Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

krhr2010

Zarejestrowani
  • Zawartość

    0
  • Rejestracja

  • Ostatnio

    Nigdy

Reputacja

0 Neutral
  1. Do 234ania Pytanie o marzenia było kierowane do mnie? Pozwolę sobie odpowiedzieć nawet jeżeli nie:) Marzenia? Pogrzebałam je razem z mężem. Wydawało mi się tak do pewnego momentu... nie marzyłam a wręcz przeciwnie broniłam się przed nimi. Ostatnio miałam okazję nurkować, jak usłyszałam tą propozycję bez zastanowienia się zgodziłam. Zrealizowałam po części to o czym marzyłam .Dlaczego po części? Gdyż chciałam zrobić to z mężem, niestety to jest już niemożliwe. Odrodziło się to co głęboko zakopałam. Myślałam, że będzie to przełom, że zacznę myśleć teraz o tym czego ja chcę, czego pragnę, niestety... nie potrafię. Żyję z dnia na dzień... Kiedyś marzyłam i co mi po tym zostało? Może z biegiem czasu to się zmieni... Teraz brak marzeń i sensu życia doprowadza do tego, że brak mi sił. Już teraz to widzę, zaczyna mi to przeszkadzać, wkurza mnie monotonia ale z drugiej str nie umiem tego zmienić. Jak tylko staram się przełamać mam wyrzuty sumienia. Chociażby chodzenie na cmentarz. Teraz uczę chodzić się co drugi dzień bo tak musiałam codziennie. Oczywiście przepraszam męża, tłumaczę się dlaczego tak robię. Po prostu już tak mam... Mam nadzieję, że niejedna z Was mnie rozumie, albo wie o czym pisze bo w innym przypadku powinnam sądzić, że do reszty oszalałam. Pozdrowienia dla Was:*
  2. Witam po długim czasie... Niebawem minie 2 lata gdy usłyszałam, że mój mąż miał wypadek i to śmiertelny... Każdy z nas ma inne doświadczenia, inne sposoby na to jak sobie radzić z pustką, tęsknotą i bólem... Od wielu ludzi słyszałam, że muszę powierzyć swoje cierpienie Bogu, nie umiem choć teraz już tego się uczę...Bliższe mi było obrażanie Boga, obwinianie za wszystko teraz zmieniło się o tylko, że nie szukam winnych tego co się stało. Stwierdzam fakt, nie ma mojego kochanego Niunia i tyle... Obwiniałam siebie, tak naprawdę przychodzą chwilę gdy robię to nadal, co mi to daję? dobijam siebie, tłumaczę sobie, że nie spotyka to wszystkich, więc w jakiś sposób sobie na to zasłużyłam... Kiedyś od psycholog usłyszałam, że w swojej tragedii największe cierpienie zadaję sama sobie. Nadal jest smutek... Jak robię bilans z ostatnich dwóch lat to dochodzę do wniosku, że wiele się zmieniło. Poznałam wielu ludzi, którzy dodają mi siły, "starzy" znajomi byli w pierwszych chwilach potem z biegiem czasu zapomnieli... Pewnie każda z Was wiem o czym piszę... Egzamin przeszli nieliczni i to tak naprawdę przyjaciele męża... Dziękuje mu za to, że nauczył mnie wielu rzeczy, zmienił mnie i dzięki niemu poznałam ludzi, którzy okazali się wsparciem bo moi znajomi w 90% zawiedli. Kiedyś usłyszałam, że zaprzepaszczam to czego Heniek mnie uczył, cieszył się z każdej chwili i tego oczekiwał ode mnie... Z nim było to łatwe, ale bez? Nie potrafię... Czy jest mi lepiej? Czuję jakby wewnętrzny ból, taki który jest we mnie - głęboko. Dobija mnie samotność, wracam z pracy do naszego domu a tam co? PUSTKA... Życie stwarza wiele okazji aby uświadomić sobie, że zawsze może być gorzej! Jednak mimo wszystko żyję - niestety, bo wcale mnie to nie cieszy... staram się żyć z dnia na dzień. Większość z Was pisze o dzieciach, oddałabym wszystko aby je mieć, niestety nie udało się... Co chwilę dowiaduję się o ciąży kogoś bliskiego bądź znajomych. Staram się cieszyć, gratuluję a potem w samotności płaczę. Z zazdrości... Nie wiem czy kiedykolwiek będzie dobrze. Wiem, że to zależy ode mnie... Powinnam otworzyć się na innych, rozpocząć nowy etap życia, ale nie umiem, jakby to w czym tkwię teraz było silniejsze. Jak złamię schemat, w którym żyję mam wyrzuty sumienia. Wracając do wiary nie wiem czy ona pomaga, może właśnie obalanie jej sprawia, że nie czuję tego do końca. Wiem jednak, że Niuń jest przy mnie, powtarzam sobie to każdego dnia i rozmawiam z nim prosząc o wsparcie. Czasami załamuję ręce, mam złość na niego, bo nie tak miało być, albo teraz chciałabym aby było inaczej a tu nic... Jak się wygadam zawsze mi lepiej. Wiem, że zamykam się w swoim świecie, ale w pojedynkę nie umiem żyć w świecie innych. Tęsknie, brakuje mi przytulania, całowania i obecności. Świadomości, że jest ktoś kto zawsze będzie przy mnie nie tylko duchem ale i ciałem. Naprawdę wierzycie głęboko w to, że kiedyś jeszcze zaświeci słońce? Mnie wizja przyszłości przeraża, dobija więc bardzo rzadko o niej myślę. Życzę Wam siły i małych cudów, które sprawią, że zechce się Wam żyć:)
  3. Chyba nie ma skutecznego sposobu na poradzenie sobie z bólem, żalem, nienawiścią. Ja przynajmniej go nie znalazłam... U mnie niebawem miną 10 miesięcy samotności. Czas, w którym wszystko wywróciło się do góry nogami. Nagle świat mnie otaczający stał się obcy, niedostępny. Nie umiem zacząć działać. mam wrażenie jakby wszystko toczyło się dalej, a ja jako bierny obserwator stoję i patrzę i czekam...na co? Na śmierć! Codziennie błagam mojego męża aby mnie wziął do siebie... Dobija mnie tęsknota, rozmowy do ścian i czekanie na odpowiedzi. Ja wierzę w to, że On jest przy mnie, jakoś mi to pomaga! Jak ja chciałabym cofnąć czas i być z Nim w tym samochodzie... Każdego dnia kładę się z nadzieją, że już nie stanę... Po takim czasie wszyscy w około wrócili do swojego życia, wspominając Niunia raz na jakiś czas, a ja nie potrafię... Niby w towarzystwie innych ludzi staram się rozmawiać, uśmiechać się, innych, mam na myśli stały skład osób mnie otaczających. Udaję, gram aby ich nie martwić a potem idę na cmentarz gdzie mogę się wypłakać, wykrzyczeć, bądź taką moją oaza jest nasz dom, który też stracił duszę. Gwar, żarty, plany o gromadce dzieci prysły w jedną chwilę, teraz jest cisza, smutek, zaduma i wspomnienia- które tak bolą! Nie wiem czy kiedyś będzie inaczej- wątpię. Myślę, że musimy się przyzwyczaić do danego stanu rzeczy i tyle. Nigdy tego nie zrozumiemy i nie znajdziemy odpowiedzi dlaczego? Ja staram się o tym nie myśleć, wiem, że nie jestem sama. wiele kobiet i mężczyzn cierpi z tego samego powodu- mi to dodaje jakoś otuchy- pewnie to okropne. Przeraża mnie najbliższa przyszłość, jak ja mam sobie bez niego poradzić? Nie wiem! wierzę w to, że mi pomoże- już mi pomaga- wiem o tym:) Nie myślę o przyszłość, bo nie chcę jej mieć, nie chcę żyć, On musi mnie zabrać do siebie, tylko pewnie coś mam tutaj jeszcze do zrobienia... Chciałabym Wam pomóc,ale nie wiem jak... Nie umiem nawet pomóc sobie... Zostaliśmy sami i po co? Dlaczego wszyscy nie mogą być szczęśliwi? Nam to źródło szczęścia odebrano czego nie jestem w stanie pojąć! Trzymajcie się gorąco:*
  4. Kochani już nie daję rady!!!! Moja tęsknota nie zna granic... Po co mi takie życie? Dzisiaj moje urodziny ale cóż są one warte bez Niego? To mój Aniołek sprawił, że zaczęłam się cieszyć życiem, a teraz wszystko zadaje mi tak straszny ból... Myślałam, że już "jakoś" sobie radzę, ale nic bardziej mylnego... Nie umiem bez Niego żyć. Siedzę całymi dniami w naszym domu, jednym pokoju bo po co mi więcej? Nie ma nic gorszego jak siedzenie w pustym domu, w który wiąże się z wspomnieniami, tymi pozytywnymi i negatywnymi niestety. Jak mogłam przejmować się i denerwować bo ściana nie tak wymalowana, czy meble nie na czas zamontowane. Teraz nie mam po co tam wracać. Pustka w domu i pustka w sercu. Ostatnimi czasy choruję, chyba szlak trafił moją odporność, sama siedzę i w głowę mi zachodzi. Mój Niuniek tak zawsze się o mnie troszczył, potrafił w nocy przyjechać tylko dlatego, że czułam się coś nie tak. Nie odstępował mnie na krok gdy tylko coś się działo,a teraz? Nawet pisząc to łzy ciekną mi po policzku. Nie umiem już dalej, brakuje mi siły. Każdy z moje otoczenia ma swoją rodzinę. mają dla kogo żyć, co oni wiedzą co ja przeżywam? Mam tak straszne wyrzuty sumienia za swoje postępowanie, nie doceniałam Go, może to za karę? Kochanie kocham Ciebie nad życie, tak mocno jak to tylko możliwe. Tęsknie... Przyśnij mi się błagam!!! Powiedz, że jesteś szczęśliwy, bo tylko na tym mi zależy. Mam nadzieję, że nie długo do Ciebie przyjdę, bo życie tutaj nie ma już sensu. Odstaję od wszystkich, chcę być tylko przy Tobie. Kocham Cię mój Aniołku:*:*:* A miało być tak pięknie.... Kochani trzymajcie się:* U mnie to już chyba koniec...:(
  5. Witam:) Tak z pomorskiego okolice Sierakowic, kojarzysz? Może kiedyś się spotkamy? Może jakoś nam ulży... A jak kochani u Was z walką? U mnie jakoś marnie, tak jak już większość z Was pisała czym dłużej tym gorzej. Żale przepełnia moje serce i co najgorsze mam wrażenie, że z dnia na dzień staję się bardziej oschła, mniej uczuciowa, sytuację które kiedyś doprowadziłyby mnie do łez teraz wcale mnie nie ruszają. Czy też macie nieustanne wyrzuty sumienia, które są związane z codziennym życiem? Mam na myśli np. wyjazd ze znajomymi nad morze, bądź zrobienie czegoś dla siebie? Ja nie potrafię, gdyż ciągle myślę, że mi nie wypada, że nie powinnam. Przyjaciele i rodzina namawiają mnie abym zaczęła myśleć o sobie, zaczęła dbać o siebie ale ja nie chcę i co więcej jeżeli zaczęłabym to robić to już do końca znienawidziłabym samą siebie. Nie wiem czemu tak jest. Dobrze mi jest jedynie na cmentarzu, bądź gdy jestem gdzieś zaszyta w domu. Ciągle o Nim myślę, wszystko zrobiłabym aby być z Nim. Kochani gorące buziaki przesyłam dla Was.
  6. Do Niuniek Mów do niej to co chcesz jej przekazać, musisz uwierzyć w to, że Ciebie słucha- to pomaga. Idź nad grób i opowiadaj o swoich słabościach, tęsknocie, miłości i wszystkim tym czego nie zdążyłeś jej powiedzieć. Mój mąż odszedł nagle, w ogóle się tego nie spodziewałam, tzn. nikt się nie spodziewał. Nie było mnie przy nim, byłam w Trójmieście (na studiach), planowaliśmy u przyjaciółki imprezę, On miał dojechać, jednak nie doczekaliśmy się Go... Miała mu tak wiele do powiedzenia, obwiniałam siebie za wszystko i nagle poczułam potrzebę przeproszenia go za wiele rzeczy. Zrobiłam to i robię nadal, opowiadam mu wiele rzeczy i powierzam mu wiele spraw. Czuję, że jest przy mnie i mi pomaga. Wierzę w to głęboko. Chciałam sobie też odebrać życie (dwa razy próbowałam) i nie ukrywam, że teraz też nieraz przechodzi mi to przez myśl. Tylko jak już dziewczyny pisały chcesz przez własny pośpiech skazać się na wieczną samotność, bez Twoich Skarbów? Może warto poczekać na swój czas i być z nimi. Może niebawem on nadejdzie? A może masz być jeszcze na ziemi w jakimś celu... Pomyślałam także o mojej rodzinie, która walczy o moje życie. To im na nim zależy, bo mi nie... Nie mogłabym im wyrządzić takiej krzywdy, gdyż do końca życia żyliby z poczuciem winy, że mogli zrobić więcej. Tak naprawdę jak przez swój egoizm ściągnęłabym na nich ogrom nieszczęścia i bólu. Taka nagroda za troskę i pomoc, którą mi udzielili? Teraz też cierpią, też z Nim tęsknią, ale moją swoje rodziny, swoje życie, a ja ze swoją tragedią jestem sam na sam, nikogo nie obarczam- mam czyste sumienie. Nie można mówić o życiu ale o wegetacji i nieustannym czekaniu na swój czas. Ja każdego wieczoru kładę się z nadzieją, że mój ukochany zabierze mnie do siebie. Gorzej jest rano gdy się budzę, ale wtedy tłumaczę sobie, że nie wiem co tego dnia mnie spotka, że muszę żyć dla niego. Ja, moje życie, moje aspiracje i dążenia umarły wraz z Nim ale tłumaczę sobie,że jestem jego narzędziem działania tutaj na ziemi. Ofiarowałam się cała jemu, jestem jego przedstawicielem, dzięki czemu może on spełnić swoje cele i marzenia. Chciał żyć i tak bardzo cieszył się życiem i niestety musiał je tak szybko zakończyć... Tłumaczę sobie, że po to zostałam jego żoną aby innym o Nim przypominać. Mój brat chwilę po pogrzebie powiedział mi coś ważnego, otóż że muszę żyć bo jestem jedyną pamiątką, która po Nim pozostała. Bo po co jakieś rzeczy materialne, patrząc na mnie przypominają sobie jak wspaniałym był człowiekiem, jak wiele robił dla innych itd. Powtarzam sobie każdego ranka, że jest On z mną, przy mnie i we mnie i w chwilach słabości, których jest wiele przepełnia mnie ogromna miłość. Ona jest i będzie, ja go kocham z wszystkich sił i On o tym wie, trzeba żyć tak aby gdy nadejdzie w końcu czas spotkania powiedział mi, że jest ze mnie bardzo dumny. Daj sobie szansę poczuć obecność Twojej żony przy Tobie, bo to piękne. Jestem pod opieką psychiatry i polecam taką pomoc, powiedziała mi dwie ważne rzeczy: daj sobie czas, bo odebrać sobie życie zawsze zdążysz i że jeżeli bardzo kochałaś męża jesteś mu winna rok żałoby i tego się trzymam. Myśl o odejściu Twojej żony i maleństwa nie jako koniec wszystkiego tylko jako rozpoczęciu nowego rodzaju związku. Oni są przy Tobie tylko inaczej. Nie widzisz ich ale daj sobie szanse odczuwać ich obecność. Pamiętaj Im też na pewno jest ciężko. Twoje życie musi nieustannie dowodzić o miłości jaka Was łączyła. Może Tobie pomoże kontakt z innymi ludźmi, praca itd. Ja nie potrafię spotykać się z kimś poza najbliższą rodziną, czy przyjaciółmi, którzy pomyślnie przeszli tak trudny egzamin. Nie pracuję i na razie nie wyobrażam sobie jakbym mogła to robić- choć wiele osób namawia mnie do tego, niby to najlepsze lekarstwo. Tylko że ja nie chcę wyleczyć się z tęsknoty, miłości itd. chcę to odczuwać bo to naturalne, zwyczajne. Dopiero po 3 miesiącach odważyłam się wejść do naszego domu, który wykańczaliśmy, każda ściana, każdy cm podłogi ma swoją historię, co sprawia, że tam najbardziej czuję jego bliskość. Na początku chciałam go sprzedać, nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek tam wejdę, ale przyszedł ten dzień kiedy poczułam tęsknotę za tym miejscem i wewnętrzną siłę, że muszę tam pójść. Teraz wiem, że byłby to błąd moje życia gdybym go sprzedała... Chcę pokazać, że na wszystko przyjdzie czas, nie śpieszcie się i nie słuchajcie innych, którzy mówią powinnaś to a i powinnaś tam to... Rodzina ze strony męża bardzo mnie ponaglała ze wszystkim, ale ja nie mogłam, nie umiałam, teraz jestem dumna, że zrobiłam coś z własnej potrzeby a nie nakazu. Codziennie proszę Go o siłę i pomoc bo inaczej nie dam rady i naprawdę to czuję... Czuję Go i to jest najpiękniejsze, dla mnie on odszedł na chwilę...
  7. Do Iga29 Tak doskonale Ciebie rozumiem... Święta to był jeden wielki koszmar i jeszcze Ci otaczający mnie ludzie patrzący z wielkim żalem bądź brakiem zrozumienia, bo przecież powinnam się cieszyć, ile można płakać itd. Tylko tak się nie da. Słyszę Ciągle, że niczego nie zmienię, że mam się wziąć za siebie a nie użalać się, tylko jak? Fajnie mówi się komuś kto nie zaznał takiej straty... Dobijają mnie oczekiwania bliskich, niby rozumieją a tak naprawdę nie wiedzą co to za ból. Co mam robić, ile można udawać? nie potrafię... Jakbym chciała być z nim, chyba śmierć z wyboru to najlepsze rozwiązanie. Dziewczyny myślałyście już o tym, czy tylko ja jestem tak zdesperowana? Choć większość z Was ma dzieci, my nie zdążyliśmy...
×