Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

artemika

Zarejestrowani
  • Zawartość

    0
  • Rejestracja

  • Ostatnio

    Nigdy

Reputacja

0 Neutral
  1. Nie, nie jestem święta, tak jak i wszyscy inni na tym świecie, jak i Ty i mój mąż. To od jakiego stopnia utraty świętości można mnie uderzyć? Jaka jest na to skala? Bo widzę, że jakaś jest, a wraz z nią istnieje usprawiedliwienie dla takich czynów. Nie zdradzam, nie szlajam się, pracuję, wypełniam obowiązki domowe, właściwie żyję tylko pomiędzy pracą a domem, rozsądnie gospodaruję wspólnymi pieniędzmi, dzięki czemu byliśmy właśnie na kupnie mieszkania, a którego nie kupimy, bo nie chcę tam mieć miejsca mojej kaźni. Mnie wychowywano tak, że pewnych granic się nie przekracza i to uważam za właściwie. Nie chcę mieć dzieci i wychowywać je, że za to należy się ochrzan, za to klaps, za to wyzwiska, za to grożenie śmiercią, a za to trzaśnięcie w twarz. To jakaś chora wyliczanka, hierarchizacja, która narusza granice dobrych obyczajów i zwykłej ludzkiej przyzwoitości! Bo jak stres i agresja mogą tak uchodzić, to wszyscy byśmy w pracy się tłukli, w sklepie, na parkingu, w domu, a nawet w szkołach. Sodoma i Gomora
  2. Mój mąż się dzisiaj wyprowadził. Sama kazałam mu się wyprowadzić. Wczoraj mnie uderzył. Pierwszy raz - zamierzył się i przywalił. Nie z pięści i nie w twarz - robi w takim zawodzie, że dobrze wie, że zostawiłoby to dobitne dowody. Z otwartej ręki na granicy żuchwy i szyi. Ale i tak na szyi jest ślad. Jestem w kropce... Wychowywałam się w tak spokojnym domu, że nie mieści mi się coś takiego w głowie. Są szczyty agresji, złości, niemocy, nieporozumienia, ale są pewne granicy, których przekraczać nie wolno. Słyszałam już epitety [od swoim adresem, groził mi nawet śmiercią. Zniosłam to, ale teraz to już przegięcie, a ja nie umiem sobie poradzić z życiem, które mi się przewróciło do góry nogami, a ostatnie 7 lat życia należałoby zakopać głęboko w niepamięci... :-(
  3. Witam wszystkich. Jestem mężatką od roku z lekkim haczykiem i coraz częściej chciałabym krzyczeń "wyszłam za mąż - chcę już wracać!!!". Rozumiem Was doskonale z tą małą różnicą, że my nie mamy dzieci, a mojemu mężowi do życia wystarczyłyby tylko 3 rzeczy - jego praca i koledzy z pracy (mundurówka - bardzo specyficzny rodzaj więzi między pracownikami, który nierzadko przekłada się na życie prywatne), TV i komputer. A ja...? Mogłabym zniknąć z powierzchni ziemi i tak by nie zauważył :-( Czuję się strasznie samotna tym bardziej, że z charakteru oddaję się totalnie (jeśli nie mogę czegoś robić na cały gwizdek, to tego nie robię) i pewnego dnia zorientowałam się, że oprócz niego nie ma żadnego innego życia. Kiedy go poznałam byłam na studiach, kontakty ze studiów się porozchodziły i w tej chwili są tylko 2 razy do roku na święta +/- odchylenie związane z Naszą-Klasą. Mam przyjaciółkę jeszcze z czasów liceum, ale to przykładna żona, a od niespełna roku matka, więc jak się spotkamy raz w miesiącu, to jest cud. Jeżeli chodzi o moją pracę, to po pierwsze wszyscy mieszkamy w tak wielkim promieniu, że właściwie należałoby za niego ująć całe województwo, a po drugie nasz zawód jest na tyle męczący i zajmujący, że po pracy wolimy raczej od siebie odpocząć, aniżeli się spotykać. No i tak wiszę, gdzieś w tym wszystkim zawieszona i chciałabym już spaść, obojętne co by nastąpiło, byle już spaść, bo to uczucie zawieszenia jest okropne. Nie mam na tyle śmiałości, żeby rzucić to wszystko i zacząć nowe szaleńcze życie singla, poza tym nie mieszkam w metropolii, więc zaczęcie całkowicie życia od nowa nie wchodzi w grę, bo ludzie na około będą ci sami. A z charakteru nie umiem żyć bez ludzi, potrzebuję mieć kogoś bliskiego, samotność mnie zabija... ;-( Klapa... Nie przeczytałam od deski do deski wszyściutkich wypowiedzi do tego tematu, ale wiem, że są tutaj osoby ze Śląska, to może spotkałybyśmy się - nie dlatego, żeby sobie ponarzekać, ale dlatego aby nie mieć powodu do narzekania jak powyżej. "Nieszczęśliwe mężatki poszalejmy" jak jest w tytule! Pozdrawiam gorąco i z całego serca czekam na jakieś info
  4. Hej :) Pilnie poszukuję samochodu do ślubu (okolice Jaworzna). Ktoś pomoże...?
  5. artemika

    Polećcie zespół muzyczny / DJa

    Czy naprawdę nikt nie zna sprawdzonych zespołów ze Śląska? :(
  6. Hej, mieszkamy w Jaworznie (woj. śląskie) i poszukujemy oprawy muzycznej na wesele, a że idzie nam to bardzo cięzko, to postanowilismy poprosić o pomoc internautów. Poszukujemy zespołu weselnego bądź DJa z województwa śląskiego lub ewentualnie małopolskiego. Prosimy o opinie, a najlepiej o linki internetowe, żebyśmy mogli ich sami posłuchać :)
  7. dziekuję wszystkim kobitkom, które starały się mi wyjaśnić, pocieszyć, przytulić do ramienia ;) ja tak naprawdę nadal nad tym wszystkim myślę. nie umiem tego przeboleć (on też - to chyba dobrze :) ). myśmy sami wpadli we własna pętlę, ale jak tak czytam wasze wypowiedzi, to każdy z nas (a właściwie każdA z nas - kobietek) ma jakieś włąsnoręcznie zrobione zapętlenie, tylko należy umiec sobie z nim poradzić. może myśmy chcieli sobie stworzyć nasz własny świat, który w realnym życiu nie ma prawa istnieć... jejku, ja tę sprawę pozostawię otwartą, bo... jak tu bez mojego mundurowego żyć...? :( pozdrawiam was, dzielne babeczki :)
  8. nie jest mi dobrze i tylko mam poczucie, że zmarnowałam te kilka lat przez jakąś bzdetę, którą chyba był właśnie ten mundur. jak tak czytałam wasze początkowe wypowiedzi, to widziałam, że tez nie macie jakoś lux, nie macie tez jakiejś makabry, ale na dłuższą metę ile mozna znosić? :(
  9. a ja byłam z policjantem kilka lat i właśnie to zakończyłam. takiego potwornego związku jeszcze nie miałam. nerwus, choleryk, wpadający z biała gorączkę, wypytujący jak na przesłuchaniu, wyzywający, pan władza po prostu. a tak naprawdę miły i kochany. tylko ta robota za bardzo zaczęła go absorbować, nio ale cos się dziwić, jak pracował 12 godzin 6 dni w tygodniu :/ miałam dość takiego \"niby życia we dwoje\". nie chciałam być samotna w związku, a w przysżłości samotną matką. współczuję wam kobitki i drugi raz chyba bym się na to już nie porwała...
  10. skąd ja to znam. ale największy jest problem w przełamaniu się, a nie w tym, co będzie, jak już się powie prawdę. ehhh...
  11. topik makabrycznie dołujący... ale chyba potrzebny... w maju minie drugi rok, jak zmarł mój tata... zachorował niespodziewanie, on - najzdrowszy z całej rodziny... miał w sobie \"tykająca bombkę\", o której nikt nie wiedział, a nawet jakbysmy wiedzieli, to medycyna nie daje duzych szans... kiedy to się stało, próbowałam mu pomóc... nie wiedziałam wtedy, że moja reanimacja przedłuzy mu jedynie zycie o 12 dni... 12 dni koszmaru... oddziały intensywnej terapii sa koszmarne... siostra - lekarz, która patrzy razem ze mną, jak nasz tata odchodzi i nic nie może zrobić... siostra w 2 miesiącu ciąży z pierwszym dzieckiem - tata tak się cieszył na wnuka... ale ta radośc prysnęła po miesiącu... ja - zaledwie 20letnia i pólsierota... nie jest prawdą, że czas leczy rany, nigdy nie będzie dobrze... to czcze gadanie... boli tak samo czy to jest dzień, miesiąc, czy rok później... nigdy się z tym nie pogodziłam, nie wiem nawet, na kogo powinnam byc zła... a pustki w domu znieść nie mogę... nie chcę od nikogo rad, pocieszania, zamknęłam się całkowicie w sobie... bo to był tylko mój tata, tylko ja miałam z nim takie relacje i nie ma drugich takich jak my... nikt się nie powienien mądrzyć... jesli ma się serce, to ono będzie bolec juz zawsze... famfaramfa - to, co czujesz, jest tylko twoje... nie pozwól nikomu tego spłycić i miej nadzieję - nic więcej nam nie pozostało... całą naszą miłość i dobro... - smierć odebrała nam wszystko...
×