-
Zawartość
932 -
Rejestracja
-
Ostatnio
-
Wygrane dni
1
Wszystko napisane przez MamaAniola
-
Cześć Aja, Nie mogę nie napisać i nie odnieść się do Twojego posta, gdzie opisałaś swoją sytuację. Jak prywatnie rzadko przeklinam, tak klnelam jak szewc czytając o Twojej sytuacji, po prostu nie mieści mi się to w głowie! Nie ogarniam jak można nie być przekonanym do tego czy chce się mieć dziecko i podchodzić do in vitro. Nie rozumiem. Aż zastanawiam się czy Twój facet nie ma jakiegoś gorszego momentu w życiu. Nie wiem czy dobrze pamiętam, ale chyba wspominałaś, że pracuje na pierwszej linii ognia i ta pandemia go wykańcza. Może to stres, przepracowanie, do tego nowa sytuacja w domu? Może czuje się zaniedbany albo po pracy marzy o zaszyciu się w cichym miejscu, a cichego miejsca nie ma? Nie wiem. Dywaguje sobie, Ty znasz swojego faceta najlepiej. Ale cokolwiek by się nie okazało prawda to moim zdaniem na słowa, jakie usłyszałaś wytłumaczenia nie ma. Dla mnie osobiście filarem w moim małżeństwie jest to, że maz daje mi poczucie bezpieczeństwa i jest moja ostoją. Może czasem nie rozumie moich emocji, ale potrafi je ostudzić, potrafi cos racjonalnie wytłumaczyć. Mam przy Nim pewność, że cokolwiek nas nie spotka to sobie poradzimy. I przy tym wszystkim jak staram się postawić na Twoim miejscu to czuję jakby grunt spod nóg uciekał. Jak można odtrącać w ten sposób, odsuwać się, wręcz uciekać od odpowiedzialności, lekceważyć mówiac że ciąża Ci mózg wyprala?!?! Przerażające. Mam nadzieję, że się obudzi, że coś mu się poprzestawialo i to coś się naprostuje. Nie chcę go obrażać, bo widzę, że jest Ci bliski, ale naprawdę trudno mi to zrozumieć. Napisalas fajna rzecz. Nie liczy się ilość relacji, a ich jakość. Zgadzam się całkowicie. Można czuć się samotnie mając duża rodzine i być w pełni szczęśliwym i zrozumiałym mając 1 bliska osobe. Wiem, że marzysz o dwojgu rodziców dla swojej Córeczki, ale ta sytuacja nie skreśla tego marzenia. Tatą nie musi być tylko ojciec biologiczny. Co innego być ojcem a co innego być Tata. Życzę Ci jak najlepiej. Po tym co przeszłaś i napisałaś o sobie, wiem że jesteś silna babka i jakkolwiek się to wszytsko nie potoczy to jestem pewna, że sobie poradzisz i Twoja Mała będzie szczęśliwa, bo z taką Mama jest urodzona sczesciara.
-
Dziewczyny, godzine temu zadzwonili do mnie ze szpitala, jestem już na oddziale i czekam na lekarza. Stresuję się bardzo, ale jednocześnie cieszę, bo zbliżam się małymi krokami do zamknięcia pewnego rozdziału i rozpoczęcia walki o odzyskanie sił i równowagi wewnętrznej. Trzymajcie, proszę, za mnie kciuki.
-
Ja przy 4 miałam takie same dylematy, takze doskonale rozumiem. Natomiast oczywiście okazało się, że zamartwianie się na zapas nie ma sensu. Jestem po pierwszym udanym transferze, z czego ciąża obumarla bardzo szybko...teraz modlę się, żeby któryś z pozostałych 3ech miał siły rozwijać się dalej. Przewrotne to wszystko. Z pierwszej procedury z 4 zarodków urodziłam dwoje dzieci, z czego Synek odszedł po porodzie, a po dwóch latach dołączyła do nas Córka. Myślę, że martwimy się i rozpatrujemy tak różne scenariusze, bo po prostu jesteśmy odpowiedzialnymi ludźmi. Natomiast i tak życie pisze swoje scenariusze, których w życiu bym nie przewidziała.
-
Bounty, to nie było odniesienie do Twojej wypowiedzi. Myślę, że miałam na myśli emocje, które nie miały miejsca w Twojej sytuacji. Miałam na myśli swoją sytuację, gdzie mam już jedna Córkę i marzę jeszcze o dwójce dzieci. Rozpatrywałam sytuację, gdzie mam już troje dzieci i 100 proc przekonanie wewnętrzne, że nie chce mieć więcej dzieci. Podejście w takiej sytuacji do transferu byłoby trudne. Nie chciałabym podchodzić do transferu mając nadzieję, że maleństwo nie dołączy do naszego życia. Mimo, że mam ogromne poczucie odpowiedzialności i przekonanie, że zarodeczki to już moje dzieci.to byłoby dla mnie trudne. Bałam się takiej sytuacji i takich decyzji. To tylko moje przekonanie, nie chciałam nikogo urazić i nie nawiązywałam bezpośrednio do niczyjej wypowiedzi.
-
Bardzo średnio... To smutny dla mnie czas. Od niedzieli czekam na walizkach na telefon ze szpitala z informacją, że mogę przyjechać na indukcję poronienia. Chciałabym mieć to za sobą i moc ogarniać głowę i zacząć odnajdywać pozytywne nastawienie. Narazie żyje w zawieszeniu, co bardzo mnie męczy. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko ok
-
Cześć Dziewczyny, Przechodzę przez trudny okres i rzadziej do Was zaglądam. Dziś przeczytałam sobie 2 strony Waszych wypowiedzi, poruszylyscie temat, nad którym myślałam godzinami! Postanowiłam zatem podzielić się i swoimi myślami. Na początku naszej drogi starań o maleństwo omawialiśmy z mężem wiele możliwości, różnych scenariuszy. Co jak ivf nie wyjdzie? Czy zdecydujemy się na adopcję? Co jak rozwiązaniem okaza się komórki dawczyni albo nasienie dawcy, zdecydujemy się? A w ogóle czy jakby surogatki były w Polsce legalne to byśmy się zdecydowali? Popłynęliśmy trochę w tych rozważaniach. Na wszystkie pytania odpowiedź brzmiała: absolutnie NIE. Zycie potoczylo się zupełnie inaczej, bo z pierwszej procedury mamy Córkę. Zaczęliśmy rozważania do kolejnej procedury z myślą o staraniu o kolejne maleństwo. Nie wyobrażałam sobie mieć zarodki i oddać je innej parze, chyba by mnie to wykończyło psychicznie, że inna para wychowuje genetyczne rodzeństwo mojej Córki. Podeszliśmy od kolejnej procedury z poczuciem pełnej odpowiedzialności i nastawieniem, że wykorzystamy wszystkie zarodki, nawet jakby to oznaczało 5cioro dzieci. Wiem jak ...ycznie to wszystko brzmi, ale ja lubię mieć w głowie wszystko poukładane, lubię rozważać nawet totalnie skrajne scenariusze. Dzisiaj dochodzę do innych wniosków. Łatwo odpowiedzieć sobie: absolutnie NIE w momencie jak się w rzeczywistości nie staje jeszcze przed dylematem. Dzisiaj wiem, że nie darowałabym sobie jeśli w moim przekonaniu nie zrobilabym wszystkiego, aby zostać Mama. I bym to zrobiła. I sięgnęłabym po wszelkie rozwiązania, żeby spełnić to marzenie, żeby dać życie, miłość i szczęście jakiemuś maleństwu. Co do zarodków to nie wyobrażam sobie z kolei podchodzić do Transferu i mieć nadzieję, że się nie powiedzie. Dla mnie dziecko jest największym błogosławieństwem i chciałabym przyjmowac je do swojego życia z należytym szacunkiem Jeśli znalazłabym się w takim punkcie, rozważyłabym adopcję. Ivf daje przynajmniej pewność, że maluszek trafi do rodziny, która bardzo dziecka pragnie i obdarzy je miłością. Na ten moment mam jeszcze 3 mrozaczki i nastawienie, że wykorzystam je wszystkie. Ale wiecie... Plany planami, a życie życiem. Nie wiadomo co los przyniesie. Jestem jednak dobrej myśli, moje zarodki to dla mnie już moje dzieci i mogę mieć tylko ogromną nadzieję, że któreś z nich przyjmie zaproszenie do naszego życia
-
ZelkowyAniolku, to Twoja pierwsza procedura? Walczysz o pierwszego maluszka?
-
Wspaniała informacja! Ściskam Cie mocno, naprawdę wierzyłam, że będziesz dziś płakać ze szczęścia
-
LuLa, nie będę ściemniać - nie jest najlepiej. Wpadłam w jakiś marazm. Z trudem podnoszę się z łóżka i wykonuje codzienne czynnosci. Straciłam chęć i motywację do czegokolwiek. Ta cała sytuacja wytrąciła mnie z równowagi, mój optymizm gdzieś się zagubił i nie mogę go odnaleźć. Czuję się smutna i zaniepokojona - myślałam, że takie sytuacje zdarzają się tylko przy wadach genetycznych, a tu wina słabszego plemniczka.... Po prostu. Mimo, że zarodek zdrowy. To sprawia, że martwię sie o kolejne sniezynki. Martwię się czy dadzą radę...
-
Boże, jak ja się tego boję... Powiedz mi, czemu łyżeczkowanie okazało się konieczne? Czy po poronieniu miałaś usg i tam zobaczono, że zabieg musi się odbyć? Musiałaś sprawdzać betę? Płakać się chce, nie dowierzam, że muszę zadawać w ogóle tego typu pytania.
-
Eh Milena... Co ja mogę powiedzieć... Jedynie tyle, że jest mi bardzo przykro i naprawdę rozumiem, bo właśnie przechodzę dokładnie przez to samo. W czwartek mam potwierdzenie wcześniejszej diagnozy, całkowite odstawienie leków i czekanie na poronienie, ew. łyżeczkowanie. Koszmar jakiś. Takie rzeczy nie powinny się dziać. Serce pęka. Przytulam Cie do mojego złamanego serducha. Jeszcze wyjdzie dla nas słońce.
-
Nie ma co za dużo myśleć, tylko nastrajac się pozytywnie. Zarodek pięknej klasy, ogromna szansa.
-
Widzę, że kilka z Was miało podobne myśli jak ja. My po urodzeniu Córki stwierdziliśmy, że chcemy jeszcze jedno, max dwoje dzieci. Chcieliśmy podejść do kolejnej procedury z pełną odpowiedzialnościa. Można przecież liczyć na cud naturalny (mimo, że od 6 lat się naturalnie w ciążę nie udało zajść i mimo, że parametry nasienia uległy diametralnemu pogorszeniu) albo podejść do procedury. Miałam z tyłu głowy, że mamy opracowany sposób dawkowania lekow i podejścia do Transferu - 2 razy się udało. Pomyślałam, że za 10 lat, jakkolwiek by się nie potoczylo, chce moc spojrzeć w lustro i powiedzieć, że zrobiłam WSZYSTKO, aby zawalczyć o kolejne maleństwo. Wybór był oczywisty - podchodzimy znowu do ivf. Jak uslyszalam, że po punkcji są 4 zarodki to byłam przerażona. 5cioro dzieci? Co jak co, ale takiego scenariusza nie rozpatrywałam nigdy w życiu. A teraz takie coś. Moja mama mówiła, że w naszym przypadku sprawdza się statystyka 50proc skuteczności i tego się trzymać. Życie pisze nieprzewidywalne scenariusze, a In vitro to nie 100 proc skuteczności. Jak zawsze miała rację
-
Tak, mam jeszcze 3 blastki. 5dniowa 5.1.1., 6dniowa 5.1.1. I 6dniowa 5.3.2. Jest zatem szansa. Mam nadzieję, bo muszę przyznać, że mam zupełny mętlik w głowie. Przedczworaj zastanawiałam się co jeśli kolejne transfery okaza się udane. Ile mogę dzieci się doczekać? Całej gromadki! Dziś już wątpię we wszystko i mam nadzieję, że choć jedna sniezynka dołączy do naszego życia.
-
Powinnas. I walczysz, bo tak bardzo pragniesz kolejnego dziecka. Chyba nikt tak nie pragnie dziecka jak my - kobiety, które walczą przez ivf. Znam dobrze ten rollecoaster uczuc. Sama teraz upadłam, mam rozerwane serce i strach co przyniesie przyszłość. Natomiast Ty jesteś na zupełnie innym etapie, miej nadzieję, bo szanse na sukces są ogromne. Trzymam za Ciebie mocno kciuki.
-
Podoba mi się ten plan. Ja co prawda będę transferować z pewnością później niż Ty, oczywiście zależnie od tego jak i w jakim czasie się 'oczyszcze' i jak szybko odzyskam równowagę psychiczną, ale myślę że czerwiec byłby dla mnie dobrym momentem. Niemniej jednak plan kolejnego - szczęśliwego transferu bardzo mi się podoba.
-
Dziewczyny, dziękuję za wsparcie. Milkaaa, pytałaś o powod. Zarodek był zdrowy genetycznie, z najlepsza ocena morfologiczna i mając ta wiedzę możemy stwierdzić, że problem mógł tkwić w samym plemniczku - w jego sile. Pani mi tlumaczyla, że maluszek po prostu nie miał siły się rozwinąć. Taki potencjal rozwoju jest m. In. dyktowany jakością plemników. U nas z tym jest duży problem (mała liczba przy wysokiej fragmentacji) i gin tlumaczyla, że nawet jak dzięki dodatkowym procedurom wybieramy te najlepsze plemniki to nadal wybieramy je z puli slabiaczkow. A jak się okazuje ten potencjał rozwoju, siły ma się nijak do genetyki i oceny morfologicznej. Jestem zrozpaczona, a w dodatku mój organizm jakby jest w ciąży. Widoczny pęcherzyk ciążowy, beta 40 000,wszystkie objawy typowe dla 1ego trymestru, a maluszka brak. Ciaza bezzarodkowa. Będę musiała czekać na poronienie. Serce krwawi. Zastanawiam się czemu pisane mi jest tyle cierpieć, przeżywać tyle bólu, mierzyć się ze stratami, tak walczyć o maleństwo.... Ściskam dziś mocno moja Córkę i dziękuję za to, że jest z nami. Mam nadzieję, że któraś z naszych śnieżynek zagości jeszcze w naszym życiu. Tylko tyle mogę. Mieć nadzieję.
-
Dziewczyny, moje serce rozpadło się właśnie na milion kawałków. Moja radość trwała krótko, za krótko. Maluszka nie będzie. Zarodek się zagniezdzil, ale obumarł na bardzo szybkim etapie. Mimo pięknie przyrastającej bety, mimo pięknie rosnącego pęcherzyka, maluszka nie ma. Wiedziałam, że może zdarzyć się wszystko, ale nie brałam tego do wiadomości. Miałam zobaczyć dziś bijące serduszko, a go nie zobaczyłam. I nie zobaczę.
-
Masz już jakieś wieści?
-
Piękna liczba pęcherzyków, mocno trzymam kciuki i czekam na dalsze wieści. Na szczęście:
-
Boże, jak mi przykro... Tule mocno.
-
Jak ja czekam na Twoja betę!!! Może to był mały dyskomfort po samym zabiegu. Mocne kciuki
-
1 dpt to za wcześnie, żeby coś czuć. 5 dniowa blastka zaczyna proces zagnieżdżania ok 3 dnia. Ja plamienia miałam tylko przy tym ostatnim szczęśliwym transferze, przy poprzednich dwóch udanych - nic. Ogólnie po transferze czułam taki ciężar w podbrzuszu. Ok 3-5 dnia lekkie kłucie i pracę macicy - lekkie skurcze.
-
Cześć, ja miałam raz plamienie implantacyjne - dosłownie 3 kropki jasnej krwi na papierze toaletowym. To wszystko
-
Dziewczyny, napisałam do kliniki o moim słabym samopoczuciu. Do piątku mam zwolnienie lekarskie, jutro jadę na morfologie. Dzięki za Wasze rady!
