Jowita03
Zarejestrowani-
Zawartość
0 -
Rejestracja
-
Ostatnio
Nigdy
Wszystko napisane przez Jowita03
-
Dziewczyny, bardzo wam dziękuję za wsparcie i słowa otuchy, to forum dużo mi dało i daje, jednak taka wspólnota bardzo pomaga, choć nigdy wczesniej bym w to nie uwierzyła, bo nie byłam nigdy na żadnym forum, mimo, iż komputery to mój świat:) Ale taka choroba zmienia wszystko, wiem, że zupełnie inaczej patrzę na świat, jakbym się ponownie narodziła. Pytacie jednak o mój przypadek, czemu tak rozległe i jak się dowiedziałam, może to opiszę, bo objawy miałam nietypowe i być może jakaś osoba tu wejdzie i pomogę jej w diagnozie. Otóż u mnie jedynym objawem raka brodawkowatego była torbiel boczna po lewej stronie szyj, całkowicie na pozór nie związana z tarczycą. Był to jednak przerzut w postaci torbieli i podejrzewam, że on uratował mi życie. W kwietniu 2013 postanowiłam zaszczepić się na żółtaczkę Wzw, profilaktycznie, przy zwykłym badaniu do szczepionki gardła lekarka zauważyła guzek na tarczycy. Poszłam więc na biopsje i USG, wcześniej tego nie robiąłm, bo nie wiedziałam, że tarczycę też się bada, bo ja robiłąm profilaktycznie kolonoskopię, gastroskopię, cytologię, ale do głowy mi nie przyszło, że jakieś guzy na tarczycy mogą być, bo nawet jak ktoś je ma, to się jakoś nimi nie chwali. Wiec obejrzano tarczycę, stwierdzono 3 guzki, pobrano materiał do biopsji, lekarz onkolog stwierdził, ze nic podejrzanego nie widzi (masakra, bo tam rak już był przecież). Wynik biopsji nie podejrzany (nie wiedziałam wtedy, że te wyniki są błędne, bo skąd????), 1 raz miałam robiona biopsję, wszyscy przeciez je mają. Endo powiedział, że co druga osoba ma guzy na tarczycy i z nimi sobie żyje, a ja nie mam się co martwić, bo wyniki dobre i po co usuwać. Dodam, że nie zauważono wtedy tez przerzutu do węzłów koło obojczyka. Więc spokojnie porzuciłam myśli o guzkach i zajęłam się swoimi sprawami. We wrześniu, czyli tylko pół roku póżniej miałam wypadek na tenisie, upadłam na rakietę, szyto mi brodę, spadła odporność. I wtedy rak zaatakował, być może to przypadek, być może ten wypadek uratował mi życie. Po tygodniu od szycia zauważyłam wspomnianą już torbiel, niebolesną, nad tarczycą, myślałam, że to od wypadku, do głowy mi nie przyszło, że to tarczyca!!!! Lekarz dał skierowanie na biopsję i znów pobrano materiał, lekarka (onkolog) stwierdziła przy pobieraniu, że to torbiel, bo jakaś biała maź...ale dostrzegła juz coś przy obojczyku (w kwietniu tego nie widzieli). Dała skierowanie na TK szyi i czekałam na biopsje. Nadal twierdzili, ze nic podejrzanego nie widać i nawet nie było mowy o usuwaniu tarczycy!!!! Przyszła juz 4 biopsja z nowego guza, nic nie wykazała, poszłam na TK szyi. I tu już wyszły zmiany w obojczyku i śródpiersiu, ale dalej nie wiedziałam co to jest. Poszłam do znajomego laryngologa, który kategorycznie wykluczył torbiel i nakazał jednak wizytę u onkologa, od niego tez dostałam namiar do mojego profesora, gdzie poszłam na 2 dzień. Dalej nie było diagnozy. Profesor zobaczył guz nad tarczycą i wysłał mnie od razu do swojej zaufanej lekarki na ponowne USG, jeszcze w tym samym dniu do niej pojechałam. I to 2 osoba, która uratowała mi życie. Popatrzyła i postawiła diagnozę: nowotwór taczycy, zaawansowany, przerzut do węzłów szyi i sródpiersia, ale nietypowo, tak do tyłu, za mostek. Zrobila 3 biopsje nowe i wyszedł rak brodawkowaty, ale jeszcze nie tak jednoznacznie, bo w materiale była krew i nie mogli napisać na pewno, stąd moje nerwy w oczekiwaniu na wynik histo, bo już jak najbardziej na świecie pragnęłam mieć tego brodawczaka (wiecie dlaczego, nie muszę tłumaczyć). Dodatkowo profesor nakazał natychmiast zrobić 2 TK klatki piersiowej, bo nie wiedzieli, gdzie kończy się przerzut koło obojczyka, bo ja miałam tylko szyi. I ta mądra decyzja znów uratowała mi życie, bo okazało się, że chwała bogu płuca czyste, ale muszą rozciać mostek, żeby zza niego wyciać wszystko. Dodatkowo owa przerzutowa torbiel w szyi przykleiła sie do żyły, która profesor wyciał wraz z nerwem, aż za dużo, żeby było czysto, stąd cięcie jeszcze w górę do ucha (ale jest z boku, po tej żyle co macie po obu stronach szyi, nie widać pod włosami , z czasem zblednie. Na razie blizna ciągnie, więc nie mogę ruszać głową za bardzo, ale to minie. Dodatkowo przerzut na nerwie od gardła, poszło do tyłu do krtani - wycięte, wszystko zainfekowane usunięto aż z nawiązką, co uchroniło mnie przed nast. operacją, która być może nie byłaby możliwa. Cięcie na mostku do końca piersi, ale tymi cięciami się kompletnie nie przejmuję, bo co to jest w porównaniu do życia????
-
Dziewczyny: nie pisałam, bo niestety w oczekiwaniu na wyniki histo popadałam w stany depresyjne i nie chciałam nikogo denerwować. Niestety dalej nie jest mi łatwo pogodzić się z tym wszystkim, mino całego optymizmu, który kiedyś miałam. Okazało sie, ze mogłam nie mówić....mój rak miał taki rozrzut, blizna w poprzek, w górę do ucha i w dół...ale co tam, udało się, mówię, choć cicho jeszcze i wciaż mnie dusi, ale to chyba ze strachu ciągle, bo nie mogę wrzucić na luz. Wczoraj przyszły wyniki i jest lepiej: brodawkowaty w czystej postaci i moja endo mówi, że teraz wychodzimy na prostą...to była najszczęśliwsza chwila w moim życiu, bo naczytałam się niestety w necie o innych odmianach, zestresowałam całą rodzinę niepotrzebnie, bo w biopsji tez ten brodawkowaty wychodził. Potężny miał i szybki rozrzut, w pół roku się tak rozochocił, ale juz go nie ma, endo mówi, ze wszyscy jej pacjenci z tego wyszli, więc ja też muszę. Miałam szczęście trafić do najlepszego na świecie profesora, bo mój przypadek był bardzo trudny i nie było wiadomo, jak będzie po operacji. Jeśli ktoś chce piszcie, podam na privat namiary i nazwisko profesora, to jedyny obecnie taki specjalista w chirurgii onkologicznej, przyjmuje w Krakowie, operuje w Tarnowie. Uratował mi życie. Powoli stres odchodzi, przyzwyczajam się do myśli, że ten rak nie zabija i mam szanse na normalne życie , ale wciaż jest trudno, bo na razie te przeżycia wracają. Ale będzie dobrze, tak wszyscy mówią, więc tego się trzyman.
-
Kurczak pisałaś, ale jeszcze wtedy nie byłam na etapie wiary w cokolwiek:) Przez 3 tyg. miałam 2 tomografie, 3 biopsje, 3 USG, miliony badań, raka i operację:) Mam rozoraną szyję i klatę, ale przeszłam przez to, choć były zwątpienia. Bardzo wierzę w mojego lekarza, a to dużo, bo ta wiara pomaga, niesamowite jest jednak ratowanie ludziom życia:) Wszystko to działo się przez 3 tygodnie!!!! Nigdy wcześniej bym w to nie uwierzyła, że coś takiego może mnie spotkać!! Ale to uczy dużej pokory i zmienia priorytety, więc może to doświadczenie pomoże nam wspanialej żyć i bardziej niz inni doceniać zwykłą codzienność? Te jodowe wizyty wcale mnie nie przerażają, poczytam książki, może zacznę pisać blog:) z jodowej jaskini:) Jestem przeszczęśliwa, ze operacja za mną i że mam raka, który jest wyleczalny;)
-
Witajcie wszystkie, jestem od wczoraj w domu i nastąpiło cudowne ozdrowienie:) nie będę opowiadać o operacji, bo każdy wie, jak jest, ale ja miałam największą, z tego co czytam. Pytacie czemu otwierali klatkę- właśnie po to, żebym uniknęła następnych operacji. Mój przerzut był w węzłach za mostkiem, inaczej nie dało się ich wyciąć, musieli otworzyć, więc mam jeszcze 1 bliznę pionowo w dół, dlatego miałam morfinę, bo ten mostek bolał. Dodatkowo guz przylegał do żyły głównej 9jak pech to pech), więc musieli wyciać kawałek żyły z mięśniem. Miałam też to świństwo na strunach głosowych, więc wycięli. Mogłam nie mówić, mogło się wiele stać, ale się nie stało, jestem w domu, mówię normalnie i powiedział mój profesor, ze wszystko dokładnie usunęli, więc teraz jak mi dadzą ten jod to chyba będę zdrowa, z tego co tu piszecie? Tego się trzymam, bo skoro wycięli to już nie mam!!!! To forum mnie odpowiednio nastawiło i jeszcze raz dzięki dziewczyny, faktycznie razem łatwiej, i tutaj spokojnie o tym piszę, bo w realu chce jak najszybciej zapomnieć. Drugi dzień w domu i nawet nie wiedziałam, że jest taki piękny:) jak oddycham świeżym powietrzem to płaczę ze szczęścia, wczoraj nawet grałam w karty z synem. Chce wrócić do treningów i znów cieszyć się życiem, bo najgorsze mam za sobą. Ten jod wydaje mi się jak wyjazd w ciepłe kraje po tym szpitalu i operacji:) mam dziwne uczucie ponownego narodzenia, ciekawe czy też tak miałyście?
-
Dziewczy, pisze z tableta, wiec bez polskich znakow na razie, bo to dluzej schodzi. Tu mam mobilny internet . Kurczak nie wiemy do konca jaki to rak, bo na biopsji tylko komorki tego bradawkowatego wyszly, lekarz tez chce wynik. Zwlaszcza ze 3 biiosje poorzednie nie ookazaly nic podejrzanego i to jest kanal, bo wiele osob ma guzy i nawet nie wiedza ze rak. Przeciez nie ma objawow, ja uprawiam sporty, doouero bylam na obozie tenisowym, teraz mial byc snowboard, do tego inensywny fitnes 4 razy w tyg. I co??? Dobrze ze mialam wypadek i chyba ten rak sie uaktywnil , bo inaczej kiepsko, usg i biopsje nic nie daja. I teraz sie boj***adac dla odmiany, bo juz nie wierze w to. Jeszcze mnie tu zostawiaja na dzien, bo wapno rosnie, ale dzis mi nie daja kroplowek i zobaczymy, moze jutro. Jak pociagnie na saszetkach to super, Nie daja mi juz morfiny wiec moge filmy na lapku ogladac, bo mi sie nie miesza w glowie. Ale dretwieje mi reka po tym wycieciu, wiec cwicze troche, bo meczy to bardzo. I najlepsze, dzis obejrzalam blizne, corka ffrankensteina:)ale co tam, na brodzie mi w 3 mies. Znikla, to i tam bedzie dobrze. Najgorzej ze spaniem, ale pewno i to przejdzie, tak jak stany lekowe. Daja mi juz euthyrox 1 i pol tabletki i zobaczymy. A ooeracje mialam w tarnowie, ale jestem z krakowa. Wysoki poziom .
-
Hej juz dzis lepiej, jutro mnie wypisza chyba . Jutro tez odwaze sie obejrzec blizne:) jest duza, bo otwierali mostek, dzieki temu unikne 2 operacji, bo chyba bym jej nie przezyla. Ale co tam, gadalam z moim przystojniakiem , ma 11 lat i znow widze szanse, ze go wychowam. Czasem mam leki jeszcze, ale moze przejda:)na razie czekam na wyniki i zapisalam sie do endo, bojakos to trzeba oogarnac . Moja biedna siostra diedziala tu ze mna od poniedzialku, tyle dni w tym tarnowie. Ale polecam wszystkim, swietne warunki i personel. Nawet mialam osobny pokoj caly czas. Operacja jak operacja, chce zspomniec jak najszybciej pozdrawiam wszystkich tu serdecznie:)
-
Hej juz
-
nie zabija ten rak, oczywiście. Dzwonila siostra do Gliwic. ale dopiero po wyniku histo kazali dzwonić. da się to jakoś obejść?
-
Dziewczyny, dzięki że piszecie, odstawili mi morfinę i mam kryzys. Miałam naprawdę rozległą operację, nawet na strunach głosowych, wszystko się mogło podziać, Na szczęście profesor wyciął wszystko i nawet chrypki nie mam dużej.szybko doszłam do siebie, nawet głowę mi umyli w 2 dobie. Najbardziej mnie martwi, czy jak już powycinali i dadzą jod to już będze dobrze??? Jakoś wcześniej miałam więcej optymizmu. Na razie tylko pisanie tutaj mnie uspokaja.Wiem też,że miałam wyjątkowego chirurga, naczytałam się tu tyle, że nie zabija. a tu taka załamka....
-
Dziewczyny, piszę ze szpitala...od poniedziałku masakra, miałam duży zakres, bo mi mostek przecięli, żeby węzły usunąć, koło ucha też, bo tam akurat był guz, także niezłe cięcie. Myślałam, że nie przeżyję, ale jestem:)Dziś już doszłam do siebie, dreny wyjęte, szyja rozpruta, ale wyczyścili wszystko. Mam się już umawiać do Gliwic, może polecić lekarza? Nie znam tam nikogo, a terminy długie. Do kogo iść, żeby było szybko?
-
Dziewczyny, ja nie mam bladego pojęcia gdzie będę miała ten jod, bo na dzień dzisiejszy o jodzie wiem tylko od was.Jest to dość dziwne, ale nie jestem w stanie na razie zapytać mojego lekarza o ciąg dalszy...bo na razie jest rozmowa tylko o skomplikowanej operacji, wiem, że węzły, ale pierwsze słyszę, że są jeszcze boczne!!! To dzieje się tak szybko, że nie nadążam. O raku wiem od tygodnia, badam się od dwóch. Zauważyłam, że jeśli chodzi o moje życie to nie pytam o nic, chcę przeżyć, ale tylko wy dajecie nadzieję, że tak będzie. Lekarz nic nie mówi, jest najlepszy podobno na świecie, ale on tylko o operacji gada, i o tym, co mi może wyciąć, jeśli zajdzie taka potrzeba...wy dajecie szansę na normalne życie...więc powiem szczerze, nie wiem, co będzie dalej, bo na razie wiem tyle, że pojutrze operacja, że wytną, że muszą otworzyć mostek...bo przerzut, robili mi tomografię klatki, na szczęście niżej nie schodzi. Druga część tarczycy idealnie zdrowa, ale też wytną. Nie wiem, czy to boczne, czy środkowe węzły, to dzieje się zbyt szybko. Już pogodziłam się z diagnozą, teraz chcę przeżyć, piszcie do mnie, bardzo pomagacie, dzięki wam jakoś się trzymam i nawet mam nadzieję, ze pojadę z synem do Włoch, nie będę śmigać jak zawsze na desce, ale tym razem będę dla wszystkich gotować (choć tego nie znosiłam) i będę wśród żywych, a to chyba najważniejsze:) Jutro wieczorem jadę juz do szpitala, trzymajcie kciuki i dzięki, że jesteście...
-
Dzięki za info:) jestem trochę zagubiona w tym wszystkim, bo jeszcze 2 tyg. temu nie miałam pojęcia, że z tarczycą są takie masakry:) Od tomografii poprzez nowe biopsje minęły zaledwie 2 tyg. i już mam operację. Mnie operuje chirurg onkolog, nie endokrynolog, dlatego pewno on nie będzie prowadził mnie dalej. Nie wypytuję go na razie, bo najważniejsza na razie jest sama operacja, ale jak tu czytam to każdy ma inaczej. Chciałabym na 3-ci dzień po sklepach latać, ale u mnie zakres operacji bardziej rozległy, nie wiem, czy to ma znaczenie, czy człowiek czuje się tak samo jak po zwykłym wycięciu tarczycy? Może Eweliza wie, ona miała z tego co czytam tez większy zakres operacji. Czy blizna jest tez w poprzek jak otwierają mostek? Tych niewiadomych są tysiące. czytałam tez o jakiejś szczepionce, która się bierze zamiast odstawiania hormonu, czy to można kupić sobie? I co to jest, wiecie pewno:) Muszę ogarnąć ten temat, bo im więcej wiem, tym bardziej jestem spokojniejsza.
-
To ja, Jowita. Z poprzedniego postu. Nie zalogowałam się i wyszłam jako gość:) Teraz już jest dobrze.
-
Witam, jestem tu nowa, moja droga na to forum jest podobna do wszystkich: tydzień temu diagnoza: rak tarczycy, na moje szczęście (nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę) brodawkowaty. początkowo jak każdy tutaj przeżyłam załamanie, tego nie da się ominąć, ale z wypowiedzi tutaj wynika, że ten rak nie zabija, że jest szansa po usunięciu go na normalne życie. Ta informacja pozwala mi przetrwać, a skoro już tu piszę to znaczy, że jestem gotowa na walkę. Operacja za tydzień 30.12 w Tarnowie (jestem z Krakowa, ale mój profesor tam operuje), rozległa, mam przerzut do węzłów, na szczęście robili mi tomografię klatki i niżej nie schodzi. Może się uda, bo zawsze byłam zdrowa, uprawiam wiele sportów i jestem wieczną optymistką, choć teraz pewno to się zmieni. Czuję potrzebę pogadania z kimś, kto to przeszedł wszystko, może jest tu ktoś, kto miał operację w Tarnowie, moze jakieś info? Dodatkowo mam pytanie: czy ktoś był na tym jodzie w Krakowie? Bo z tego co tu piszecie to Gliwice i Zgierz najczęściej...i dzięki za to forum, bez niego zeszłabym nie na raka, ale na głowę:) Próbuję znaleźć jakieś optymistyczne wydźwięki w tym wszystkim, ale bynajmniej nie jest mi do śmiechu...
