Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

GallAnonymous

Zarejestrowani
  • Zawartość

    0
  • Rejestracja

  • Ostatnio

    Nigdy

Reputacja

0 Neutral
  1. GallAnonymous

    Silny charakter kobiety, czy wyjątkowo cwany wyzysk?

    Dziękuje wam za wypowiedzi. No cóż, wychodzi na to, że po prostu dałem się wsadzić pod kapeć.. :/ Nigdy więcej... Wątpię, że jeśli teraz zostanę ze swoją rodziną, ona będzie chciała być dalej ze mną. To po prostu nie będzie jej wchodziło w korzyść, a sama poczuje, że wymknąłem się spod tego kapcia... i to na jej własne życzenie. To nawet dobrze, że zostałem wywalony z jej domu. Ona wraz z mamą myślały, że trzymam się jak guma do żucia tego kapcia, ale tak nie jest...Trzeba sobie w końcu powiedzieć DOŚĆ.
  2. GallAnonymous

    Silny charakter kobiety, czy wyjątkowo cwany wyzysk?

    Podjąłem decyzje, ze kończę te zabawy. Zostaje w domu i staram się odbudować zaufanie i relacje z rodziną. Wiele napsułem przez ten czas, choć i tak podziwiam moich rodziców, że po tym wszystkim jeszcze mają do mnie siły. Nie wrócę do jej miasta na stancje. To nic nie zmieni. Chciała się pozbyć mnie z domu, bo trzeba więcej wysiłku, bo nie ma ślubu, bo to i tamto, to tak będzie. Ona chciałaby bym był blisko niej, ale jednocześnie nie angażując się za bardzo, bo przecież moi rodzice się nie angażują. Finansowo też mam ją wspierać, bo przecież ona w październiku kończy staż i nie wie co dalej, ale o studiach zaocznych to mówi otwarcie. Ja rozumiem ją, że teraz potrzebuje pomocy przy spłacie rachunków, które wspólnie naciągnęliśmy prze ostatni czas. Rozumiem także, że chce się realizować i kształcić, by mieć większe szanse na lepsze życie, ale nie takim kosztem, że ona osiąga co chce, a ja dalej dręczę się z myślami i walczę z nią na słowa. Puszczę ją wolno. Każdy za siebie będzie decydował. Jeśli tego nie przetrwamy... coż... lepiej teraz gdy jeszcze w miarę młodzi...
  3. GallAnonymous

    Silny charakter kobiety, czy wyjątkowo cwany wyzysk?

    Pytacie o moich rodziców. No więc mój ojciec jest bardzo spokojnym, bez nałogowym facetem, który często się uśmiecha i stara się trzymać rodzinę w humorze mimo iż to jedynie on pracuje i ma na utrzymaniu dom. To dobry człowiek, który jeśli miał ze mną problemy, starał się rozmawiać i czasem tak godzinami próbował mi pomóc. Nie ma za dużo znajomych i właściwie od lat powtarza ten sam schemat: praca > dom > praca > dom. Wolny czas spędza z moja matką najczęściej gdzieś po za miastem ( las, góry itp.). Moja mama jest spokojną zwykłą kobietą, która prowadzi dom. Pracowała na początku, ale gdy ja byłem dość chorowity za dziecka, poświęciła się temu by się mną opiekować. Gdy trochę wyrosłem, próbowała znaleźć pracę, ale to już nie było takie łatwe i trochę "oklapła". By dać jej więcej wiary i szanse na pracę, mój ojciec pomogl jej ukończyć studia i skończyła z tytułem magistra. Niestety przyzwyczajenie, trochę izolacja od świata, a może po prostu brak wiary w siebie, sprawia, że do tej pory nie pracuje. To wpływa na jej lekką nerwowość jeśli chodzi o ten temat, a w to właśnie trafiła moja panna i skruszyła delikatne zaufanie moich rodziców do niej. Moja ex dziewczyna to młodzieńcza miłość, w której liczyły się tylko uczucia, a nie rozum. To był związek na odległość ( ponad 500km ) i bywałem u niej na ogół na kilka dni co miesiąc-dwa. W lato nawet kilka tygodni. To był trudny związek, bo głownie opierał się na tych krótkich urywkach z naszego życia i więzi przez telefon/internet. Mimo wszystko bardzo się kochaliśmy i planowaliśmy życie ze sobą. Niestety jak to w większości takich przypadków... nie wytrzymaliśmy presji odległości, a ja miałem związane ręce będąc już na ostatnim roku studiów. Jej rodzina mnie akceptowała i lubiła po za mamą, która od początku nie traktowała nas poważnie ( chodziło jej o odległość ). Rozstaliśmy się, gdy nasze relacje się zaczęły pogarszać, ona nie mogła znieść już, że mnie ciągle nie ma... no i pojawili sie pocieszyciele... W końcu wydarzyła się historyjka z owym przyjacielem, że nie było już co ratować. Nie wiem czy to kwalifikuje się do zdrady, ale skontaktowałem się nawet z tym facetem i wyraźnie dał mi do zrozumienia, że się bawił nią. Gdy udało mi się jakoś odratować kryzys... 2 tyg później sama zerwała i po miesiacu była juz z innym. To był cios, który leczyłem przez nastepne lata. Co do powielenia schematów, to stara się to zrobić moja dziewczyna. Widziała, ze w mojej rodzinie również były konflikty na tle akcepacji partnera/partnerki... widziała, że moj ojciec utrzymuje mamę, a nawet pomogl jej zrobic studia... widzi też, że jestem wobec niej uległy i wierci mi dziurę w brzuchu. Sęk w tym, że w przypadku mojej rodziny brak akceptacji nie wiązał się z zakazem od partnera do odwiedzania rodziny. Do tego fakt, że mój ojciec ma na utrzymaniu swoja zone to jedno, ale za to ona dba o dom i szanuje go. Liczy sie bezwzględnie z jego zdaniem i choć nie widać u nich typowej miłości z młodych lat, to mysle ze nie jest im zle ze sobą.
  4. GallAnonymous

    Silny charakter kobiety, czy wyjątkowo cwany wyzysk?

    maua94 - Widzisz, to nie jest typowy przypadek przesłodzonej kokietki. To raczej typ samca alfa w ciele kobiety. Niby dupek, ale ciągnie do siebie jak magnes... tak właśnie miałem z nią. Problem w tym, że życie z nią może mieć tylko 2 rozwiązania. Albo jest się wobec niej uległym i stara spełniać jej zachcianki, albo dominujesz nad nią i ona sama mięknie, co akurat nie jest łatwym zadaniem. Swoją drogą jestem gotowy by dać sobie spokój z tym wszystkim. Zastanawiam się tylko jak to zrobić. Boje się, że jej histeryczne usposobienie może doprowadzić do jakiejś tragedii. :/
  5. GallAnonymous

    Silny charakter kobiety, czy wyjątkowo cwany wyzysk?

    veeentre - dziękuje za Twoją wypowiedź. Rozjaśniasz mi umysł tymi słowami. Gdyby tylko człowiek sam widział siebie z perspektywy 3 osoby... Czarna Izabella - Przyznam, że jej oczy przyciągnęły mnie do niej, ale tylko to na początku naszej znajomości z wyglądu. Bardziej imponowała mi tym, że widać było po niej, że nie jest głupia i tą swobodą z jaką się komunikowaliśmy. "D**a" tak na prawdę była na szarym końcu tego czego oczekiwałem od niej. Potrafię żyć i bez tego długi czas, zresztą to ona sama ma większy temperament niż ja...
  6. GallAnonymous

    Silny charakter kobiety, czy wyjątkowo cwany wyzysk?

    Żaden pisarz... po prostu nie wiem już sam co myśleć o swoim zyciu, związku i tej dziewczynie.
  7. GallAnonymous

    Silny charakter kobiety, czy wyjątkowo cwany wyzysk?

    Przepraszam... urwało, bo wklejałem to z notatnika. Dalsza cześć: Opłaty i życie... jak do tej pory spadło na moja wypłatę, a z tego co zostało wyznaczaliśmy różne cele. Dzięki temu pomogłem jej w zrobieniu prawa jazdy, w załatwieniu spraw u notariusza by przepisać na nią mieszkanie mamy, by była już zabezpieczona... a to drzwi do mieszkania wypuszczały ciepło i wpuszczały za dużo chałasu... wymieniłem na porządne antywłamaniowe... Jednym słowem, w ogóle nie liczyłem się ze sobą, ale starałem się by ta dziewczyna odbiła się od dna. Porzuciłem nawet swoje zamiłowanie do grafiki komputerowej, by nie ciągnąć za dużo energi dość żarłocznym komputerem jaki kupiłem jeszcze nim ją poznałem, a w domu energia była na 2 taryfy... w której tylko 2 godziny dziennie mogłem "heblować" nim w miare tanio. Myślicie, że to wszystko zostało docenione? Nic z tego... w dodatku oberwało mi się, że jeszcze ślubu nie robię i mieszkam z dziewczyną w konkubinacie... Sęk w tym, że nie ma z czego nawet odłożyć! To wszystko o czym wspominałem było niemalże wymuszone. Zresztą ja sam ciągle czuje się jakby niepewny czy rzeczywiście chce się wiązać z kobietą, kosztem reszty rodziny, ciągłych awantur i wyrzeczeń. Wiecie na jakim obecnie etapie tego związku jestem? Heh... pewnie się nie domyślacie nawet... Dowiedziałem się w pracy, że mam dzień na wyprowadzenie się z mieszkania! Jeśli tego nie zrobię, wszystko wyląduje na ulicy. Dziewczyna była jeszcze na tyle "miła", że znalazła mi mieszkanie w centrum miasta z jakimś chłopakiem do wynajęcia... Powód? Brak akceptacji rodziny, brak ślubu, nie zameldują mnie w mieszkaniu, bo co ludzie powiedzą...a bo fundusz remontowy, a bo mama potrzebuje spokoju od nas... Skończyły mi się nerwy. Zabrałem się do swoich rodziców bez uprzedzenia, bez pieniędzy... po prostu jak stałem i co udało mi się na raz przenieść. Właściwie na tym powiedzieliśmy sobie "żegnaj". Moi rodzice nie byli zachwyceni takim obrotem spraw, ale z drugiej strony cieszyli się, że w końcu mnie widzą. Teraz sedno sprawy. Jestem teraz w dużym dylemacie, ponieważ wiem, że choć to jak zostałem potraktowany to wystarczający powód by sobie odpuścić... to jednak coś mnie trzyma myślami przy niej i nie wiem co mam już zrobić. Wiem doskonale, że ona nie chce naszego rozstania. Spotkałem się z nią po tym wszystkim i na koniec rzuciła mi się z uczuciem w ramiona... czułem te uczucia jak z pierwszych dni zakochania. Widze, że tak na prawdę to bardzo zagubiona dziewczyna, która otworzyła na mnie swoje dobre wnętrze, ale życie dookoła i przeszłość nie pozwala jej ściągnąć twardej i chłodnej maski. Mam teraz czas do 10 kwietnia. Dzień, w którym mogę wprowadzić się do tego chłopaka na wynajete mieszkanie. Sytuacja wróci do normy... będziemy ze sobą... a ona już planuje powrót na studia, remont mieszkania... Ślub jakoś zszedł na drugi plan... Będąc teraz u rodziców pierwszy raz tak na prawde zauwazyłem, że wiele rzeczy jakie robiłem do tej pory było wbrew mnie samemu. Zniszczyłem kontakt ze znajomymi, zaniedbałem rodzinę, w której kilka osób jest ciężko chorych, a ja nawet przez to wszystko ich nie odwiedziłem... w żadnym stopniu się nie rozwijam... a wręcz cofam, bo w firmie coraz gorzej i niepewny jestem dalszej współpracy w 2014 roku, a kończąc na tym, że przez te 2 ostatnie lata jedyne co kupiłem tylko i wyłącznie dla siebie to kilka koszulek, spodnie i tani płaszcz na zimę... Cała reszta poszła w nasze utrzymanie, rachunki i jej rozwój... Zastanawiam się, gdzie tu jest granica między "staraniem się" dla kobiety, a jej czystym wyzyskiem. Gdzie tu są granice w tolerancji i akceptacją konfliktów rodzinnych. W końcu zaczynam się sam zastanawiac, czy ja rzeczywiście mam na tyle sił, by walczyć o nas dalej? Bardzo ucierpiały na tym nasze wzajemne uczucia... oddaliłem się od niej. Teraz to ja się zamknąłem, a ona dużo mówi. Cieszy mnie już bardzo mało rzeczy. Cieszy mnie chyba już tylko fakt, że trwam z nią... ale jakim kosztem? Kocham tą dziewczynę, ale obawiam się, że jak tak dalej będzie, w końcu wygaśnie to coś w sercu i tylko zrujnuje nam obu życie. Mam teraz do was pytanie. Czy przeżywacie coś podobnego? Co byście mi doradzili? Myślicie, że jest jakaś szansa na uleczenie tego związku, bądź na to, że znowu rozpali się w nas tylko miłość, a nie same nerwy? Jestem totalnie rozbity...
  8. Witam, Jestem 27 letnim mężczyzną i potrzebuje porozmawiać z kimś, kto spojrzy na sytuacje z perspektywy trzeciej osoby. Czytając tematy na tym forum, widzę, że jest szansa na obiektywną opinię, której bardzo teraz potrzebuję. Szczególnie zależy mi na opinii kobiet, ponieważ natura i nieco inny sposób myślenia mężczyzny, może powodować błędną interpretację rzeczywistości... a nie chcę by decyzja jaką podejmę, dręczyła mnie do końca moich dni. Wybaczcie, że tak się rozpisuje, ale muszę zobrazować wam tą całą zawiłą stytuacje. Zacznę od początku. Dwa lata temu poznałem przez jeden z portali internetowych 22 letnią ( ówcześnie ) dziewczynę. Po krótkiej rozmowie, jeszcze tego samego dnia umówiliśmy się na spotkanie. Było dość nietypowe, ponieważ znalazła dla mnie czas tylko wtedy, gdy biegała po parku. Wydawało mi się to trochę dziwne jak na początku, ale dopiero po jakimś czasie zrozumiałem z kim mam przyjemność. Była to bardzo aktywna dziewczyna z silnym charakterem, wysoką samooceną i tym czymś, co z początku trochę mnie od niej odpychało... Była bardzo chłodna, nieufna, z początku nawet niewiele mówiła. Jednak można było dostrzec, że tak na prawdę pod płaszczem tych cech, kryje się wyjątkowo mądra i delikatna kobieta. To właśnie ten fakt najbardziej mnie w niej pociągał. Odkąd pamiętam, zawsze starałem się być życzliwym dla ludzi, starałem się ich wspierać, także psychicznie. W niej właśnie dostrzegłem, że być może mogę jej pomóc uzewnętrznić to co w niej było najlepsze, a głęboko chowa przed światem. Nie liczył się dla mnie tak bardzo jej wygląd ( a muszę przyznać, że to atrakcyjna długowłosa dziewczyna o długich atletycznie zbudowanych nogach, pięknymi niebieskimi oczkami i figurą którą nazwałbym "zdrową modelką" ;) ), jak fakt, że drzemie w niej na prawdę wspaniała kobieta. Spotykaliśmy się tak przez 3 miesiące, przesiadując ze sobą często większość dnia. Bardzo podobało mi się w niej to, że potrafiła ze mną rozmawiać na każdy temat. Byliśmy bardzo otwarci wobec siebie. Zauważyłem w nas wiele podobieństw. Zarówno ja jak i ona jesteśmy jedynakami, mamy swoją wąską grupę znajomych, ale to nie znaczy, że nie lubimy towarzystwa. Cenimy wartości takie jak partnerstwo, wierność i oboje myślimy o poważnym związku. Po kilku miesiącach jak ze sobą się spotykaliśmy, oznajmiła mi, że od partnera oczekuje, że będzie mieszkał na swoim mieszkaniu i myślał poważnie o przyszłości. Chciałem więc jej pokazać, że na prawdę myślę o nas poważnie i bardzo szybko wyprowadziłem się z rodzinnego mieszkania, na wynajęte w jej mieście. Nie zarabiałem na tamtą chwilę dużych pieniędzy, ale postanowiłem postawić zaryzykować i w końcu odważyć się na pierwsze w pełni samodzielne kroki. Z początku było dobrze. Dzięki temu mogliśmy się teraz spotykać o wiele częściej. Po tygodniu jednak oznajmiła mi dość szokującą wiadomość. Zerwała studia magisterskie ( dzienne ) i chciała się wprowadzić do mnie. Tłumaczyła to tym, że nie potrafi podzielić opieki nad własnym domem, 54letnia samotna matką, psem, studiami i mną... a na sam kierunek studiów wybrała źle ( licencjat administracja publiczna, a poszła na magisterke z zarządzania i inżynierii produkcji ). Będąc już dość mocno zaangażowany chętnie się na to zgodziłem nie patrząc na to, że nie jestem w stanie utrzymać 2 osób na wynajmie sam. Krucho bo krucho, jakoś sobie radziliśmy. Zapoznałem ją z moimi rodzicami. W pierwszych miesiącach bardzo nam pomagali. Kilka razy wypełnili nam całą lodówkę jedzeniem na kilka tygodni. Moja partnerka w tym czasie szukała dla siebie pracy. Widać było, że robi co może by ja znaleźć i w dość szybkim czasie ją znalazła. Niestety po niecałym miesiącu straciła tą prace i przez najbliższe 5 miesięcy bezskutecznie szukała innej. W tym czasie podczas odwiedzin moich rodziców, nawiązała się lekko nerwowa rozmowa między moją dziewczyną, a moją matką. Moja mama zaniepokojona faktem, że wszystko utrzymuje na swojej głowie i ledwo co ciągne, próbowała wpłynąć na dziewczynę, by znalazła jakąkolwiek prace choćby na czas, gdy znajdzie lepszą. W odpowiedzi moja dziewczyna wytkneła mojej mamie fakt, że nie pracuje już od wielu lat i jest na utrzymaniu mojego ojca. Trafiła w to co moją matkę najbardziej boli, a fakt, że prawie o połowe młodsza dziewczyna robi jej uwagi, bardzo negatywnie nastawił ją do niej. Bardzo szybko narastał konflikt miedzy dziewczyną, a moja rodziną. Coraz częściej także my sami się kłóciliśmy, a ona bardzo szybko wpadała wręcz w histerię, w której często dochodziło do przepychanek ( inicjonowanych przez nią... ). To był horror. Zaczęły się szantaże emocjonalne, że to wszystko moja wina. Kilka razy wyprowadzała się do domu mamy i wracała po tygodniu nerwówki. Za każdym razem nalegałem na to by się pojednać. Mimo wielu przykrości jakie sobie sprawialiśmy, pokochałem ją i postanowiłem zacisnąc zęby i walczyć o nas. Wtedy usłyszałem kolejne jej "wymagania". Otóż chciała do mnie wrócić, ale pod warunkiem, że będziemy zaręczeni. Sam o tym myślałem, ale nie teraz i nie w sytuacji skłóconej rodziny i problemów finansowych... mimo wszystko presja jaką na mnie nałożyła i desperacka próba udowodnienia wszystkim, że chcę normalnego i stabilnego związku, przyczyniła się do tego, że oświadczyłem się jej. Zaciągnełem kredyt na dość sporo warty pierścionek. Przyjeła moje oświadczyny. Nie tak sobie je wyobrażałem, ale poczułem, że muszę coś zrobić by w końcu wszyscy zauważyli, ze tu rozmawia się o reszcie życia, a nie zabawie i gierkach na słowa. Po tym fakcie, efekt był zupełnie inny... Moi rodzice zupełnie się odcieli od nas. Mieli dość wysłuchiwania jej awantur, naciągania i braku szacunku do nich, a na wiadomość, że się zaręczyliśmy... popukali sobie po czole... To wszystko sprawiło, że i ja sam miałem dość tego toksycznego życia i na jakiś czas nie nalegałem na kontakt z rodziną. Pojąłem jednak jedną ostateczną próbę pojednania wszystkich po paru miesiącach. Zaprosiłem rodziców do siebie ponownie. Zaoferowali, że pomogą nam i zaprosili na zakupy, byśmy sobie kupili co trzeba do życia. Moja dziewczyna mimo wszystko dalej ich nie uszanowała i kazała się odebrać samochodem z domu matki... choć na dobrą sprawe miała 5min drogi do mieszkania które wynajmowałem. To zdenerwowało moich rodziców, ale zagryźli zęby i jednak pojechaliśmy wszyscy razem. W sklepie szybko jednak mojej mamie puściły nerwy jak zobaczyła, że moja dziewczyna nie liczy się za bardzo z tym jak drogie jest to co wrzuca do koszyka... szybko wróciliśmy do domu. Ledwo co usiedliśmy i się zaczęło... awantura na całej linii, z łzami, histerią i krzykami. Chyba tylko dlatego, że między nimi siedziałem ja i mój ojciec, nie rzuciły się na siebie z pazurami... Pierwszy raz w życiu byłem w sytuacji, w której nie potrafiłem racionalnie podejść do tego co właśnie dzieje się dookoła. Z jednej strony pretensje i żale mojej mamy były za mocne i niepotrzebnie dolewała oliwy do ognia, a z drugiej strony totalny brak szacunku dla starszej osoby, wulgarność i fakt, że moja dziewczyna robiła mojej mamie uwagi co do tego, że źle mnie wychowała, że facet jest od tego by pracowac na rodzinę, a nie myślec o własnym rozwoju... Postanowiłem, że będę w tym wszystkim neutralny. Po tym wszystkim już od roku wysłuchuję z obu stron żale, że nie postawiłem na jednej, lub drugiej stronie krzyżyka w swoim życiu... Mimo wszystko, postanowiłem dalej walczyć o ten związek, a mój kontakt z rodziną ograniczył się niemal do zera. Jak byłem młodszy, straciłem dziewczynę, którą kochałem do granic możliwości, własnie przez to, że nie byłem w stanie dać z siebie tak wiele jak ode mnie oczekiwano. To był związek na odległość, ja uwiązany studiami... rozsypał się po 2 latach i kolejne 3 zbierałem się do kupy. Tym razem nie chciałem znowu stracić kobiety, którą kocham. Tak mijały kolejne miesiące. Po tej awanturze, zmieniłem mieszkanie. Chciałem zaczać wszystko od nowa. Nowe miejsce, niższe rachunki, bliżej do pracy dla mnie i jej. Wydawało się, że wszystko się unormowało. Tak było tylko przez kilka miesięcy, do czasu gdy znowu straciła prace. Tym razem nie mogłem już na nikim polegac, tylko na sobie. Czułem rodzącą się katastrofę na wspomnienie tego co było wcześniej. Na domiar złego w tym samym czasie jej mama straciła cały etat w pracy i zaproponowano jej 0,5 etatu by dorobiła do emerytury. nie miała wyjścia, ale od tej chwili ledwo co jej samej starczało na życie, leki i jedzenie. Wtedy ona jak i jej mama wyszły z propozycją, byśmy zamieszkali u jej mamy. Nie byłem temu przychylny z poczatku, ponieważ mając świadomość bużliwości naszego związku, osoby starszej oraz braku akceptacji mich rodziców.... po prostu czułem, że to nie będzie dobre rozwiązanie. Mimo wszystko nie chciałem zostawiać nikogo w potrzebie. Jej mama nie jeden raz nam pomogła jak nam brakowało do końca miesiąca. Trafiliśmy do jej mamy. Na początku musieliśmy jeszcze kupić kanapę, węgiel na zimę... Było krucho, ale szybko staneliśmy na nogi, gdy dostała staż. Opłaty i życie... jak do tej pory spadło na moja wypłatę, a z tego co zostało wyznaczaliśmy różne cele. Dzięki temu pomogłem jej w zrobieniu prawa jazdy, w załatwieniu spraw u notariusza by przepisać na nią mieszkanie mamy, by była już zabezpieczona... a to drzwi do mieszkania wypuszczały ciepło i wpuszczały za dużo chałasu... wymieniłem na porządne antywłamaniowe... Jednym słowem, w ogóle nie liczyłem się ze sobą, ale starałem się by ta dziewczyna odbiła się od dna. Porzuciłem nawet swoje zamiłowanie do grafiki komputerowej, by nie ciągnąć za dużo energi dość żarłocznym komputerem jaki kupiłem jeszcze nim ją poznałem, a w domu energia była na 2 taryfy... w której tylko 2 godziny dziennie mogłem "heblować" nim w miare tanio. Myślicie, że to wszystko zostało docenione? Nic z tego... w dodatku oberwało mi się, że jeszcze ślubu nie robię i mieszkam z dziewczyną w konkubinacie... Sęk w tym, że nie ma z czego nawet odłożyć! To wszystko o czym wspominałem było niemalże wymuszone. Zresztą ja sam ciągle czuje się jakby niepewny czy rzeczywiście chce się wiązać z kobietą, kosztem reszty rodziny, ciągłych awantur i wyrzeczeń. Wiecie na jakim obecnie etapie tego związku jestem? Heh... pewnie się nie domyślacie nawet... Dowiedziałem się w pracy, że mam dzień na wyprowadzenie się z mieszkania! Jeśli tego nie zrobię, wszystko wyląduje na ulicy. Dziewczyna była jeszcze na tyle "miła", że znalazła mi mieszkanie w centrum miasta z jakimś chłopakiem do wynajęcia... Powód? Brak akceptacji rodziny, brak ślubu, nie zameldują mnie w mieszkaniu, bo co ludzie powiedzą...a bo fundusz remontowy, a bo mama potrzebuje spokoju od nas... Skończyły mi się nerwy. Zabrałem się do swoich rodziców bez uprzedzenia, bez pieniędzy... po prostu jak stałem i co udało mi się na raz przenieść. Właściwie na tym powiedzieliśmy sobie "żegnaj". Moi rodzice nie byli zachwyceni takim obrotem spraw, ale z drugiej strony cieszyli się, że w końcu mnie widzą. Teraz sedno sprawy. Jestem teraz w dużym dylemacie, ponieważ wiem, że choć to jak zostałem potraktowany to wystarczający powód by sobie odpuścić... to jednak coś mnie trzyma myślami przy niej i nie wiem co mam już zrobić. Wiem doskonale, że ona nie chce naszego rozstania. Spotkałem się z nią po tym wszystkim i na koniec rzuciła mi się z uczuciem w ramiona... czułem te uczucia jak z pierwszych dni zakochania. Widze, że tak na prawdę to bardzo zagubiona dziewczyna, która otworzyła na mnie swoje dobre wnętrze, ale życie dookoła i przeszłość nie pozwala jej ściągnąć twardej i chłodnej maski. Mam teraz czas do 10 kwietnia. Dzień, w którym mogę wprowadzić się do tego chłopaka na wynajete mieszkanie. Sytuacja wróci do normy... będziemy ze sobą... a ona już planuje powrót na studia, remont mieszkania... Ślub jakoś zszedł na drugi plan... Będąc teraz u rodziców pierwszy raz tak na prawde zauwazyłem, że wiele rzeczy jakie robiłem do tej pory było wbrew mnie samemu. Zniszczyłem kontakt ze znajomymi, zaniedbałem rodzinę, w której kilka osób jest ciężko chorych, a ja nawet przez to wszystko ich nie odwiedziłem... w żadnym stopniu się nie rozwijam... a wręcz cofam, bo w firmie coraz gorzej i niepewny jestem dalszej współpracy w 2014 roku, a kończąc na tym, że przez te 2 ostatnie lata jedyne co kupiłem tylko i wyłącznie dla siebie to kilka koszulek, spodnie i tani płaszcz na zimę... Cała reszta poszła w nasze utrzymanie, rachunki i jej rozwój... Zastanawiam się, gdzie tu jest granica między "staraniem się" dla kobiety, a jej czystym wyzyskiem. Gdzie tu są granice w tolerancji i akceptacją konfliktów rodzinnych. W końcu zaczynam się sam zastanawiac, czy ja rzeczywiście mam na tyle sił, by walczyć o nas dalej? Bardzo ucierpiały na tym nasze wzajemne uczucia... oddaliłem się od niej. Teraz to ja się zamknąłem, a ona dużo mówi. Cieszy mnie już bardzo mało rzeczy. Cieszy mnie chyba już tylko fakt, że trwam z nią... ale jakim kosztem? Kocham tą dziewczynę, ale obawiam się, że jak tak dalej będzie, w końcu wygaśnie to coś w sercu i tylko zrujnuje nam obu życie. Mam teraz do was pytanie. Czy przeżywacie coś podobnego? Co byście mi doradzili? Myślicie, że jest jakaś szansa na uleczenie tego związku, bądź na to, że znowu rozpali się w nas tylko miłość, a nie same nerwy? Jestem totalnie rozbity...
×