Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

Zarchiwizowany

Ten temat jest archiwizowany i nie można dodawać nowych odpowiedzi.

gmonika

Problemy ze samą sobą :(

Polecane posty

Na imię mam Monika, mam 16 lat, mieszkam z babcią-Zofią, dziadkiem-Stanisławem i wójkiem-Janem. Moi rodzice-Barbara i Stanisław są w USA (mama od 7-iu lat a tata od 16-tu), rozmawiam z nimi przez telefon, wysyłają nam pieniądze na życie, ale jeżeli chodzi o nasze potrzeby typu: korepetycje, kurs tańca, czy coś w tym stylu to nie są chętni do dania na to pieniędzy(a przecież my tego potrzebujemy- ja i siostra, we wcześniejszym wieku też było to wskazane ale wtedy nie myślałyśmy jeszcze o takich rzeczach, bo w młodszym wieku powinni myśleć za nich rodzice a ich przy nas nie było...), od czasu do czasu wysyłają nam paczki, nie powiem..., ostatnio nawet 6 pod rząd- ale akurat w nich nie byo nic konkretnego i ciekawego- jakieś stare ciuchy raczej dla dziadków i wójka, no ale były też kurtki zimowe i buty dla nas. Dawniej to w paczkach od rodziców było mnustwo fajnych rzeczy, ciuchów itd., ale odkąd w stanach urodziło im się pierwsze dziecko, to już zaczęły się problemy z kasą i nie było to tylko widać w postaci paczek, ale i też w tym, że nażekali że wydajemy za dużo pieniędzy, pojawiły się sugestie pujścia starszej siostry-18-sto letniej Agnieszki do pracy, bo nasz tata powiedział że on to już w wieku 15 lat miał pierwszą pracę. Ale Aga jeszcze się uczy... Mam troje rodzeństwa, ale najbardziej zżyta jestem z moją starszą o 2 lata siostrą bo znamy się od urodzenia, a dwoje pozostałego rodzeństwa to dwuletnia siostrzyczka i miesięczny brat którzy są razem z rodzicami w USA i tam się urodzili. Tak więc ich nie znam. Słyszę ich tylko przez telefon i dostałam kilkanaście zdięć siostrrzyczki(bardzo mało bo rodzice jakoś nie palą się z wysyłaniem ich, nie rozumiem tego, ciągle nie mają czasu), a zdięć niedawno urodzonego brata jeszcze nie dostałam (mama mówiła że zrobiła zdięcia, teraz trzeba poczekać aż je wyślą). Przez to że nie ma przy nas rodziców od najmłodszych lat (taty to nie pamiętam, bo jak wyjechał miałam 3 miesiące,siostra 2 lata, a mama wyjechała jak byłam chyba w drugiej albo trzeciej klasie podstawówki, siostra 4 albo 5) mamy problemy psychologiczne ze sobą. Ja w gimnazjum zdałam sobie sprawę, że nie potrafię przebywać, współrzyć z obcymi ludźmi.... nie wiem czy będę to potrafiła dokładnie opisać (mam z takim czymś problemy). Moja siostra ma to samo co ja i chyba też dopiero w gimnazjum się to u niej objawiło. No dobrze, ja tak cały czas o tej siostrze, aż zaczynam się gubić jeszcze bardziej. Może zostańmy przy tym, że ona też ma problemy podobne do mnie może nie takie same do kmońca bo przecież każdy człowiek jest inny- i na tym zakończmy o problemach mojej siostry i powiem o sobie... Gdy byłam w szkole podstawowej, miałam najlepszą przyjaciółkę Justynę, byłyśmy tzw. "papuszkami nierozłączkami" i to wszystko między nami było szczere, nie było żadnej ściemy, kochałam ją jak siostrę i w ogóle, nie wstydziłam się przed nią ic robić... Oprócz tego byłam zżyta z całą moją ówczesną klasą, z wszystkimi rozmawiałam, lubiłam ich, nie byłam nieśmiała w stosunku do nich itd.Po prostu miło wspominam podstawówkę. Ale pod koniec podstawówki Justyna znalazła sobie inną przyjaciółkę a mnie można powiedzieć zostawiła na lodzie (ale to iby tak nie do końca, bo po części trzymała się ze mną, a po części z nią. Siedziałyśmy razem w ławce, ale one ciągle pisały do siebie liściki, co na tak na marginesie bardzo mnie irytowało). W podstawówce jeszcze mogłam to jakoś przecierpieć, bo miałam wtedy oparcie w koleżankach z klasy, które mnie lubiły. Ale na moją niekorzyść, szliśmy do nowej szkoły, a ja byłam bez przyjaciółki (dodam że z naszej podstawówki wszyscy szli do tego samego gimnazjum [ktorego miejscowości nie będę podawać], poza drobnymi wyjątkami, tlko że dzielono nas na różne klasy, byliśmy łączeni z uczniami z innych miejscowości). Bałam się że będę sama w gimnazjum... Przydzielono nas do tej samej klasy: mnie, Justynę i jej przyjaciółkę(Magdę), oprócz tego w naszej nowej kl. bylo kilku chłopców z mojej bylej kl. Było tak, że na początku (może tak przez pierwszy miesiąc nowej szk.) trzymałyśmy się wszystkie razem,poznałyśmy nowe koleżanki i w ogóle, później one się ode mnie odłączyły i zostałam zupełnie sama, bo każda dziewczyna w kl. miała parę. Sama siedziałam w ławce, załamałam się, stałam się mało mówna... zaczęłam opuszczać szkołe, często płakałam w szk., wszyscy w kl. się ode mnie odwrócili, byłam odosobniona, wszyscy w kl. się świetnie rozumieli, po za mną. Przestałam umieć z kim kolwiek w klasie rozmawiać. Wszyscy nie miło mnie traktowali, odtrącili mnie. Ja stałam się ogólnie dziwna. Dodam że oprucz problemów z koleżeństwem, miałam też problemy z wyglądem-trądzik i te sprawy... co potęgowało mój stan i obecną sytuację. Miałam manię chodzenia na przerwach do łazienki i podejmowania prób poprawienia swojego wyglądu(nie chcę wchodzić w szczegóły no ale dobrze), wstydziłam się przy wszystkich w łazience patrzeć w lustro, wolałam jak nikogo w łazience nie było po za mną, wtedy mogłam pewnie popatrzeć w lustro i próbować zatuszować niedoskonałości, odtłuścić twarz z sebum itd. Przez całe gimnazjum było tak samo, może po za tym że w 2 gim. justyna zmieniła koleżankę na inną i co śmieszne na początku też przez jakiś czas wszystkie trzymałyśmy się razem, a później te dwie mnie zostawiły... Niedawno zaczełam szkołę średnią- technikum(kierunek gastronomiczny). Znalazłam koleżankę...wszystko szło dobrze do czasu gdy zaczeły się objawiać moje problemy w kontaktach z ludźmi i wszyscy się na mnie poznali. Na początku była sielanka, przedstawianie się, poznawanie, opowiadanie o sobie. Ale później już trzeba ze soba najnormalniej w świecie przebywać, mówić o rzeczach teraźniejszych, barsziej sie otworzyć, żartować, smiac się... Przychodzi czs, że musimy ze sobą przebywać tak jakbyśmy się już znali. Problem w tym, że ja nie potrafię zachowywać się w stosunku do kogoś obcego tak jak np. do mojej siostry, przy kturej się czuje swobodnie, bo znam ją od zawsze... Wśród obcych jestem skrępowana, małowówna, wstydze się przy nich jeść, wstydzę się siebie, tego co robie, wszystkiego co ma związek ze mną, mówię głupoty-język mi sie przy nich plącze, robie z siebie idiotkę, spinam się jak się ktoś na mnie patrzy. Może to być spowodowane tym że nie akceptuję sama siebie, tego jaka jestem itd. Nadal mam też problemy z wyglądem,uważam się za brzydką, ale tu nie chodzi tylko o to czy ktoś tu jest ładny czy brzydki, to jest bardziej skomplikowane-chodzi o naturę estetyczna czy jak by to nazwał, nie ważne...po prostu (gdy jestem w szkole przez cały czas w kącikach ust i pomiędzy wargami bardzdziej od wewn. str. zbiera mi się zeschnięta ślina, mam śpiochy w koncikach oczu,mam nie świerzy oddech, przetłuszcza mi się twarz, często wyskoczy mi jakiś pryszcz...-jednym słowem, wyglądam nieestetycznie) i dla tego nie czuję się pewnie w towarzystwie i to nie jest taka prosta spr. jak sie komuś wydaje, kogoś to może nawet śmieszyć. Do tego w szkolnych łazienkach brakuje mydeł i papierów toaletowych przez co czuję sie jeszcze gorzej. Niekturzy przez cały czas spędzony w szk. nawet nie zajrzą do łazienki ani w lustro i wyglądają pięknie i estetycznie, ja tego nie rozumiem. Do tego jeszcze po mimo tego że biorę prysznic co dziennie to w ciągu dnia ja i moje ciuchy nie świeżo pachną, mam też problem z nie miło pachnącym potem, (jak tu się nie załamać?). Ostatnio gdy z koleżanką (tą którą poznałam-o dziwo jeszcze mnie nie zostawiła, ale czuję że z moimi problemami to tylko kwestia czasu-przez nie straesznie się zamartwiam) siedziałyśmy na ławce na korytażu, ja uczyłam się z zeszytu(oczywiście nie mogłam się skupić), a Klaudia(tak się naz. kol.) pisała sms-y, siedziałyśmy wśród samych chłopaków, ja byłam wpatrzona w zeszyt bez skupienia i czułam wzroki tych chłopaków,myślałam że się zapadnę pod ziemię, myślałam o tych swoich wszystkich niedoskonałaściach, wiedziałam że paewnie oni je widzą, czułam się strasznie. Dodam że jeszcze nigdy nie miałam chłopaka ipewnie nigdy mieć nie będe, bo nie jestem pewna siebie. TO TYLE NA TEMAT TYCH PROBLEMÓW TERAZ PROBLEM KTÓRY TEŻ MNIE OSTATNIO MĘCZY( A TAK WŁAŚCIWIE OD JAKIEGOŚ ROKU). Uswiadomiłam sobie że darzę ogromną nienawiścią swojego wójka, nie potrafię tego zrozumieć. Na naszym podwórku są dwa budynki, w jednym mieszka wójek(to mieszkanie bez łazienki i kuchni) a w drógim ja, siostra, babcia i dziadek (to jest już dom z kuchnią i łazienką). Wyjaśnię, że gdy jestem w domu, w oczach moich dziadów przesadnie dbam o higienę, korzystam z łazienki (ja i siostra bierzemy prysznic co dziennie w przeciwieństwie do pozostałych- oni myja się raz na tydz.w sobotę-to jest moim zdaniem chore, ale to już nie ważne). Brzydzę się trochę babcią, dziadkiem i wójkiem przez to że tak żadko się myją. Ale wójkiem szczególnie, to bardzo dziwne w jaki sposób ja go traktuję. Jestem dla niego bardzo nie miła. Nie lubię gdy przychodzi do domu w którym mieszkamy rzeby skorzystać z łazienki bo potem brzydzę sie dotykać klamek... Wójek nie jest do końca normalny, ma jakiś tam defekt umysłowy, jąka się, nie jest rozwinięty tak jak w pełni zdrowy na umyśle człowiek, ale też nie jest wariatem- nie potrafie tak tego słowami opisać, po prostu musiał by ktoś go poznać, żeby to zrozumieć. Zawsze był on prze ze mnie dziwnie traktowany, było to spowodowane przez jego ojca- mojego dziadka, który zawsze źle się w stosunku du niego odnosił, bo ten nie znalazł pracy i żyje na garnuszku rodziców. Pamiętam jak byłam mała i lubiłam się mądrzyć, wygłaszać wymyślone przez siebie mowy itd. , to dziadek kazał mi pouczać wójka, mówić mu co będzie jak nie znajdzie sobie pracy itd., ja z mądrą miną wygłaszałam mu dzieięce kazania a dziadek się z tego śmiał. Już wtedy uczyłam się po trochu braku szacunku do swojego wójka. Z biegiem lat nie pamiiętam jak to się kształtowało, ale wiem że jeszcze jakiś rok temu nie było tak źle, a teraz jest juź tragicznie. Gdy wójek przychodzi do domu w którym mieszkam ja, siostra i dziadkowie,aby skorzystać z łazienki, ogarnia mnie straszliwa złość, po prostu rozsadza mnie od środka, nie potrafię zapanować nad słowami wypowiadanymi w kierunku niego. Zwracam się do niego słowami typu :-po coś tu przyszedł? Nie masz swojego domu? Po co się tu ryjesz? Ja chcę to zmienić, ale jakoś tak nie potrafię. Proszę o pomoc. Wiem że jestem nieźle popier****na, że jestem dziwna. Ale po mimo to i tak proszę was o jakąkolwiek pomoc w mej spr.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Gość gmonisia
Mam nadzieję, że ktoś to przeczyta? :(

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

×