Cześć dziewczyny,
Nie wiem jak to zacząć, jestem zdruzgotana, straciłam moją córeczkę 13 dni temu.
Miałam prawie książkową ciąże, żadnych mdłości w pierwszym trymestrze, prawie żadnych innych przypadłości przez całą ciążę, trochę stawiała mi się macica, ale zaczęłam brać witaminę B6 i przestała, lekki ból pleców i dwu tygodniowa rwa kulszowa.
5-go lutego po południu pojechałam z mama na wizytę u mojego ginekologa. Na USG wszystko wyszło super, serduszko biło, przepływy w normie, moja kochana Mia ważyła 2,5kg. Był to 35 tydzień i 4 dni. Wróciłyśmy z mamą do jej domu koło godziny 18. Zjadłyśmy, pograłyśmy w grę Rummikub i gdzieś około 20:30 zebrałam się do domu. Gdy wsiadałam do auta poczułam dość mocny obrót córeczki w brzuchu, wtedy to zignorowałam, bo często mocno się wierciła wieczorem. 15 min później byłam już w domu i po paru dosłownie minutach poczułam ukłucie, jakby głowa wbiła się bardziej w spojenie łonowe, lub jakby coś opadło. Nie mogę sobie darować że nie zareagowałam, tylko poszłam się położyć. Pomyślałam sobie że może wstawiła się głębiej w kanał rodny. Następnego dnia w czwartek nie czułam ruchów przez cały dzień, ale że zawsze spała w dzień, a ja dużo załatwiałam na mieście to nie wydało mi się dziwne. Wieczorem też już nie czułam jej intensywnych ruchów. Poczytałam na necie że ruchy słabną w 36 tygodniu, szczególnie jak ma się mały brzuszek, a ja taki miałam. Następnego dnia rano panika, mówię do partnera że musimy jechać do szpitala, piszę do koleżanek, a one uspokajają, żebym sie nie martwila. Wchodze na KTG, pielęgniarka włącza maszynę, a tam cisza. Biorą mnie szybko na USG, ja jeszcze nie wierze w to co sie dzieje, ale juz wiem ze to koniec. Lekarz potwierdza mój najgorszy sen słowami “Nie mam dla Pani dobrych wieści”. Ja w płacz, na korytarzu partner nie rozumie co się stało, mówię że straciliśmy córeczkę, żeby zadzwonił do mojej mamy. Zapisali mnie do szpitala na Parkitce, i rozpoczyna się gehenna porodu naszej ukochanej córeczki. Najpierw zakładają mi balonik Foleya na resztę dnia (5 lekarzy, 3 pielęgniarki w tym uczestniczą) i każą iść spać. Następnego dnia zdejmują, rozwarcie na 1cm. Umieszczaj w osobnym pokoju na porodówce i podają Oksytocynę całą sobotę, żeby wywołać skurcze. Pokój niby osobny, ale za ścianą słyszę KTG innej ciężarnej i przeżywam katusze. Pozwalają na szczęście by mój partner był cały czas ze mną. Jeszcze jedna Oksytocyna, nadal brak skurczy i brak rozwarcia. Około godziny 22:00 mówią że rano następna Oksytocyna i jeśli nic to powinniśmy rozważyć cesarkę. My już wcześniej jesteśmy w kontakcie z naszym ginekologiem ze szpitala Klinicznego w Katowicach, który mówi że u nich jest dostepna tabletka Cytotec i ona napewno wywoła skurcze. Rano wypisujemy się ze szpitala na własne życzenie, żeby przejechać do Katowic. Całą noc w sali obok rodzą kobiety, słyszę płacz ich dzieci, które rodzą się z podobna wagą do mojej córeczki i zastanawiam się dlaczego nam się to wszystko przytrafiło, skoro tak uważałam na siebie w całej ciąży. W niedzielę przejeżdżamy do szpitala w Katowicach, lekarz w Częstochowie rozumie dlaczego tak robimy i nie stwarza problemu przy wypisie. Gdzieś koło południa jesteśmy na miejscu, robią mi wszystkie badania, czuje się jak we śnie, musi to być jakiś koszmar i zaraz się przebudzę. Ale niestety tak nie jest. W poniedziałek rano dają mi dopochwowo dwie tabletki Cytotec i zostawiają z partnerem w pojedynczej sali porodowej. Tu na szczęście nie słychać innych rodzących, a cały personel jest bardzo empatyczny. O 9:40 rozpoczynają się strasznie silne skurcze i w niecałą godzinę mam 4cm rozwarcia. Lekarze badają mnie i nagle coś leci, jak się później okazuje była to krew i wody płodowe. Wkładają następną tabletkę, skurcze się nasilają, już ich nie mogę wytrzymać. Cały czas są co 2 minuty. O 12:00 przychodzi położna i proponuje gas bym mogła złagodzić skurcze trochę. Stwierdza że zrobi mi badanie, bo widzi jak cierpię i nie może patrzeć. Z niedowierzaniem stwierdza, że jest rozwarcie na 9,5cm i że rodzimy. Pre mocno i po dwóch trzech razach jest głowa i tułów, ale nie chcą wyjść nóżki. Położna później powiedziała partnerowi, że były zaplątane w pępowinę. W końcu wychodzą i inna młoda położna odbiera córeczkę, przenosi za zasłonę, żeby ją ubrać. Słyszę jak młoda położna płacze. Teraz mam urodzić łożysko, ale skurcze zanikły kompletnie. Mój ginekolog i inny lekarz, którzy cały czas są przy porodzie i kontrolują sytuację, stwierdzają że będą mnie łyżeczkować pod narkoza, aby wydobyć łożysko. W tym czasie młoda położna wola partnera żeby pokazać mu płeć dziecka, po czym on znika za drzwiami, bo już nie może wytrzymać i wybucha płaczem. Ja bardzo szybko zostaje uśpiona. Budzę się i powraca świadomość tego co się stało. Lekarz anestezjolog i pielęgniarka spokojnie patrzą na mnie, sprawdzając czy wszystko jest ze mną dobrze. Wpuszczają partnera i mile pytają czy chcemy się pożegnać z córeczką, zrobić zdjęcia i czy chcemy odbicie stopek na pamiątkę. Jesteśmy im bardzo wdzięczni. Ogromny smutek i rozpacz, ale także i jakaś magia jest w tej wspólnej chwili. Po kilku minutach zabierają moją Mię, płacz i rozdarte serce. Przychodzi lekarz i wyjaśnia nam, że było ze mną bardzo źle. Miałam krwotok, straciłam 1,2 litra krwi i już prawie przewozili mnie na blok operacyjny aby usunąć mi macicę. Mój partner mówi, że był przerażony jak siedział na korytarzu, a wszyscy tylko biegali między moim pokojem, a innymi pokojami wołając innych lekarzy i donosząc nowy sprzęt bądź wynosząc już zakrwawiony. Zasypiamy ze zmęczenia. Po kilku godzinach budzę się i mówię partnerowi że jest mi słabo. On przerażony woła pielęgniarki, podpinają kroplówkę, robią zastrzyki, podają tlen, mierzą ciśnienie i tętno. Znów odpływam. Wieczorem budzę się i przed 20:00 przewożą mnie na oddział ginekologii, tam gdzie byłam przed porodem, żebym nie musiała leżeć na porodówce. Moja mama i siostra czekają na mnie, mimo że godziny odwiedzin skończyły się o 19:00, to pozwalają im zostać ze mną jeszcze do 22:00. Cały czas lecą kroplówki, robione są zastrzyki i badania na obchodzie czy macica się obkurcza. Rano pobierają krew i mam złe wyniki hemoglobiny. Decyzja o transfuzji krwi. Mój partner musiał jechać do Krakowa, mama i siostra jeszcze nie przyjechały. Podpisuję zgodę, ale bardzo się boję, że coś mi się stanie. Piszę i dzwonię do wszystkich kiedy będą. Mama i siostra już jechały, ale auto im się zepsuło 10 min jazdy od szpitala. W końcu siostra przyjeżdża taksówką, trwa to dla mnie całą wieczność, chwilę przed podaniem krwi. Powoli dochodzę do siebie.
Wszystko to trwało 6 dni, choć mi się wydaje jakby to był jeden dzień, jeden koszmarny dzień. Dziś już czuję się lepiej fizycznie, ale psychicznie jestem w rozsypce. Cały czas wracam do środy 5-go lutego i nie mogę się z tym wszystkim pogodzić, obwiniam siebie za brak reakcji. Choć partner mówi, że i tak nie zdążylibyśmy zareagować. I chyba ma rację. Czekam jeszcze na sekcje, może ona coś wyjaśni.
Napiszcie proszę jak znalazłyście siłę by żyć dalej. Ja nie wychodzę z domu, biorę tabletki nasenne by spać, nie rozmawiam z nikim. Rozmawiałam, z jedną przyjaciółką, ale nic mi to nie dało i nie chce mi się nawet rozmawiać z innymi, bo nikt mnie nie rozumie.
Czuje, że serce mi pęka na nowo każdego dnia jak się budzę.
Mama Aniołka Mia (*) 05.02.2020