Dziękuję za wszystkie wyrazy wsparcia
Szczerze mówiąc spodziewałam się, że tak będzie. Znam bardzo dobrze siebie i swoje ciało, od kilku dni mam pełen wachlarz typowych dla mnie objawów przedokresowych, więc po prostu czułam to już, że ciąży nie będzie. Domowe testy ciążowe też nigdy w moim przypadku nie dały fałszywego wyniku, a w 6dpt, przy udanym transferze 5 dniowej blastki, racjonalnie rzecz biorąc beta powinna już być powyżej 10, dlatego, jak zrobiłam test, który pokazuje drugą kreskę przy takiej wartości i nie pojawił się nawet jej cień, to wiedziałam, że raczej mogę uznać już ten wynik za pewny. Oczywiście było ziarnko nadziei, Wy też mi ją dawałyście, ale jednak logika mówiła co innego i mentalnie przygotowywałam się na to.
Od kilku dni jestem też wstrząśnięta historia pewnej dziewczyny, młodej niespełna 30 letniej, która w lutym miała udany transfer, beta pięknie jej przyrastała, potem zobaczyła upragnione serduszko, widziała na usg, jak jej maleństwa beztrosko sobie w niej fika, była bardzo szczęśliwa, czuła się dobrze, bardzo o siebie dbała. Wreszcie w zeszłym tygodniu doczekała terminu rutynowych badań prenatalnych. Niestety jej świat totalnie runął. Okazało się, że maleństwo ma bardzo poważne wady genetyczne, jego mózg nie rozdzielił się prawidłowo, nie ma noska, prawdopodobnie ma jedno oczko, po urodzeniu byłoby roślinką i żyłoby może miesiąc. Nawet nie chce sobie wyobrażać jej piekła teraz. Tym bardziej, że mieszka w w naszym chorym kraju, który nie daje jej prawa zakończyć tej ciąży na tym etapie, nie zapewnia jej też żadnej opieki psychologicznej i musi radzić sobie z tym na własną rękę.
Dlatego dziś, czekając na wynik bety, myślałam sobie, że nawet jeśli będzie on teraz negatywny, to może nie będzie to aż taka wielka tragedia w porównaniu z tym, co ona teraz przechodzi? Szczególnie, że wciąż mam jeszcze 3 śnieżynki i 3 szanse. I że może po prostu tak miało być.
Tak, czy inaczej każda porażka boli, szczególnie, jak czegoś bardzo się pragnie... więc smutek jest i trzeba go przeżyć...