Historycy historii najnowszej w Polsce to w ogromnej mierze nie są żadni historycy, tylko politycy i ideolodzy przebrani w fartuch naukowy. Historia XX i XXI wieku stała się u nas narzędziem walki plemiennej, a nie dziedziną badań.
Najlepszym przykładem jest obecny lans Karola Nawrockiego – człowieka wywodzącego się wprost z IPN. A IPN od lat nie funkcjonuje jak instytut naukowy, tylko jak urząd do produkcji jedynej słusznej narracji historycznej, zależnej od aktualnej władzy. Tam teza jest pierwsza, a źródła dobiera się pod nią później.
Podobnie Wojciech Roszkowski i jego „podręcznik” – pełen publicystyki, ocen moralnych i ideologicznych wtrętów. To nie jest edukacja historyczna, tylko katechizm światopoglądowy, który z historią ma tyle wspólnego, co felieton w gazecie.
Problem historii najnowszej polega na tym, że:
– wydarzenia są wciąż politycznie żywe,
– emocje zastępują analizę,
– historyk bardzo łatwo zamienia się w sędziego, prokuratora albo propagandystę.
Prawdziwa historia nie polega na narzucaniu „właściwej” interpretacji, tylko na analizie źródeł, kontekstu i sprzeczności. A tego w IPN-ie i w podręcznikach pisanych pod ideologię po prostu nie ma.
Można uprawiać rzetelną historię najnowszą, ale nie da się tego robić w instytucjach podporządkowanych polityce. I dopóki historia będzie narzędziem władzy, a nie nauką, dopóty „historycy” będą bardziej aktywistami niż badaczami.