Uprzedzam, to będzie długi post.
1. Czuję się ch*jowo sama ze sobą. Jak nic nie znaczące ścierwo. Głupia, nudna i w ogóle beznadziejna. Na nic nie mam ochoty. Najchętniej leżałabym w łóżku.
Wczoraj byłam tylko w szkole załatwić coś w dziekanacie no i nie miałam zajęć, które muszę zaliczać to byłam chwilę w galerii, wróciłam do domu i poszłam spać. Dzisiaj też cały dzień w łóżku. Nie mogę się ogarnąć. Nic mnie nie cieszy... No nie ma we mnie takiej energii jak kiedyś. Mam 22 lata.
2. Mam jedną koleżankę/przyjaciółkę od podstawówki. Spotykam się z nią co jakiś czas na pizzę. Ona ma narzeczonego, pracuję to jest trochę zajęta i spotykamy się raz na 3/4 tyg. W pracy są starsi ludzie co mają już rodziny, kontakty z lo się pourywały. Ludzie są na dziennych, mają innych znajomych ze szkoły. A ja od 3 lat nie poznałam żadnej takiej osoby co mogłabym nazwać ją bliską koleżanką/przyjaciółką. Na studiach zaocznych nawet nie da rady... bo ludzie z całego województwa. Myśli się w weekend o szkole, i żeby wrócić jak najszybciej do domu po całym dniu. A nie o pizzy.
3. Nie mam życia uczuciowego. Wcale. Po skończeniu lo miałam chłopaka na poważnie, młodszego o 2 lata. Chodziliśmy ze sobą przez...6 miesięcy. Średnio się dogadywaliśmy, i po wielkich spazmach z mojej strony (płacz na cały głos o 22 na schodach przed domem) rozstaliśmy się. Bardzo długo to przeżywałam. Nie utrzymujemy ze sobą kontaktu. Nie chcę się kontaktować z kimś kto mnie zranił. Teraz pisałam z paroma chłopakami na gg. Z jednym pisałam... dwa razy(wiem, że mało)był bardzo miły, w ogóle grzeczny, pracujący, po studiach i mieliśmy się spotkać na spacer, pogadać. Jak zobaczył moje zdjęcie (twarz) to się więcej nie odezwał. Drugi też bardzo kulturalny, pracujący, grzeczny i na prawdę miły. Proponował spotkanie, ale ja nie mogłam tego dnia. Napisałam mu kiedy będę mogła to później nic nie wspomniał. Kontakt się urwał. Chłopak przystojny, 27 lat. Przykro trochę...
Po moim pierwszym związku na poważnie zdałam sobie sprawę, że jestem kobietą-bluszczem, gdy się zakocham to na całość i żyję nie swoim życiem. Często zawalam swoje przyjemności/hobby. Żyję tylko dla niego.
Nie wiem jak się ogarnąć. Skąd mam brać tą energię do życia. Rodzice się dziwią "młoda jesteś a w ogóle się nie uśmiechasz, smutna taka chodzisz". Chciałabym mieć już te 60/70 lat i czekać na śmierć. Co ma mnie cieszyć? Jak?