Czy tylko mnie irytuje, że Sylwester tak brutalnie kończy okres świąteczny?
Ledwo człowiek zdąży nacieszyć się Bożym Narodzeniem, a tu 31 grudnia: koniec, reset, Nowy Rok, stres, „trzeba żyć dalej”.
A przecież liturgicznie święta trwają do 6 stycznia. Kiedyś nawet dłużej. Tymczasem w praktyce:
– przed świętami atmosfera budowana tygodniami,
– po 26 grudnia wszystko znika jak nożem uciął.
I teraz moja (może kontrowersyjna ) myśl:
a gdyby zamienić Sylwestra z Trzema Królami miejscami?
Wyobraźcie to sobie:
Sylwester dalej przed nami, jako świeckie wejście w nowy rok,
Trzech Króli jako spokojne, uroczyste domknięcie świąt,
bez nagłego „końca magii” 31 grudnia,
więcej czasu na wyciszenie, kolędy, rodzinny klimat.
Dla mnie to miałoby dużo więcej sensu psychologicznego i kulturowego.
Święta miałyby symetryczny rytm: narastanie → środek → spokojne wygaszanie.
A teraz jest: narastanie → BOOM → cisza.
Co myślicie?
Czy tylko ja czuję, że Sylwester jest w złym miejscu w kalendarzu?