Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

Dorota_85

Zarejestrowani
  • Zawartość

    3
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

0 Neutral

Ostatnio na profilu byli

Blok z ostatnio odwiedzającymi jest wyłączony i nie jest wyświetlany innym użytkownikom.

  1. Dorota_85

    on woli spać na kanapie

    Zupełnie nie o to chodziło. Dalsza część wypowiedzi dotyczyła bardziej ogólnie wszystkiego co robimy, a nawet mamy do tego emocjonalny stosunek chociaż nie są to rzeczy istotne, a jedynie konwenanse, kalka zachowań przekazanych na etapie wychowania, która została w nas zakorzeniona. Tak jak wynika z pierwszej wypowiedzi spanie w jednym łóżku odbieram pozytywnie, nawet więcej - jest dla mnie ważne. Jak się jednak nad tym zastanowię to niepokojący jest dla mnie zbyt emocjonalny stosunek do czegoś co jest właściwie błahe. Zaczynam dostrzegać argumentację, że nie jest to nic istotnego, a jednak widzę, że temat mnie w jakiś sposób dotyka emocjonalnie. Jako osoba kierująca się w życiu racjonalnością niepokoi mnie taki stan rzeczy i stąd próba analizy samego zjawiska w szerszym ujęciu pod koniec poprzedniego posta.
  2. Dorota_85

    on woli spać na kanapie

    Dziękuję za wszystkie odpowiedzi. Łóżko ma 170x200 więc chyba nie takie małe. Z psem jesteśmy oboje zżyci i jego obecność w łóżku nie stanowi żadnego problemu w kontekście "obrzydliwości". Rozumiem, że dla niektórych może być to w jakiś sposób odpychające, ale oboje mamy do czynienia z psami przez praktycznie całe życie i po prostu lubimy psiaki. Może jedynie mieć to wpływ na ilość miejsca, ale niewielki, a pies kładzie się po mojej stronie przy nogach i nie wierci się, a rano uwielbiamy się z nim przytulać. Wracając do ilości miejsca w łóżku, to nie jest sedno problemu. On ma problemy z zaśnięciem oraz budzeniem się w nocy. W obu przypadkach stwierdził, że nie jest to związane z ilością miejsca, wierceniem się itp. Łatwiej jest mu zasnąć i zachować ciągły sen kiedy śpi samemu. Ma też problem ze snem w nowych miejscach, dlatego też uważam, że może być to kwestia przyzwyczajenia. Ciężko to przekazać w jednym poście, ale całokształt naszej relacji układa się bardzo dobrze. Patrząc na chłodno doskonale rozumiem, że problemy ze snem są dużo większym zagrożeniem dla udanego związku niż brak spania w jednym łóżku, bo rzutują na cały dzień (nastrój, wydajność w pracy, zmęczenie). Nawet bez tego wspólnego spania otrzymuję jego pełną atencję, a sprawy łóżkowe niekoniecznie załatwiamy w łóżku Teoretycznie nie ma to więc właściwie wielkiego znaczenia, ale mój stosunek do samej czynności wspólnego spania (można to przecież traktować jak każdą inną czynność, która raz się wykonuje razem, a kiedy indziej osobno) jest znacznie bardziej emocjonalny. Ogólnie przez nakreślenie sytuacji chciałam bardziej skupić się na kwestii emocjonalnej, bo wszelkie potencjalne problemy praktyczne są mało znaczące (naturalnie jesteśmy się w stanie w takich kwestiach porozumieć). Tutaj bardziej chodzi o mój stosunek do wspólnego spania jako elementu wywołującego silne emocje. Jestem w stanie podejść do sytuacji na chłodno kiedy mówię o tym w oderwaniu od naszego związku, ale w praktyce wywołuje to u mnie silną reakcję. Nad tym właśnie aspektem chciałam się w swoich rozważaniach tak na prawdę skupić. Czy aby nie jesteśmy pod wpływem zbyt silnego nacisku kulturowego, zakorzenionego historycznie przez religię katolicką, który w połączeniu z wychowaniem w tradycyjnym modelu rodziny sprawia, że interpretujemy archetyp ojca śpiącego na kanapie jako symbol rozpadu pożycia i kryzysu małżeńskiego, podczas gdy taka paralela wcale nie zachodzi. Tym samym chcę nakreślić szerszy problem jakim jest budowanie mitów i wyobrażeń w kontekście oklepanych aspektów relacji międzyludzkiej, a w szczególności związku dwojga ludzi, który w następstwie rzutuje negatywnie na radość jaką czerpiemy ze wspólnej koegzystencji. Doszukujemy się w niej bowiem tych wszystkich utartych schematów i stereotypów, które zostały w naszych głowach zaprogramowane jako wyznaczniki udanego związku, podczas gdy ich waga jest co najwyżej marginalna. W ten sposób jesteśmy ograniczani przez tkwiące w nas głęboko przekonania, które niczym ciernie wbijają się w nas tym mocniej im silniej próbujemy się wyrwać i zacząć myśleć racjonalnie. Tak jak dla ptaka wychowanego w klatce, latanie na wolności jest wynaturzeniem, tak i dla nas przesiąkniętych skostniałymi konceptami związku jakie wpoili nam nasi rodzice wszelkie odstępstwa od tej "normy" traktujemy jako wewnętrzną porażkę. Może najwyższy czas zrzucić te mentalne kajdany, wyswobodzić się z konserwatywnego gorsetu i podążać własną drogą starając się na nowo zdefiniować co jest dla nas istotne?
  3. Witam Was serdecznie, chciałabym prosić Was o podzielenie się przemyśleniami na temat opisanego niżej problemu. Muszę pozbierać myśli i zdystansować się do tematu. Od razu zaznaczę, że z góry dziękuję za wpisy typu "ale masz problem tępa dzido", "zostaw go i chodź do mnie" albo "porozmawiaj z nim" (rozmawiamy). Mieszkamy z moim facetem razem od dwóch miesięcy. Wcześniej spotykaliśmy się kilka miesięcy, oboje jesteśmy po 30stce i nie mieszkaliśmy wcześniej z innymi partnerami. Przed wspólnym zamieszkaniem zdarzyło nam się spędzić razem noc ale wtedy problem wysypiania się nie był naszym głównym zmartwieniem;) Pierwszych kilka nocy obojgu było nam trudno spać w jednym łóżku. Ja znoszę takie częściowo zarwane noce o wiele lepiej, widziałam, że jemu jest ciężej. Ma wymagającą pracę, w ciągu dnia chodził jak trup. Wiadomo, spirala: niewyspanie, pogorszenie nastroju, spadek dynamiki w naszym kontakcie (korona, tkwiliśmy w domu). Porozmawialiśmy, ustaliliśmy co nam obojgu przeszkadza, zaliczyliśmy nawet próbę spania w osobnych pokojach (sama to zaproponowałam bo nie mogłam patrzeć jak się męczy, myślałam, że się przyzwyczai). Potem dwie kołdry, poprawa rytmu dnia, wydawało się, że jest już dobrze. Ale ja widzę, że on chętnie wyniósłby się na kanapę i dość często o tym wspomina, jestem pewna, że to ma tylko brzmieć jak żart ale nim nie jest. I znów - rozmawialiśmy. On wie, że wspólne spanie jest dla mnie ważne (i chyba jest ważne dla wszystkich innych par?!). I na zimno ja rozumiem jego argumenty, kiedy próbowaliśmy osobnego spania to cały rytuał wspólnego czasu w łóżku przed zaśnięciem i wspólnej pobudki (ja przychodziłam do niego) był emocjonalnie bardzo satysfakcjonujący. Mimo wszystko nie mogę pogodzić się z taką opcją. Wiem, że robi to dla mnie i te "żarty" doprowadzają mnie do szału. Bo to nie tak, że on zarywa całe noce tylko np przebudzi się dwa razy albo obudzi przed budzikiem. No bez przesady! Muszę dodać, że mamy dużego psa, który śpi w łóżku, zanim byliśmy razem to zawsze spał i od początku rozmawialiśmy o tym, że dalej będzie mógł. Natomiast wszyscy śpimy raczej w jednej pozycji od zaśnięcia do pobudki. Dla mnie omawianie tej sprawy jest bardzo emocjonujące, on rozmawia bardzo rzeczowo, a ja potrafię nawet się popłakać (co w ogóle zdarza mi się bardzo rzadko). No nie wyobrażam sobie żebyśmy spali przez resztę życia osobno a tutaj raczej żadne poduszki rozdzielające łóżko ani inne wynalazki nic nie zmienią. Zaznaczę, że bardzo się kochamy i dogadujemy we wszystkich pozostałych aspektach. W łóżku jest fantastycznie. Ale boli mnie, że on z tak ważnej dla mnie i obiektywnie ważnej sprawy robi problem, tak, jakby nie mógł trochę się przemęczyć tylko wygoda była ważniejsza od uczuć. Mógłby nawet trochę się przemęczyć i zobaczyć, czy się przyzwyczai zanim zacznie mówić takie przykre rzeczy tak, jakby chodziło o coś bezemocjonalnego jak to, czy jemy na śniadanie chleb czy bułki. Wiecie, w tej sytuacji nawet jak się pokłócimy to to, że będzie spał na kanapie będzie dla niego jak nagroda;D. Czy ktoś miał podobny problem? Ja przesadzam czy on jest nieczuły? Jak zaczniemy sypiać osobno teraz to co będzie za parę lat? Niecodziennie będzie czas na wspólny wieczór czy poranek. W takie dni, kiedy czasu dla siebie będzie mniej będziemy żyć jak współlokatorzy...
×