Zaraz ma przyjechać moja najstarsza siostra, nie mogę się rozkleić, nie chcę jej martwić i tak wyżaliłam się jej ostatnio, popłakałyśmy sobie obie... Dobrze, że mam dużą rodzinę....

    Pozdrawiam was wszystkie, famfaramfo- mam nadzieję, że jutro spędzisz cudowne Walentynki z ukochanym...

    Wszystkim wam życzę mimo wszystko, żeby ten dzień miłości, był właśnie go pełen... Trzeba kochać ...to najpiękniejsze uczucie..a każda z nas ma przecież kogo kochać...

    Trzymajcie się
  • Nina 28 2004.02.15 [22:47]
    Witajcie...
    Nie ma tu nikogo? halo?!

    Jakoś dziś smutno mi ....mimo cudownych Walentynek, mimo fajnego, dzisiejszego wieczoru z przyjaciółmi....wracam do mieszkania i nie ma już mamy, z którą często wieczorami gadałyśmy przy herbacie...

    Brakuje mi jej bardzo... Byłam na cmentarzu = jak tam wczoraj smutno było! Po mrozach nastał odwilż, wszystko się pozatapiało, wszędzie mokra, brudząca glina...a mama tam leży samiutka.....

    Zapalam zawsze duże znicze, by miała choć odrobinkę światła i ciepła... to głupie, wiem, ale jakoś raźniej mi na sercu, gdy wyobrażam sobie, że nawet nocą tlą się te znicze i ogrzewają ją...

    Odezwijcie się: Ladybird, Ruda no i oczywiście moja famfaramfo kochana! usmiech.gif

    Pozdrawiam
    ..ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy...
  • famfaramfa 2004.02.16 [08:18]
    Witam wszystkich i przepraszam za \"chwilowa\" nieobecnosc....

    W wekkend mialam od rana do wieczora zajecia, a jako, ze jest u mnie moj mezczyzna, ktory caly dzien siedial sam w domku, wiec nie mialam serca zasiasc wieczorem do komputerka, zeby podzielic sie z Wami, tym co mysle, czuje...Prosze o wybaczenieusmiech.gif

    Odkad jest u mnie Thomas, nie placze juz tak czesto...czasami poleci mi tylko kilka jez...Najgorzej jest rano, bo budze sie czesto kolo 5.00-6.00, a mnie jwiecej miedzy 5.00 a 6.00 zmarla moja Mama. Nie wiem, czy to dobrze, czy to zle, ale wiem, ze o tej porze dnia zawsze znajde chwilke, by bardzo intensywnie o Niej myslec...Moj zegar biologiczny przestawil sie w taki sposob, ze budze sie i nawet gdy, jak dzis, mam wolny dzien i moglabym jeszcze pospac, to mam problemy z zasnieciem...i wciaz o Niej mysle...

    Chcialabym podziekowac Wam wszystkim, za to, ze otworzylliscie swoje serca...Kazde z nas, wie co znaczy stracic bliska osobe i dlatego czuje sie przez Was o wiele lepiej zrozumiana, niz przez osobe, ktora nigdy nie znalazla sie w takiej sytuacji i ktora za wszelka cene probuje mnie pocieszyc, nie rozumiejac mego smutku i bolu...Kazdy z nas inaczej przezywa strate bliskich, ale wiem, ze zostane przez Was zrozumiana i za to Wam serdecznie dziekuje...Za cieple slowa otuchy, za to, ze opowiedzieliscie Swoje historie....Mimo, ze wiekszosci z Was nie znam osobiscie, to czuje sie z Wami jakos zwiazana...laczy nas bol, smutek i ciagla proby powrotu do zycia codziennego...niestety to bardzo trudne...ale, to ze moge tu napisac, co mnie trapi, ze moge \"porozmawiac\" ze wspanialymi osobami, daje mi troche sily do tego, by ciagle probowac, mimo, ze wiem, ze juz nic nie bedzie jak kiedys...

    Pozdrawiam Was bardzo cieplutko!!!
    "Nicht nichts ohne dich, aber nicht dasselbe"
  • Nina 28 2004.02.16 [19:31]
    Hej...

    Cieszę się famfaramfo, że masz Thomasa przy sobie, obecność kogoś kochanego bardzo, bardzo pomaga.

    ja dziś miałam telefon od koleżanki z pracy- umarła jej mama...też tak nagle jak moja....

    Wszystko wróciło...płakałyśmy razem...rozmawiałyśmy długo..wygadała się...wyżaliła... rozumiem ją tak bardzo!!!

    jadę w środę na pogrzeb, martwię się o Agę, ona jest bardzo emocjonalna, może popaść w jakiś amok...muszę się nią zająć...

    Niedawno ktoś mi powiedział- przeciez czas leczy rany! Zgadzam się, ale nigdy w życiu nie zmniejszy mojego żalu, nie pogodzę się nigdy z mamy śmiercią, nie wybaczę sobie wielu bezsensownych sytuacji, kłótni, spraw...

    Muszę z tym żyć, chcę żyć dobrze! Śmierć mamy nauczyła mnie bardzo wiele, mam zadrę w sercu, która codziennie mi przypomina o tym co się stało...

    Teraz skupiam się na szukaniu pracy- chcę znaleźć swoje miejsce na ziemi, chcę urodzić dziecko, chcę je wychowac na dobrego, wrażliwego człowieka. Ja też chcę być dobrym człowiekiem...

    Pozdrawiam was
    ..ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy...
  • Nina 28 2004.02.17 [22:20]
    Smutno mi bardzo...

    Boje się zasnąć...nie rozumiem co sie dzieje... napisze coś więcej jutro bo dziś, bo teraz nie umiem... Może dzieje się coś niedobrego? O co chodzi?

    ......................ech..............
    ..ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy...
  • Ktośś 2004.02.18 [12:01]
    Czy smutek i zal kiedys minie??czy czlowiek kiedys sie pogodzi ze smiercia bliskiej osobysmutas.gif zadaje sobie te i inne pytania caly czas!!najpierw stracilam mame w wieku 5 lat-nawet nie poznalam jej, nie wiem jaka byla!pozostaly mi tylko zdjecia!a jakis czas temu w moje urodziny stracilam tate!pojechal i juz nie wrocil!byl dla mnie wszystkim!!!jest mi strasznie ciezko!tak samo jak Wam i rozumiem doskonale co czujecie!TRZYMAJCIE SIE,PA!!
  • famfaramfa 2004.02.19 [09:31]
    Witam!

    Troche zaniedbuje topik, a to za sprawa mego mezczyzny...Nie mam go na codzien, a jak juz u mnie jast to zupelnie trace gloweusmiech.gif
    Jakos daje sobie rade, ale mimo tego, ze Thomas jest przy mnie, nie moge przestac myslec o Mamie, Ona ciagle jest gdzies w moich myslach, jest jakby takim tlem,ktore dosc czesto staje sie pierwszym planem moich mysli...

    Nino--->>> Co sie dzieje Slonko? Mam nadzieje, ze dzis czujesz sie juz lepiej...Przykro mi z powodu smierci Mamy twojej kolezanki, ale przynajmniej bedziecie sie mogly obie wzajemnie wspierac, a to jest jak sama wiesz bardzo pomocne...Wiesz z tym leczeniem ran przez czas tez sie do konca nie zgodze, bo jak rana jest bardzo gleboko, to naprawde duzo czasu musi uplynac, aby sie zagoila...ale i tak, czy siak zostaje blizna, ktora o ranie wciaz przypomina...Mam nadzieje, ze znajdziesz jakies odpoewiednie miejsce pracy, trzymam za Ciebie kciuki!
    Dzis odwiedzaja mnie kuzynki w wieku 15- 17 lat i musze wymyslic jakis program na najblizsze dni...nie wiem jak dlugo u nas zostana, ale mam nadzieje, ze nie beda sie tu nudzily...
    Trzymaj sie Slonko cieplutko i daj znac co u Ciebie!
    Buziaki!

    Ktos--->>> Probuje sobie wyobrazic, co przezywasz...ja nie mam Mamy, ale zostal mi jeszcze Ojciec i bardzo sie tego boje, ze strace rowniez Jego!Musisz byc dzielna, choc wiem, ze to co Cie spotkalo jest po prostu straszne...Czasami zadaje sobie pytanie, dlaczego niektorym wszystko sie wspaniale uklada a innych spotykaja nieszczescia??? Ale odpowiedzi na to pytnie chyba nikt nie zna!
    Trzymaj sie cieplutko! Pozdrawiam!
    "Nicht nichts ohne dich, aber nicht dasselbe"
  • Ktośś 2004.02.19 [12:22]
    Tez tego sie strasznie balam!nie dopuszczalam takiej mysli do siebie ze moge tez stracic jego!przynajmniej nie teraz!kiedy go tak bardzo potrzebowalam!nie ma jego juz!a ja nie moge sie z tym pogodzic!a najgorsze jest to ze nie moge chodzic na cmentarz do moich rodzicow!!!smutas.gif bo kiedy tam jestem i czytam napisy dociera do mnie fakt ze ich juz nie ma!oszukuje sie caly czas ze on wroci ze gdzies wyjechal!jest mi lepiej zyc z taka swiadomoscia i zniesc-TEN CHOLERNY BOL!!smutas.gif
    Famfaramfa-tez mam mezczyzne!dobrze miec ukochana osobe przy sobie ktora Cie kocha i opiekuje sie Toba w tak trudnych dla nas chwilach!jest troszke latwiej to wszystko zniesc!POZDRAWIAM WSZYSTKICH,pa
    Troszke mi lepiej jak wyzale sie piszac tutajusmiech.gif papapap
  • Nina 28 2004.02.19 [13:51]
    Witajcie...

    Ja miałam kilka "ciężkich" dni... Miało to zapewne związek z tym, iż 17.02 minął miesiąc od śmierci mamusi...

    Potem ten pogrzeb mamy mojej koleżanki... wszystko wróciło...
    Ale jest jeszcze coś, o czym nie chciałam napisać, bo bałam się, że mnie wyśmiejecie, ale nie moge...muszę to opisać...

    Nie chciałam o tym tutaj pisać, bo to znowu kolejne moje "przytłaczania"...ale nie umiem sobie poradzić....

    Ostatnio przeżyłam okropną noc...Długo nie mogłam zasnąć, nagle obudziłam się, bo wydawało mi się, że słyszę jakiś chałas, szuranie, stuki...zerwałam się przeokropnie, mój mąż chrapał smacznie obok.

    Spojrzałam na zegarek i ... oblał mnie zimny pot! Obudziłam się dokładnie o 00.20, a dokładnie przed miesiącem o tej godzinie 17.01 stwierdzono zgon mamy!!!

    Przypadek? Albo co??! Nie dołowałam się specjalnie jakoś tego dnia...jutro mamy mszę za mamę... nie myślałam jakoś SZCZEGÓLNIE intensywnie o jej śmierci...

    Ale nie to jest najważniejsze- najgorsze jest to, że od tej pory nie mogłam usnąć, serce mi waliło jak młot, bałam się (!)

    Dlaczego moja mama mnie straszy? Co to wogóle jest jeśli nie ona, cały czas słyszałam niepokojące szuranie, trzaski podłogi... ale dlaczego się JEJ boję?

    O co tu chodzi? Ja już nic nie rozumiem... Ostatnia rzecz o jakiej bym sobie pomyślała to ta, że będę się bała mamy po śmierci...

    Napiszcie mi zupełnie szczerze co o tym sądzicie, czy to moje omamy, moja wyobraźnia, czy to może jest COŚ, a ja nie umiem tego odczytać???

    I skąd ten strach? Bałam się zamknąć oczy, obudziłam męża i poprosiłam go, żeby się ze mną zamienił miejscami- musiałam spać przy ścianie! Bałam się tych dziwnych dźwieków... On twierdzi, że nic nie słyszał...

    Moja szwagierka mówi, że to mogło być wiele sytuacji...albo faktycznie mama przyszła się jeszcze raz pożegnać, albo to tylko moja wyobraźnia...

    do Ktośś- ja przeciwnie, chodze na cmentarz tak częśto jak tylko mogę. Tam moge sobie spokojnie poryczeć, porozmawiać z mamą..
    Byłam wczoraj i mówiłam do niej, że tak bardzo chciałabym ją wyjąć z tej ziemi i przytulić...Brakuje mi jej okrutnie...

    Bardzo ci współczuję, że straciłaś oboje rodziców...My tu się wspieramy, piszemy o naszym bólu, żalu... To pomaga- uwierz mi.

    Pozdrawiam was gorąco


    ..ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy...
  • famfaramfa 2004.02.19 [15:15]
    Nino--->>>
    Chce Cie uspokoic...ja taz czesto budze sie w nocy, a raczej nad ranem kolo 5.00, czyli troche wczesniej niz normalnie...Tez kilkakrotnie budzilam sie w nocy i balam sie zamknac oczy, bo ciagle mialam obraz Mamy przed oczami...Nie wiem, czy to normalne, czy nie, ale ja tez tak mam, na poczatku sie troche balam, ale wytlumaczylam to sobie, ze to przeciez Moja Mama i, ze kto jak kto, ale Ona nic zlego by mi nie zrobila...Nie wiem, czy to omamy, wyobraznia, czy to duchy Naszych Mam nawiedzaja nas w nocy...ja zawsze, gdy cos takiego mi sie przytrafia modle sie o spokoj duszy Mamy...zazwyczaj mam pozniej problemy z zasnieciem, ale moze to ten caly stres wychodzi z nas w ten sposob, nie wiem, ale co jest dziwne, to to, ze budzimy sie o porze,kiedy Nasze Mamy odeszly...
    Pozdrawiam Cie Nino bardzo serdecznie!

    Ktos--->>> Mam podobny problem. Na poczatku zaraz po pogrzebie myslalam, ze bede codziennie jezdzic na cmentarz, choc mam daleko...od pogrzebu bylam tam tylko raz...Nie wiem dlaczego, ale boje sie tam jechac, szczegolnie sama...Moze podobnie jak Ty wtedy uswiadamiam sobie, ze Mamy naprawde nie ma...Mam nadzieje, ze mi to minie...Czesto \"rozmawiam\" z Mama, z polki nad biurkiem,Mama caly czas na mnie spoglada i sie do mnie usmiecha...Ale nie wiem czemu brak mi odwagi, zeby samej stanac nad Jej grobem...chyba wole rozmawiac z Nia, bedac tu gdzie Ona zawsze byla, czyli w domu...Nie moge przyzwyczaic sie do \"Jej nowego miejsca zamieszkania\"... Ale mam nadzieje, ze z czasem mi przejdzie...
    Pozdrawiam Cie serdecznie!
    "Nicht nichts ohne dich, aber nicht dasselbe"
  • Nina 28 2004.02.19 [15:56]
    famfaramfo kochana!

    Dzieki wielkie za słowa otuchy, twoje wrażenia są takie same jak moje...
    O wiele mi łatwiej, gdy wiem, że mogę tu o tym wszystkim napisać i zostanę zrozumiana usmiech.gif

    Też sobie tak tłumaczyłam, że to moja mama, że nie chciałaby bym się bała...też się modliłam za spokój jej duszy...

    Widać jeszcze nie zwariowałam, skoro nie tylko ja tak mam...

    Jeśli chodzi o wizyty na cmentarzu...wcale wam się nie dziwię, że nie możecie tam chodzic...

    To takie ostateczne, gdy się tam jest..takie dziwne...

    Ja mam jednak całkiem inaczej....tylko tam czuję spokój..tam wiem, że to jest nowe miejsce pobytu mojej mamy, tylko tam wydaje mi się, że ona mnie widzi, czuje się tak, jakbym siedziała z nią w kuchni przy stole i piła kawę...tak często to robiłyśmy...

    Juz nie możemy z tatą doczekać się wiosny, chcemy zadbać o grób, nadsypać ziemi, posadzić kwiaty (mama tak bardzo kochała kwiaty) wysypać żwirek, zamontować ławeczkę....

    Mój tato jak tam jest też się bardziej otwiera, tylko tam potrafi ze mną szczerze porozmawiać...

    Jemu jest szczególnie ciężko, moja mama była bardzo zaradną, \"obrotną\" osóbką, która wszystko robiła sama. W jakiś sposób ubezwłasnowolniła mojego tate, bo zapomniał zupełnie jak to jest płacić rachunki, gospodarować pieniędzmi, robić zakupy, gotować...

    Teraz sobie wszystko przypomina, na początku był bardzo zestresowany tymi właśnie błachostkami, a ja go zaczęłam wyręczać tak jak robiła to mama. Jednak mój mąż powiedział, że nie można tak, że on sam musi się nauczyć o siebie troszczyć. My w lecie wyprowadzamy się do innego mieszkania, tato zostanie w domu z moją starszą, ale lekko upośledzoną siostrą, która też wymaga opieki i z moim psem ukochanym.

    I tak wiem, że będę w domu bardzo często, nie będę umiała inaczej.

    Ale się rozpisałam! Ale tak mi się jakoś ciepło na sercu zrobiło usmiech.gif

    Zjadłam już 3 pączki i może dlatego jestem taka zadowolona?

    Pozdrawiam usta.gif
    ..ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy...
  • famfaramfa 2004.02.20 [16:38]
    Witam Cie Nino!!!

    Dzis caly dzien swieci u mnie slonko...i co najlepsze bedac na dworze czulam na twarzy jego cieplutkie promyki...Mam nadzieje, ze wiosna szybko zawita, bo rowniez chcemy zajac sie grobem i posadzic kwiaty...
    Moja Mama rowniez kochala kwiaty, szczegolnie te, ktory urosly w ogrodku i ktore zrywal jej tato...Postanowilismy oboje, ze w tym roku nasadzimy duzo kwiatow w ogrodzie, zebysmy mogli czesto zawozic je na grob Mamy...Choc jak ostatnio wspominalam, poki co rzadko tam bywam...Ale mam nadzieje, ze to szybko minie...W niedziele wybieram sie do Mamy z Thomasem, pewnie tato tez z nami pojedzie...

    Jesli chodzi o mojego tate (pytalas o to wczesniej), to jakos daje sobie rade...To on codziennie robil Mamie sniadanie (mi jak bylam mlodsza rowniez)...Zaradny z niego facet wszystko umie zrobic...Zycie go nauczylo, Mama chorowala w sumie prawie 40 lat na cukrzyce, ponad 10 lat temu prawie calkowicie stracila wzrok i gdy gorzej sie czula, ktos musial sie zajac domem...W sumie w trojke zajmowalismy sie domem wzaleznosci od potrzeby i mozliwosci...Dlatego nie boje sie o ojca, ze sobie sam nie poradzi, bo dosc dobrze gotuje (ostatnio nawet zaczal szyc na maszynieusmiech.gif )...Gosposia z niego ze hejusmiech.gif ...ale widze, ze bardzo przezywa smierc Mamy, ale tlamsi to w sobie, czasami zdarza mu sie uronic pare lez, ale jak sam powiedzial czasami niepotrafi zwerbalizowac tego co czuje i glupio jest mu plakac...Mowilam mu, ze zawsze moze pogadac i poplakac ze mna, ale on chyba woli sam przezywac to na wlasny sposob... Chcialabym mu pomoc ale nie wiem jak..po prostu staram sie przy nim byc

    Pozdrawiam Cie serdecznie i sle Ci cieplutkie promyczki!
    "Nicht nichts ohne dich, aber nicht dasselbe"
  • kiara 2004.02.20 [17:42]
    Witajcie.
    Nie wiem, czy ktoś będzie chciał przevzytać tę historię, ale ja i tak ją opiszę..
    Mój Tatuś miał 54 lata. Jakiś czas temu (niecały rok) wykryto u niego jakieś małe guzki na jelitach. Zrobiono mu jakiś prosty, rutynowy zabieg i wszystko miało być ok. Po jakichś 2 miesiącach trafił spowroptem do szpitala, z tym samym. Odbył się identyczny zabieg, oczywiście lekarze nadal twierdzili, że to nie jest nic groźnego i że już teraz będzie ok. Za jakiś czas po raz trzeci trafił do szpitala i tym razem zdecydowano usunąć mu cały pęcherz i kawałek jelita, co też zrobili.
    Od tamtej pory Tatuś chodził z wielkim filiowym workiem na brzuchu, do którego była odprowadzana praca jego nerek. Ale on się przez cały czas trzymał i wciąż mówił, że jest dobrze,
    Moi rodzice mieszkają na wsi, ja z moim bratem już jakiś czas temu wyjechaliśmy do pobliskiego miasta (60 km), żeby sie uczyć i znaleźć pracę, dwójka mojego starszego rodzeństwa wcześniej rozjechała się po Polsce.
    Odkąd wycięli pęcherz mojemu Tacie zaczął chodzić na chemioterapię- przyjeżdżał do B. na kilka dni do szpitala, potem wrzcał do domu i tak co dwa tygodnie. Dodatkowo chorował na serce, miał bardzo słabe wyniki krwi, miał bardzo mało siły. Ale przyjeżdżał na tą chemię i cały czas się uśmiechał. Odwiedzaliśmy go z bratem tak często jak tylko mogliśmy i teraz bardzo się tego cieszę.
    Mój Tata zaczął radioterapię, zmieniał leki, wszystko wyglądało podobno dobrze, on sam mówił, że czuł się coraz lepiej..
    Któregoś dnia wypuścili go do domu na długi weekend, bo i tak nie miałby wtedy naświetleń.. Spytał mnie, czy pojadę z nim do domu, ale ja akurat miałam jakieś swoje sprawy, mój brat pracował- Tata pojechał do domu sam....
    Dwa dni później dostałam telefon od sąsiadów- mój Tatuś nie żył. Kolega znalazł go jak leżał w łazience na podłodze...
    Ja nie potrafię sobie wybaczyć, że nie pojechałam z nim wtedy do domu, że może gdybym tam była to On żyłby nadal, może zdążyłbym wezwać karetkę, może... A nawet jeśli nie- to mogłabym być przy Nim, trzymać go za rękę i mówić, że Go kocham... Strasznie boję się tego, że On leżał na tej podłodze taki samotny, że na pewno był przerażony... Nie potrafie sobie wybaczyć, że mnie przy nim nie było...
    A najbardziej chyba boję się tego, że mógł się poczuć po prostu niepotrzebny, może pomyślał, że jest dla nas tylko kłopotem i po prostu wziął za dużo tabletek... Nie wiem tego i nigdy sie nie dowiem, a nie daje mi to normalnie żyć...
    Niecałe dwa miesiące wcześniej odbył się ślub mojego najstarszego brata- moich rodziców na nim nie było i, przynajmniej dla mnie, było to bardzo smutne. Mój Tatuś zbyt słabo się czuł, żeby jechać pociągiem (nasz samochód nie nadawał się na długie wyjazdy) na drugi koniec Polski, a mama kilka dni wcześniej wyjechała do pracy do Włoch, "żeby zarobić na prezent dla synka". Pomijam szczegół, że moim zdaniem jej obecność na uroczystości byłaby dla mojego brata zdecydowanie większym prezentem... Poza tym mam cały czas żal również do mamy, która wyjechała do Włoch, żeby opiekować się jakimś dziadkiem, nie zważając na to, że w domu też jest ktoś, kto wymaga opieki.... Ani ja, ani brat ze względu na pracę nie mogliśmy być cały czas przy Tacie, poza tym on [przez cały czas zapewniał nas, że jest ok.
    W każdym razie był wtedy sam....
    Mam 22 lata, mój brat 24. Nagle okazało się, że to my musimy teraz wszystko pociągnąć- zorganizować pogrzeb, pozałatwiać wszystkie formalności... Mój brat był wspaniały- poradził sobie ze wszystkim, chociaż nigdy wcześniej nie był w takiej sytuacji, ja nie byłam taka silna. Przez cały czas chciałam być przy Tacie- przytulałam się do niego, płakałam, przepraszałam, że zostawiłam Go samego, wiem, że On nigdy by tego nie zrobił.... Zanim Go pochowaliśmy minęlo kilka dni, bo moja mama nie mogła wcześniej przyjechać z Włoch (!). Nie chciałam z nią rozmawiać- w momencie gdy wyjechała do Włoch zostawiając nas z tym wszystkim przestała się dla mnie liczyć. Po śmierci mojego Taty też przyjechała tylko na dwa dni, zrobiła z siebie wielką cierpienniczkę ('kto by pomyślał, że po powrocie zastanę go martwego", "jaka ja jestem nieszczęśliwa"), a potem po prostu pojechała. Wiecie, co mnie zabolało najbardziej w tej sytuacji? że przez 10 minut polamentowała przy trumnie, a potem zaczęła wszystkim opowaidać, jak jej jest ciężko w tych Włoszech, jak wyglądają uliczki, co oni tam jedzą, itp.itd nie przejmując się tym że w pokoju obok są ludzie, którzy modlą się za duszę jej męża...
    Nie rozmawiałyśmy prawie przez te dwa dni, ale nie o tym chciałam pisać...
    Jak już wspomniałam- moi rodzice mieszkają na wsi, więc ciał nie wystawia się w kaplicach, tylko po prostu w domach. Przez cały czas byłam przy ciele mojego Taty, całowałam go, trzymałam za rękę, nawet spałam w tym samym pokoju, ale tak musiałam być ułożona, żeby w każdej chwili jak otworzę oczy to żebym widziała jego twarz...
    Wtedy, najbardziej na świecie chciałam, żeby przyszedł i powiedział do mnie "Chodź, Szczypiorku (ak na mnie mówił), kupię Ci gumę do żucia", dał mi rękę i żeby zabrał mnie ze sobą. Nie dlatego, że nie chciałam żyć, ale dlatego, że chciałm być z Nim już na zawsze.. Marzyłam o ty, żeby mi się przyśnił, cos do mnie powiedział, cokolwiek....
    Minęły już trzy miesiące, a ja ciągle nie mogę się pozbierać- wystarczy chwilka, kiedy nie mam nic na głowie a już zaczynam płakać. Płaczę wszędzie- w autobusie jadąc do pracy, idąc na zkupy, oglądając telewizję, teraz zresztą też- i tak codziennie. I wcale nie jest lepiej- wprost przeciwnie.
    Poza tym moje życie całkowicie się zmieniło- nic nie jest dla mnie ważne: zawaliłam szkołę (wciąż nie mogę się z tego wygrzebać), wciąż kłócę się z moim chłopakiem (jesteśmy razem już 5 lat, planowaiśmy się pobrać). Teraz on nie jest dla mnie ważny, mam w nosie, to co on myśli, czego chce, od 3 miesięcy nie byłam z nim w łóżku... Robię cokolwiek, żyję tylko dlatego, że muszę, nie cieszy mnie zupełnie nic...

    I cały czas myślę o tym że to tak naprawdę moja wina, że mój ukochany Tatuś nie żyje....

    Nie mogę już dalej pisać, literki na klawiaturze całkowicie mi się rozmazały, a poza tym Wy pewnie i tak nie czytacie tego co piszę...

    W każdym razie trzymajcie się, uwierzcie mi- wiem, że jest ciężko.. I że tak naprawdę to nikt nie może nam w tym pomóc.
  • kiara 2004.02.20 [17:44]
    Minęły już trzy miesiące, a ja ciągle nie mogę się pozbierać- wystarczy chwilka, kiedy nie mam nic na głowie a już zaczynam płakać. Płaczę wszędzie- w autobusie jadąc do pracy, idąc na zkupy, oglądając telewizję, teraz zresztą też- i tak codziennie. I wcale nie jest lepiej- wprost przeciwnie.
    Poza tym moje życie całkowicie się zmieniło- nic nie jest dla mnie ważne: zawaliłam szkołę (wciąż nie mogę się z tego wygrzebać), wciąż kłócę się z moim chłopakiem (jesteśmy razem już 5 lat, planowaiśmy się pobrać). Teraz on nie jest dla mnie ważny, mam w nosie, to co on myśli, czego chce, od 3 miesięcy nie byłam z nim w łóżku... Robię cokolwiek, żyję tylko dlatego, że muszę, nie cieszy mnie zupełnie nic...

    I cały czas myślę o tym że to tak naprawdę moja wina, że mój ukochany Tatuś nie żyje....

    Nie mogę już dalej pisać, literki na klawiaturze całkowicie mi się rozmazały, a poza tym Wy pewnie i tak nie czytacie tego co piszę...

    W każdym razie trzymajcie się, uwierzcie mi- wiem, że jest ciężko.. I że tak naprawdę to nikt nie może nam w tym pomóc.
  • famfaramfa 2004.02.20 [19:09]
    Kiara--->>>> Wiem co czujesz i mimo Twych obaw, przeczytalam to co napisalas od deski do deski...
    Tez mam momenty, ze nic mnie nie cieszy, wtedy najchetniej zamknelabym sie w pokoju i nie wychodzila z lozka, ale z drugiej strony wiem, ze musze isc do przodu.
    Mialam egzaminy na 2 kierunkach i cholernie sie tego balam, ze nie dam sobie rady, ze wszystko zawale, ale wiedzialam, ze musze zrobic wszystko, by zdac je jak najlepiej, by utrzymac stypendium...Mimo, tego, ze ciage przezywam hustawke nastrojow, to staram sie zalatwiac wszystko, to co musze...wiem, ze nie powinnam zawalac spraw, bo to i tak nic nie da...ciagle wycie w poduszke nie nie zmieni...a gdy zaczne po koleji zawalac sprawy, to potem bedzie mi jeszcze trudniej wkaraskac sie z problemow...

    Ja tez ciagle mysle o Mamie...w domu, w tramwaju, wszedzie...

    Nie mysl, ze Cie pouczam, albo cos takiego, ale miej choc troche serca dla swojego mezczyzny...To dla niego tez pewnie trudna sytuacja, pewnie czasami nie wie jak ma sie zachowac, bo z wlasnego doswiadczenia wiem, ze czasami, jestem zla na caly swiat i wyladowuje sie na moim mezczyznie, a w sumie on na to nie zasluzyl, bo stara sie mi jakos pomoc...
    Wiem, ze obwiniasz siebie za smierc Taty...ale to niczyja wina...Ja bylam przy Mamie, robilam co moglam, ale to nic nie dalo...odeszla. Niestety na smierc nie mamy wiekszego wplywu, przychodzi taki moment, ze nikt i nic nie jest w stanie pomoc...

    Pozdrawiam Cie serdecznie!
    Trzymaj sie!
    "Nicht nichts ohne dich, aber nicht dasselbe"
  • kiara 2004.02.20 [19:27]
    ale gdybym przy nim była może nie czułby się taki samotny... Onby mnie nigdy nie zostawił...
  • Nina 28 2004.02.20 [21:01]
    Kiaro- słonko!
    Trafiłaś pod dobry adres...
    Na tym topiku każdy wie, jak ciężko jest po stracie kogoś bardzo bliskiego...i też jak famfaramfa przeczytałam każde twoje słowo!

    Zapamiętaj, że nikt cię tu nie zlekceważy, nikt nie będzie spłycał twoich odczuć. Jednak takie spojrzenie z zewnątrz na dramat drugiej osoby może wiele pomóc...

    Jeśli czytałaś nasze poprzednie wpisy to wiesz, że przed miesiącem straciłam mamę.To był dla mnie przeokrutny cios, mama była dla mnie najważniejszą osobą w życiu, kochałam ją bezgranicznie...

    Miałam (i nadal mam) straszliwe wyrzuty sumienia, poczucie winy. Tez tak jak ty myślałam, że byłoby inaczej GDYBY...

    no właśnie to tylko gdybanie, ja mam sobie wiele do zarzucenia, ale wiem jedno- nic już nie zwróci mi mamusi, musze żyć dalej...

    I robię to! Codziennie wstaję, krzątam się po domu, pomagam ojcu, przytulam sie mocno do mojego męża...

    Mam 28 lat, 16.08.03 wyszłam za mąż, miałam to szczęście, że mama była obecna w tym najpiękniejszym dla mnie dniu...

    Nie odtrącaj swojego chłopaka! to jest najgorsze co możesz zrobić!
    Ja też tak miałam przez chwilę, nie wyobrażałam sobie, że mogłabym w kilka dni po śmierci mamy uprawiać seks, czy nawet przytulić się...

    Wydawało mi się, że to nie na miejscu, że to nie tak...
    ale to nieprawda. Bliskość drugiej osoby, jej ciepło i kochające dłonie są wielką podporą! uwierz mi!

    Teraz wiem, że gdyby nie mój mąż to byłoby mi o wiele trudniej...
    Minął już miesiąc, a ja nadal ryczę w najdziwniejszych momentach, jeżdżę kilka razy w tygodniu na cmentarz, rozmawiam z mamą, płaczę głośno.... Tylko tam mogę sobie pozwolić na chwile słabości, nie chcę okazywać bólu przy tacie...jutro mamy małą rodzinną imprezkę- tato kończy 71 lat i zjedzie się cała rodzina...

    Chcę by miał teraz same miłe chwile...Boję się o niego...
    On też tak jak moja mama jest pełen energii, sił, pogody ducha...

    Boję się by nie odszedł tak nagle, niespodziewanie jak mama...

    Podziwiam go i kocham. Kocham też moją mamę bardzo... Patrzy na mnie z półki jej małe zdjęcie, zrobione kilka lat temu, gdy była w pełni zdrowia... taką ją chcę pamiętać...

    Kochanie, pisz tutaj. Bądź, rozmawiaj z nami. My jesteśmy tu po to by się wspierać...

    Ściskam cię mocno i przesyłam wszystko co najlepsze usmiech.gif
    ..ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy...

Odpowiedz na ten temat

Trwa ładowanie...