Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

Zarchiwizowany

Ten temat jest archiwizowany i nie można dodawać nowych odpowiedzi.

Gość gość

doradźcie.....

Polecane posty

Gość gość

Witajcie Pierwszy raz w życiu proszę o poradę w takiej sprawie, ale ręce mi już opadają-jestem naprawdę w kropce. Od początku-mam 30 lat, jesteśmy razem 8 lat, ona jest 10 lat starsza (co w sumie ma pośredni związek na sytuację), ma już dorosłą córkę (z którą zawsze świetnie się dogadywałem). Razem (znaczy we dwójkę) mieszkamy od dwóch lat-dba o dom i o mnie, do wszystkiego doszliśmy razem i sami. I tu wszystko fajnie-historia związku rzuci więcej światła. O co chodzi konkretnie? O fochy śmierdziochy. Od zawsze sprawa wyglądała tak samo-kłótnia (najczęściej o pracę-tam się poznaliśmy, długo razem pracowaliśmy, teraz nasza praca ze względu na stanowiska jest rozdzielna, ale dalej trafiają się kwestie sporne-sama ich szuka). W sposobie komunikacji zawsze był największy problem. ZAWSZE przy kwestii spornej jest ten sam scenariusz-mała kłótnia o pierdołę, ona się w sobie zamyka, eskalacja niewerbalna problemu (najczęściej przeklętymi esemesami mnie nakręca), w końcu ja eskploduję jak wulkan (bez inwektyw-tak raczej bezosobowo) i zaczyna się gehenna........ Foch zaczyna się od nieodzywania, później jest etap-musimy to skończyć, oczywiście zero odzywania się z jej strony, i tak-i tu uwaga-DO MIESIĄCA. Aż przeproszę, bez względu na to czy zawiniłem, czy nie (przyznam-czasem się zdarza, czasem to ewidentnie jej wina). Najczęściej przepraszam, kupuję prezenty (nie skutkują, nawet ich nie przyjmuje, kupuję dla zasady), i po jakimś czasie w płaczu i szlochu godzimy się na kolejną próbę. NA 8 lat spędziliśmy razem ze 3 w milczeniu i z rok na rozstaniach. Tutaj sytuacja komplikuje się najmocniej. Wiem, że mnie kocha całym sercem. Wiem, że nie myśli o innym, że oddała by mi nerkę, że prędzej mi coś da niż weźmie. I tutaj byłoby OK. Mam świadomość że foszki i rozstawanki są markowane jako ostentacyjna próba wymuszenia postawy życiowej bądź po prostu kary. Zwykłej kary za zachowanie nie po myśli. I to też bym przeżył, gdyby tylko nie fakt, że te cholerne fochy wypaliy mnie emocjonalnie. Z każdym cholernym miesięcznym fochem zależy mi coraz mniej. To chyba mój mechanizm obronny-wyłączenie emocjonalne. Ze dwa razy byłem już nawet zdeterminowany, żeby to wszystko XXX w cholere. Ale wtedy trzeźwiała, albo co gorsza-w jej życiu trafiało się jakieś g****o (śmierć kogoś bliskiego, choroba w rodzinie etc.). Nie jestem skończonym bydlakiem-nie zostawię kogoś, jak by nie było bliskiego w takiej sytuacji. Więc trwałem-na dobre i złe (choć ślubu nie mamy). Ale chyba doszedłem do granic....Foch o bzdurę trwa od miesiąca, oczywiście kazała mi się wyprowadzić (choć wiem, że tego nie chce-czeka aż przyjdę, przeproszę i przytulę). Tylko ja już nie mam siły tulić i przepraszać nie widząc winy. Wiem-trochę męska duma, Ale wypalenia bierze górę. Od jakiegoś czasu trzyma mnie głównie poczucie ewentualnej winy-wiem, że odejściem potwornie ją skrzywdzę (swego czasu-zdradzana i porzucona żona). Nie chcę złamać jej serca, zrobić żadnej krzywdy. Też za nią pewnie zaszlocham. Ale takie życie czyni mnie już wypalonym emocjonalnie, nieczułym bydlakiem. Skoro wiecznie słyszę o rozstaniu-uodparniam się na myśl o życiu bez niej. Kiedyś strasznie ją kochałem (naprawdę-całym sercem, wbrew wszystkiemu-rodzinie i otoczeniu). Z każdym fochem zależy mi mniej. Teraz-to już chyba tylko strach przed poczuciem winy po skrzywdzeniu kogoś i poczucie obowiązku (bo co ona beze mnie zrobi, jak już zrozumie, że posunęła się za daleko?). Nie chcę robić jej krzywdy. Ale zaczynam się zastanawiać, czy większą krzywdą nie jest przeciąganie tego? Bo kiedy znowu wytnie taki numer na święta (rób sobie sam), przed wyjazdem (jedź sobie sam), czy w moje urodziny (co 2 lata, nawet życzeń nie złoży-strasznie mi wtedy zawsze przykro, to dla mnie jedyny "mój" dzień w roku) to w końcu nie wytrzymam.... Teraz już chyba nie wytrzymam i zrobię jej krzywdę (chociaż wiem, że ona boi się tego najbardziej na świecie-ma po prostu taki popierd... podły charakter-rozmawialiśmy o tym dziesiątki razy, głupio jej zawsze później, a tłumaczenie brzmi-BO JA TAK MAM.......). Dajcie jakąś konstruktywną uwagę, bo naprawdę jestem w szachu. Może czego nie dostrzegam? Może ktoś otworzy mi na coś oczy? Może jest jakiś złoty sposób? Uczucie umiera (jeśli już nie umarło), kiedy nie ma kontaktu-przywiązanie słabnie. Zostaje poczucie obowiązku i uczciwości. Nie chcę krzywdzić. Ale nie lepiej przełknąć żabę i zacząć od nowa? Kulawy nie jestem, kobiety mnie lubią-mimo kilku okazji nigdy nie skoczyłem w bok. Męczę się już. Nawet jej córce-zawsze przykro, ale mnie rozumie.... Jestem w kropce.....

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Gość Azzazel
Wow. Nie wygląda mi to na prowo. Więc się odezwę. W takim momencie zawsze daje się listę poleceń: 1. Zastanów się czy to jest to czego chcesz? - wygląda na to, że zastanowiłeś się już i to nie raz. 2. Porozmawiaj z nią. - rozmawialiście dużo razy bez efektów 3. Poczekaj, może to chwilowe problemy - Najwyraźniej nie chwilowe. WIĘC: Nie myśl o tym w kategoriach krzywdzenia kogoś i odejdź. Dziecko jest jej i pomimo tego, że się przywiązałes i Ty i ono nie może deerminować Twojej przyszłości. Tak samo jak to co ona wcześniej przeżyła. Widać niczego się nie nauczyła a Ty już ze swojej strony próbowałeś. Jej zachowanie na pewno jest też powiązane ze strachem przed utratą kontroli nad Tobą. Jedyne co ją obudzi to Twoje odejście. Obudzi i da do myślenia. Jeśli się zmieni może jeszcze się zejdziecie. Podsumowując: mamy mało czasu w życiu na zadowalanie innych. Najważniejszą osobą w Twoim życiu jesteś Ty. Rób tak, żeby Tobie było dobrze.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Gość gość
hmm... Może i racja. Nie jestem święty-czasami daję jej powody do złości. Ale raczej tylko do złości-raczej nie do smutku. Chyba masz rację. Tak czy owak-dzięki za wsparcie w postaci rady/analizy/zewnętrznego spojrzenia. Rozmawiałem sporo z jej córką (to już młoda, dorosła kobieta z własnym życiem i dzieckiem). Przykro jej, ale sama powiedziała, że mnie rozumie (zresztą zawsze mnie w takich sytuacjach wspierała), i że ma wielką nadzieję, że nadal będę uczestniczył w jej życiu. To miłe i budujące. Nie jestem typem p.....zdy-jestem na co dzień raczej zdecydowany, ale przy tym stosunkowo łagodny i skłonny do kompromisów. Praktyczny-tak bym powiedział. Zobaczę co przyniosą święta i dzień po. Mam nadzieję, że się nie poskładam jak zobaczę szlochy i łzy-a zobaczę na pewno. Życz mi powodzenia. Dzięki raz jeszcze. Dam znać jak jest. Pzdr

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

×