Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

MalinowyKotek

Zarejestrowani
  • Zawartość

    24
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

0 Neutral

Ostatnio na profilu byli

Blok z ostatnio odwiedzającymi jest wyłączony i nie jest wyświetlany innym użytkownikom.

  1. MalinowyKotek

    Jak cieszyć się życiem w samotności?

    Jeszcze nie została odkryta. A na poważnie: ja taka nie jestem. Może właśnie dlatego, że nienawidzę fałszu I zdrad, które reprezentują inni ludzie. Więc skoro ja nikogo nie oszukam, nie skrzywdzę I nie zdradzę, to czemu mam cierpieć przez innych ludzi, którzy na pewno to zrobią, bo taka jest ich natura?
  2. MalinowyKotek

    Jak cieszyć się życiem w samotności?

    Najchętniej wróciłabym do swojego byłego. Zapewniał mi wszystko (albo prawie wszystko, bo czasem czegoś brakowało, jasne). On jednak nie będzie chciał. Gdy byłam z nim, nie odczuwałam żadnej potrzeby głębszej relacji z innymi ludźmi (no ok, może czasami, ale to chyba raz na rok myślałam, że fajnie byłoby mieć oprócz D. Jeszcze jakaś fajną przyjaciółkę do gadania I zakupów bliżej mnie, nie na odległość. Albo jakąś paczkę znajomych na jakieś wyjścia). To było jednak tak rzadkie, że aż niezauważalne. A teraz, gdy go nie ma, to faktycznie jestem sama. Bez kogokolwiek do pogadania, posmiania się czy wyzalenia. Jasne, że wiem, że on też jest człowiekiem, więc jest fałszywy, oszukuje I prędzej czy później by mnie zdradził z jakąś szmatą. Wtedy oczywiście deklaracja powrotu do niego idzie sobie w las I znów myślę, że lepiej mi samej. I tak w kółko.
  3. MalinowyKotek

    Jak cieszyć się życiem w samotności?

    Syndrom ofiary? Nie sądzę. Nie użalam się nad sobą, gdy nie mam powodu (a gdy mam - jasne, że to robię, kto nie? Ale zawsze staram się znaleźć rozwiązanie z sytuacji). No nie, nie miałam I nie mam koleżanek. Na dyskoteki nie chodziłam, do kina tylko sama (no chyba że z tym byłym chłopakiem), na imprezie żadnej nigdy nie byłam, na studniówce też nie. Czy żałuję tego wszystkiego? Tak jak wyżej - na ogół nie, ale czasem pojawi się myśl, że może byłoby fajnie. Tylko zaraz potem znów to samo - ludzie są fałszywi, źli I tak jest faktycznie, bo CODZIENNIE (dosłownie każdego dnia) mam na to dowody. Czy to poprzez zachowanie bezpośrednio wobec mnie, czy wobec innych osób. Ludzie są źli, taka ich natura I ich nie zmienię, a narażać się sama nie zamierzam. Chciałabym jednak cieszyć się zyciem bez nich, bez tego podswiadomego pragnienia (? Nie wiem, jak to uczucie w sumie określić. Bo to właśnie nie są tylko myśli, ale uczucie braku) bliższego kontaktu z innymi, które czasem się pojawia. Nie wierzę, że nie mogę być bez tego szczęśliwa, skoro jestem przekonana, że ludzie są źli I prędzej czy później mnie skrzywdzą. Zastanawiam się tylko, w jaki sposób mam to zrobić. Jak mam dotrzeć do samej siebie. Co do pracy I studiów... studia już prawie kończę (bez znajomości), pracę w zawodzie mam (szok - także bez znajomości). Znajomości pomagają w życiu, nie przeczę, ale jakoś do tej pory radziłam sobie doskonale sama I nigdy nie potrzebowałam niczyjej pomocy. No... Chyba, że tej pomocy nie zauważam, to też może być opcja. Co do tzw. fachowców, czyli Twój przykład auta. To są formalne kontakty. Mam je, bo muszę. Ale przecież to nie jest głębokie. Jasne, że mnie to wkurza, bo zazwyczaj tego nie lubię. Ale muszę to robić, bo faktycznie mechanikiem nie jestem. Podobnie jak lekarzem I prawnikiem. Bardziej niż pomocy brakuje mi tego kontaktu z drugim człowiekiem. Głębszego niż tylko pani w sklepie albo jakieś formalne spotkania czy rozmowy gdziekolwiek indziej. I znów... Pisząc to stwierdziłam, że mi tego brakuje, bo tak mi podyktowała podświadomość. Tylko że dobrze nie skończyłam zdania, a świadomość znowu "ej, stop. Ludzie są fałszywi, oszukują I zdradzają. Pamiętasz tę x, co wtedy zrobiła tobie/komuś innemu to I to specjalnie. Widzisz? Trzymaj się od nich z daleka I nie wchodź w głębsze relacje, bo będziesz cierpieć. Samej ci będzie lepiej, oszczędzisz łzy". Strasznie obrazowo to ujmuję, ale chcę to jasno zarysować. To jest mój problem. Jakaś maleńka cząstka wewnątrz mnie pragnie tych kontaktów międzyludzkich, pójść z kimś do kina, na herbatę, pośmiać się, wyżalić. Kogoś do spędzania wolnego czasu razem. Tylko głowa mówi trzeźwo coś zupełnie innego I to głowy wolałabym się słuchać, bo zwyczajnie ma rację. Dlatego chciałabym tę cząsteczkę z siebie wyrzucić I żyć bez żalu z tym, co podsuwa mi głowa, bo to jedyna dobra rzecz dla mnie. I tego jestem absolutnie pewna.
  4. MalinowyKotek

    Jak cieszyć się życiem w samotności?

    Nie, odpowiedzi nie dostałam. Za to dostałam kółko wzajemnej adoracji dwóch użytkowniczek.
  5. MalinowyKotek

    Czy można cieszyć się życiem w kompletnej samotności?

    O, miło, że w końcu sama to dostrzegłaś. A tak na przyszłość - każde forum, także to, ma taką funkcję jak priv - pozwala ona na pisanie o swoich prywatnych sprawach bez spamowania innym użytkownikom. Żeby przeczytać SENSOWNE odpowiedzi na MOJE pytanie musiałam się przekopać przez tysiąc waszych postów nie na temat. No ale przecież wasza forumowa przyjaźń jest taka słooooodziaśna, że musiałyście się nią tutaj podzielić mimo że nikogo ona nie interesuje.
  6. Jeśli ktoś zamierza tutaj uwidaczniać swoje nieziemskie przyjaźnie z pozostałymi użytkownikami serwisu ("bo to takie słooodziaśne i wszystkich na pewno obchodzi " ), to uprzejmie informuję, że jest coś takiego jak priv - funkcja stworzona po to, żeby nie spamować innym swoimi prywatnymi sprawami. W skrócie - jeśli ktoś nie potrafi rzeczowo pisać na temat, to obejdę się bez obecności tego użytkownika w moim wpisie. Sama nie wiem, od czego zacząć i jak ubrać w słowa tę sytuację tak, żeby wszystko było klarowne. Mam 22 lata i od zawsze stroniłam od ludzi. Nigdy nie miałam koleżanek czy kolegów. Nigdy nie wchodziłam w żadne głębsze relacje. Do końca gimnazjum było ok. Bardzo mi to odpowiadało. Miałam czas dla siebie, mogłam się poświęcić nauce. Między gimnazjum a liceum poznałam chłopaka. Na początku w ogóle nie byłam nim zainteresowana, ale w końcu coś zakiełkowało zwłaszcza, że jemu bardzo zależało. Był ode mnie starszy o dwa lata, to był związek na odległość (i to dość znaczną), bywało różnie, szczerze pisząc. Pojawił się ktoś trzeci i, choć było bardzo trudno, wybaczyłam mu jako tako i dalej byliśmy razem. Mimo to ta dziewczyna ciągle była między nami przez jakiś czas jeszcze, aż w końcu jej temat zniknął. Jakbym potrzebowała czasu na przetrawienie tego. Jasne, że do dzisiaj została jakaś blizna, ale nie jest już tak, że na wspomnienie o tym płaczę. Gdy wyjechałam na studia miałam do niego znacznie bliżej, więc widywaliśmy się częściej. Mimo to wcale nie było lepiej. Chłopak kompletnie nie chciał słuchać o moich problemach, w żaden sposób nie był dla mnie wsparciem. Rozstawaliśmy się i schodziliśmy chyba tysiąc razy. Ostatnio jednak definitywnie skończyliśmy ze sobą zwłaszcza, że nieziemsko mnie zwyzywał (nie pierwszy raz niby, ale tym razem przesadził… Albo to ja osiągnęłam swój limit). Okropnie za nim tęsknię, nie wyobrażam sobie swojego życia bez niego. Wiem jednak, że o powrocie nie ma mowy, bo on nie będzie chciał. Próbowałam spotykać się z innymi chłopakami, ale wychodziło gorzej niż tragicznie. Ciągle mi coś nie pasowało w nich. Poza tym ciągle myślałam „mówi podobnie, jak mój były” albo „eee… W ogóle nie jest podobny do D.”. Na dodatek nie jestem też za bardzo wylewna i nie lubię mówić o sobie, więc średnio się ze mną rozmawia. Abstra...ąc od chłopaków… Ogólnie z ludźmi mi się nie układa. Nie mam w sumie żadnych relacji. Żadnych znajomych, o przyjaciołach nie wspominając. Może dlatego, że jestem skryta i nie ufam ludziom. Prawda jest też taka, że nie jestem jakoś szczególnie wartościową osobą. W sumie niczego nie mam, niczego nie osiągnęłam, nic nie umiem i jestem okropnie brzydka. Wychodzę z założenia, że KAŻDY człowiek jest z natury zły i prędzej czy później mnie zdradzi albo odejdzie albo mnie oszuka. To nie tyczy się tylko związków, ale relacji z ludźmi ogólnie. Unikam ludzi jak ognia, nie lubię ich i chyba się ich… boję? To dobre słowo. Wiadomo, że nie da się żyć bez nich (praca, studia, chociażby sklep), więc jakieś pozory zachowuję, ale okropnie mnie to męczy. Z drugiej jednak strony… Czasami, zupełnie niekontrolowanie nachodzi mnie myśl, że fajnie byłoby mieć jakichś przyjaciół czy nawet kolegów/koleżanki, z którymi mogłabym pójść do kina, na zakupy czy tak zwyczajnie pogadać zamiast chodzić wszędzie samej i pisać pamiętnik. Fajnie by też było mieć jakiegoś sensownego chłopaka przy sobie, wejść z nim w głębszą relację. Tylko zaraz pojawia się myśl, że ludzie są fałszywi i oszukują, więc „przyjaciele” mogą odejść i jeszcze namieszać w moim życiu, a chłopak i tak poleci do pierwszej lepszej, która pokaże mu kawałek ciała więcej. Nie można ufać ludziom i jeśli nie chce się cierpieć, to należy ich bezwzględnie unikać, ale tak, jak napisałam wyżej, czasem mnie coś zakłuje i chyba podświadomie brakuje mi tego w moim życiu. Jedyną osobą, której tak nie traktowałam był właśnie mój były - stąd dość długi fragment o nim. Może na początku było jak z innymi osobami, ale później "oswoił" mnie i teraz nie wyobrażam sobie mojego świata bez niego, a powoli muszę. W Internecie myślę sobie, że to tylko Internet. Że piszę z jakimiś chatbotami, a nie ludźmi. W innym wypadku nie mogłabym tutaj napisać. Zdarzało mi się jednak, że przez kilka dni w ogóle nie korzystałam z żadnych for, social mediów itd., bo „uświadamiałam” sobie, że po drugiej stronie jest osoba. Ciężko jest samej, to raczej oczywiste. Ostatecznie jednak nie chcę nikogo w moim życiu – wolę, żeby od czasu do czasu zrobiło mi się przykro niż żebym cierpiała. Zastanawiam się jednak, czy mogę cokolwiek zrobić, żeby iść przez życie z myślą „W OGÓLE nie potrzebuję jakichkolwiek relacji z innymi, samej jest mi cudownie”? Dodam jeszcze, że NIENAWIDZĘ dotyku innych osób. Nienawidzę, gdy ludzie mnie dotykają. To jest obrzydliwe i okropne. Ludzie są obrzydliwi i okropni. Jedyne, co akceptuje to uścisk dłoni, ale czasami zdarzają się osoby wylewne aż nadto (i chyba słabo odczytujące innych), które chcą mnie przytulać (miałam tak kilka razy w życiu, istny koszmar, nie mam pojęcia, skąd ta dziwna moda się wzięła). Z automatu sztywnieję, denerwuję się i czuję się (wiem, jak to zabrzmi), że została naruszona moja godność. Sama nie wiem, czego chcę. Z jednej strony chcę mieć kogoś, z drugiej na samą myśl o tym, gdy tak porządnie się nad tym zastanowię i jakby "przetrawię" taką znajomość i uświadomię sobie, co jest z tym związane i jakie mogą być tego przykre konsekwencje, to mi się absolutnie odechciewa. Tak było z jednym chłopakiem i wieloma znajomymi - dopóki pisaliśmy smsy było cudownie, a gdy przechodziliśmy na rozmowę tel albo, nie daj losie, na spotkanie (na co trzeba mnie namawiać tygodniami, a i tak trzy razy "coś mi wypadnie" i dopiero za czwartym się pojawię na godzinę, zestresowana, zdenerwowana i milcząca) - klapa. Totalna.
  7. MalinowyKotek

    Czy można cieszyć się życiem w kompletnej samotności?

    Ale ja wiem, co stoi na przeszkodzie nawiązywania relacji z innymi - to, że są fałszywi, źli i zdradzają. Cała tajemnica. Akceptuje siebie. Nie mam ze sobą żadnych problemów. Jestem jaka jestem i tyle. Muszę z tym żyć.
  8. MalinowyKotek

    Czy można cieszyć się życiem w kompletnej samotności?

    Przebiegła... Mnie wystarczy. To tylko ładne ujęcie przymiotnika "fałszywa".
  9. MalinowyKotek

    Czy można cieszyć się życiem w kompletnej samotności?

    Tylko że ja nie odczuwałam nigdy jakiegoś niesamowitego fun'u z bycia z kimś. W zasadzie to jak sięgnę pamięcią, to irytują mnie ludzie. Ich zachowanie, słowa, przechwałki. Może jedyną osobą, z którą czułam się dobrze, był mój chłopak, ale o tym wspomniałam wyżej. I może gdyby nie on, to dzisiaj nie miałabym takiego problemu. Żyłabym sobie dalej sama, w swojej własnej głowie. A to przez niego zobaczyłam, że można kogoś mieć i jest jako tako (w sumie sama nie wiem, czy było mi lepiej z nim czy bez niego - w sumie zależało). Nieważne zresztą. Nie chciałam, żebyście mnie przekonywali, że życie bez ludzi jest takie smutne i samotni ludzie są zawsze nieszczęśliwi. Wolałabym dostać jakieś rady co zrobić, żeby kompletnie wymazać tę czasem pojawiającą się potrzebę koleżeństwa czy związku. Nie chcę tego czuć, bo i tak nie zdecyduję się nawet na znajomość z kimkolwiek. Nie chcę. Jeśli mam później cierpieć, to wolę żyć sobie sama. Tylko to trudne. I dlatego chciałabym sobie to jakoś ułatwić. Gdybym może cały czas myślała, że ludzie są źli to byłoby cudownie. A czasem przecież są prześwity, bo ktoś mi pomógł albo zrobił coś miłego. Przez takie chwile słabości i dobre gesty (raz na miliard przypadków...)pojawiają się myśli o znalezieniu drugiej osoby. Nie chcę w mojej głowie takich myśli. Teraz, podczas tej kwarantanny, żyłam jak w raju. Moje mieszkanie, ja sama, nic poza tym. Ale to się kończy. Muszę wrócić do ludzi, do pracy stacjonarnej, do obcego mieszkania. Przeraza mnie to. Wolałabym zostać pocięta, przypalona i posypana solą chyba.
  10. MalinowyKotek

    Czy można cieszyć się życiem w kompletnej samotności?

    Miałam wiele znajomości internetowych i dopóki były internetowe i nie uświadomiłam sobie "ej, Kotek... Ale przecież tam po drugiej stronie siedzi człowiek. Rozmawiasz z człowiekiem. Ta osoba cię ocenia, być może kpi sobie z ciebie, naśmiewa się. A może to wcale nie jest ta osoba, za którą się podaje. Poza tym... On/ona jest fałszywy/a i na pewno niedługo cię oszuka, wykorzysta albo odejdzie bez słowa - jak wszyscy". I wtedy z dnia na dzień taka znajomość się kończyła. Bez większego żalu - bo po uświadomieniu sobie, jakie przykre konsekwencje mogłaby sprawić obecność tej osoby w moim życiu i ona sama swoimi działaniami, czułam ulgę po wycofaniu się.
  11. MalinowyKotek

    Czy można cieszyć się życiem w kompletnej samotności?

    To jak to zrobiłeś? Chciałabym żyć bez tej myśli "w sumie to może fajnie by było mieć koleżankę/przyjaciółkę/chłopaka". I zaraz potem to dziwne uczucie, w sumie jakby złość "ale przecież oni wszyscy to oszuści i fałszywi zdrajcy, nie warto". To serio męczy. Takie rozdarcie.
  12. MalinowyKotek

    Czy można cieszyć się życiem w kompletnej samotności?

    TY sobie nie wyobrażasz. A ja... W sumie nie wiem. Nie wiem, czy się przypadkiem nie oszukuję. Z drugiej jednak strony, ta niechęć do ludzi jest silniejsza ode mnie i nie mogę tego w żaden sposób przełamać, więc może jednak niczego nie ubarwiam. Wydaje mi się, że sama nie wiem, czego chcę. Z jednej strony może i fajnie by było kogoś mieć, a z drugiej nie cierpię ludzi, uważam, że WSZYSCY bez wyjątku to oszuści, krętacze i zdrajcy. Nie wiem, czy w ogóle chcę "pokochać drugą osobę" (pod tym wyrażeniem rozumiem przyjaźń, koleżeństwo, bo żebym nie wiem co, facetowi nie zaufam i nie stworzę żadnego związku nigdy, za duże ryzyko). Poza tym, bardzo ważne (chyba), a nie wspomniałam o tym - NIENAWIDZĘ dotyku innych osób. Nienawidzę, gdy ludzie mnie dotykają. To jest obrzydliwe i okropne. Ludzie są obrzydliwi i okropni. Jedyne, co akceptuje to uścisk dłoni, ale czasami zdarzają się osoby wylewne aż nadto (i chyba słabo odczytujące innych), które chcą mnie przytulać (miałam tak kilka razy w życiu, istny koszmar, nie mam pojęcia, skąd ta dziwna moda się wzięła). Z automatu sztywnieję, denerwuję się i czuję się (wiem, jak to zabrzmi), że została naruszona moja godność. Sama nie wiem, czego chcę. Z jednej strony chcę mieć kogoś, z drugiej na samą myśl o tym, gdy tak porządnie się nad tym zastanowię i jakby "przetrawię" taką znajomość i uświadomię sobie, co jest z tym związane i jakie mogą być tego przykre konsekwencje, to mi się absolutnie odechciewa. Tak było z jednym chłopakiem i wieloma znajomymi - dopóki pisaliśmy smsy było cudownie, a gdy przechodziliśmy na rozmowę tel albo, nie daj losie, na spotkanie (na co trzeba mnie namawiać tygodniami, a i tak trzy razy "coś mi wypadnie" i dopiero za czwartym się pojawię na godzinę, zestresowana, zdenerwowana i milcząca) - klapa. Totalna.
  13. MalinowyKotek

    Czy można cieszyć się życiem w kompletnej samotności?

    Jak? Skupiłeś się na maxa na sobie? Dodam, że szkoda, że przeczytałeś tylko połowę, bo kwestia nie dotyczy tylko związków, ale ogólnie relacji międzyludzkich. Mniemam, że Ty masz jakiś znajomych, kolegów czy nawet przyjaciół. Ja nie.
  14. Sama nie wiem, od czego zacząć i jak ubrać w słowa tę sytuację tak, żeby wszystko było klarowne. Mam 22 lata i od zawsze stroniłam od ludzi. Nigdy nie miałam koleżanek czy kolegów. Nigdy nie wchodziłam w żadne głębsze relacje. Do końca gimnazjum było ok. Bardzo mi to odpowiadało. Miałam czas dla siebie, mogłam się poświęcić nauce. Między gimnazjum a liceum poznałam chłopaka. Na początku w ogóle nie byłam nim zainteresowana, ale w końcu coś zakiełkowało zwłaszcza, że jemu bardzo zależało. Był ode mnie starszy o dwa lata, to był związek na odległość (i to dość znaczną), bywało różnie, szczerze pisząc. Pojawił się ktoś trzeci i, choć było bardzo trudno, wybaczyłam mu jako tako i dalej byliśmy razem. Mimo to ta dziewczyna ciągle była między nami przez jakiś czas jeszcze, aż w końcu jej temat zniknął. Jakbym potrzebowała czasu na przetrawienie tego. Jasne, że do dzisiaj została jakaś blizna, ale nie jest już tak, że na wspomnienie o tym płaczę. Gdy wyjechałam na studia miałam do niego znacznie bliżej, więc widywaliśmy się częściej. Mimo to wcale nie było lepiej. Chłopak kompletnie nie chciał słuchać o moich problemach, w żaden sposób nie był dla mnie wsparciem. Rozstawaliśmy się i schodziliśmy chyba tysiąc razy. Ostatnio jednak definitywnie skończyliśmy ze sobą zwłaszcza, że nieziemsko mnie zwyzywał (nie pierwszy raz niby, ale tym razem przesadził… Albo to ja osiągnęłam swój limit). Okropnie za nim tęsknię, nie wyobrażam sobie swojego życia bez niego. Wiem jednak, że o powrocie nie ma mowy, bo on nie będzie chciał. Próbowałam spotykać się z innymi chłopakami, ale wychodziło gorzej niż tragicznie. Ciągle mi coś nie pasowało w nich. Poza tym ciągle myślałam „mówi podobnie, jak mój były” albo „eee… W ogóle nie jest podobny do D.”. Na dodatek nie jestem też za bardzo wylewna i nie lubię mówić o sobie, więc średnio się ze mną rozmawia. Abstra...ąc od chłopaków… Ogólnie z ludźmi mi się nie układa. Nie mam w sumie żadnych relacji. Żadnych znajomych, o przyjaciołach nie wspominając. Może dlatego, że jestem skryta i nie ufam ludziom. Prawda jest też taka, że nie jestem jakoś szczególnie wartościową osobą. W sumie niczego nie mam, niczego nie osiągnęłam, nic nie umiem i jestem okropnie brzydka. Wychodzę z założenia, że KAŻDY człowiek jest z natury zły i prędzej czy później mnie zdradzi albo odejdzie albo mnie oszuka. To nie tyczy się tylko związków, ale relacji z ludźmi ogólnie. Unikam ludzi jak ognia, nie lubię ich i chyba się ich… boję? To dobre słowo. Wiadomo, że nie da się żyć bez nich (praca, studia, chociażby sklep), więc jakieś pozory zachowuję, ale okropnie mnie to męczy. Z drugiej jednak strony… Czasami, zupełnie niekontrolowanie nachodzi mnie myśl, że fajnie byłoby mieć jakichś przyjaciół czy nawet kolegów/koleżanki, z którymi mogłabym pójść do kina, na zakupy czy tak zwyczajnie pogadać zamiast chodzić wszędzie samej i pisać pamiętnik. Fajnie by też było mieć jakiegoś sensownego chłopaka przy sobie, wejść z nim w głębszą relację. Tylko zaraz pojawia się myśl, że ludzie są fałszywi i oszukują, więc „przyjaciele” mogą odejść i jeszcze namieszać w moim życiu, a chłopak i tak poleci do pierwszej lepszej, która pokaże mu kawałek ciała więcej. Nie można ufać ludziom i jeśli nie chce się cierpieć, to należy ich bezwzględnie unikać, ale tak, jak napisałam wyżej, czasem mnie coś zakuje i chyba podświadomie brakuje mi tego w moim życiu. Jedyną osobą, której tak nie traktowałam był właśnie mój były - stąd dość długi fragment o nim. Może na początku było jak z innymi osobami, ale później "oswoił" mnie i teraz nie wyobrażam sobie mojego świata bez niego, a powoli muszę. W Internecie myślę sobie, że to tylko Internet. Że piszę z jakimiś chatbotami, a nie ludźmi. W innym wypadku nie mogłabym tutaj napisać. Zdarzało mi się jednak, że przez kilka dni w ogóle nie korzystałam z żadnych for, social mediów itd., bo „uświadamiałam” sobie, że po drugiej stronie jest osoba. Ciężko jest samej, to raczej oczywiste. Ostatecznie jednak nie chcę nikogo w moim życiu – wolę, żeby od czasu do czasu zrobiło mi się przykro niż żebym cierpiała. Zastanawiam się jednak, czy mogę cokolwiek zrobić, żeby kuło mnie rzadziej i lżej? Żeby iść przez życie z myślą „W OGÓLE nie potrzebuję jakichkolwiek relacji z innymi, samej jest mi cudownie”?
  15. MalinowyKotek

    Czy wibrator może znacznie rozciągnąć pochwę?

    Darowałbyś sobie może tę pierwszą część... Ale co do ostatniej - dzięki.
×