czapla od żurawia
Zarejestrowani-
Zawartość
0 -
Rejestracja
-
Ostatnio
Nigdy
Reputacja
0 Neutral-
ha! powiedział po winku kiedyś, że kocha..ja powiedziałam, że moje uczucia się nie zmieniły ale zmieniła sie sytuacja - no bo mam rodzinę teraz, chyba nie oczekiwal, że mu się odmieni nagle po latach a ja wszystko rzucę - tak jest we mnie wciąż trochę urażonej dumy, złamanego serca i kurczę żalu, że kiedy mógł to nie pobiegł a i teraz nie wiem czy czegoś właściwie oczekiawł po tym wyznaniu no i z tym stawaniem an rzęsach troche może przesadziłam - ale czuję, że mu zależy i żadna ze mnie Madonna, Mister, własnie o to chodzi, że pomiędzy spotkaniami to ja się głównie odzywam, planuje, wymyślam co i kiedy moglibysmy robic, zapraszam na kawę itp - on bardzo rzadko przejmuje inicjatywę i to mnie dziwi nie wiem jak długo będziemy mieszkac blisko, ale póki co moglibyśmy to jakoś wykorzystac - nawet żeby sie poprostu zbliżyc, poznac, a nie tak z doskoku jak jesteśmy razem jest super, ale pomiędzy spotkaniami jest kompletna cisza, nie mówi mi o swoich planach, nie opowiada o znajomych, tak jakbym nie znaczyła dla niego za wiele, jakby trzymał mnie na dystans i to mnie dziwi własnie, bo mi też jest głupio tak zabiegac o te spotkania, wypytywac co robi i nakręcac to wszystko może on nie ma ochoty tracic czasu na mnie, kiedy może spotkac jakąś wolna panne i sie ustatkowac? bo ze mną chyba tylko może liczyc na romans i to też nie widac, żeby się do tego palił ;)
-
Mr. - czy ty jako Mister, możesz mi powiedziec co oznacza u mężczyzny kiedy w obecności kobiety zachowuje się jakby stawał na rzęsach, jest szarmancki, miły, wykorzystuje każdą chwilę żeby dotknąc chocby ramienia, włosów a potem funduje jej 3 tygodnie milczenia? i tak w kółko nawet durnego przyjacielskiego 'co słychac', nic ja wiem, że każdy jest inny i trudno odpowiedziec co kto może miec na myśli, ale ja tej strategii w ogóle nie ogarniam :/ z jednej strony wygląda to jakby on się starał powstrzymac, zapanowac nad tym wszystkim, ewentualnie poprostu lubił swoją samotnośc ale z drugiej strony, może poprostu mu nie zależy, ne czuje tak jak ja, nie potrzebuje tego kontaktu częściej niż raz na kilka tygodni? a może jest i jakas trzecia strona, której mój pokręcony i zakochany kobiecy mózg nie jest sobie nawet w stanie wyobrazic? boże z każdym gównam się tak szarpię, tłumaczę sobie i szukam podwójnego dna, wszystko, żeby jakoś chociaz trochę to ogarnąc, może zobaczyc, że nic nei ma, że on się tylko mna bawi, nie kocha naprawdę..wtedy chyba dopiero opadłyby mi te cholerne klapki i byłabym w stanie ruszyc z miejsca..
-
no właśnie, cholera by to wzięła.. :( ja już tak długo kocham, że chyba mi nie przejdzie, a najdziwniejsze, że to uczucie wcale nie maleje z upływem czasu, nie przyzwyczajam się do jego obecności, do spotkań tylko dalej jak ta nastolatka lecę na skrzydłach, jąkam się, czerwienię, aż mi się z siebie samej śmiac chce, chociaż rzadko mi do smiechu bo przez większośc czasu czuję jednak dziurę w brzuchu wypełnioną tęsknotą i nostalgią
-
kadarka - piszesz mądrości, ale każdy sobie sam zasady ustala, a nawet jak ustali to czasem je szlag trafia, bo serce głupieje ja żadnych zasad narazie nie złamałam, ale boję się tego co będzie, bo on jest dla mnie jak narkotyk i tyle lat już to uczucie trwa, że można poprostu nei miec siły walczyc ale walczę, póki co, dla rodziny, dla dzieci, które kocham ponad wszystko moge zmienic tylko to na co mam wpływ - na uczucia wpływu nie mam i moge jedynie udawac, że wszystko jest w porządku, kiedy nei jest jaka jest twoja rada na taki stan? jak zabic te motylki w brzuchu? bo o ile można sobie przetłumaczyc takie uczucie do kogos nowego i szukac powodu w rutynie, obowiązkach, nudzie i czym tam jeszcze - o tyle przy normalnej fajnej rodzinie od której wcale nie chce się uciekac i tym cholernym zauroczeniu po tylu latach - trudno jakoś to wszystko poukładac w głowie..
-
chyba znalazłam temat dla siebie ;) nie czytałam waszych historii, ale może będzie to dla mnie dobra lektura - jak nie dac sie zwariowac.. ja po ślubie, dzieci - on wciąż sam ja za nim szaleję od liceum, on za mną też, ale jakoś nie wyszło - spotykaliśmy się jako para i nie para raz na dwa trzy tygodnie, podczas spotkań byliśmy bardzo blisko a potem była cisza..tłumaczyłam, usprawiedliwiałam a w środku mialam jeden wielki znak zapytania bałam się że go stracę, więc ciągnęłam to o wiele za długo, aż pękłam i postawiłam sprawę na ostrzu noża ja kochałam - on nie były łzy (obojga) i powiedziałam, że nie możemy się więcej widziec wytrzymał miesiąc, wysłał list, że tęskni, nie chce mnie stracic ale ja byłam nieugięta - w mojej głowie to za długo już trwało, żeby zaczynac w to grac od nowa a on nigdy nie padł na kolana, nie powiedział wprost, że kocha on się nie zdecydował, ja mu "zrobiłam na złośc" i wyszłam za mąż, po latach jakoś znalomośc się odnowiła - on kogos miał, ja męża i udało nam sie byc tylko przyjaciółmi na odległośc chociaż mi chyba nigdy nie przeszło..dostawałam dreszczy na każdą wiadomośc, smsa, maila i tak jest do dziś.. tylko, że po latach on wrócił do mojego miasta i wszystko wróciło razem z nim niby oboje wiemy o swoich uczuciach ale żadno nie ma odwagi, żeby coś z tym zrobic - nawet nei wiem co moglibyśmy w tej sytuacji poza romansem, na który też nie wiem czy nas stac :o mąż mnie kocha, ja go też ale nigdy tak jak tamtego..tyle lat mam motylki w brzuchu na jego widok (choc żaden z niego przystojniak on na mnie patrzy, przytula, jak jesteśmy sami całuje mnie w rękę, dotyka włosów..a ja się rozpadam po kawałku po każdym spotkaniu kocham moje dzieci nad życie i nigdy nie zburzę im małego świata..ale gdybym mogła to pobiegłabym za nim na koniec świata, jak nastolatka smutne to wszystko
