Iskrzynka
Zarejestrowani-
Zawartość
450 -
Rejestracja
-
Ostatnio
Wszystko napisane przez Iskrzynka
-
Trzymam mocno
-
Mi wczoraj lekarka powiedziała, że od razu w kolejnym cyklu po szczepieniu drugą dawką mogę podchodzić do transferu
-
Ojej, całkiem i tym zapomniałam Ale jak będzie bliżej, to i tak do niej jeszcze pójdę i wtedy z nią to omówię. Nie wiem tylko, jak będzie z naturalnym cyklem po antykoncepcji? Czy to wszystko zaczyna działać zaraz po odstawieniu? Dziękuję dziewczyny Mam nadzieję, że pomoże mi to wszystko uporządkować w głowie. Faktycznie MamoAniola, obie mamy teraz podobny plan Mam nadzieję, że obie odpoczniemy, nabierzemy sił i optymizmu i obie z siłą wrócimy po nasze Kruszynki ponownie i dla obu nas następne podejście będzie tym szczęśliwym Bardzo, bardzo Ci dziękuję
-
Ja jestem po wizycie u mojej pani dr. Zapadła decyzja ostateczna, że z następnym transferem wstrzymujemy się ok 3 miesięcy. Na ten czas dostałam antykoncepcję, żeby znów nie urósł mi polip. Psychicznie muszę dojść do siebie przed następnym podejściem, bo teraz jest słabo. Pani dr poradziła, żebym poszła na rozmowę z psychologiem w mojej klinice, że to mi pomoże. W przyszłą środę mam pierwszą dawkę szczepienia na covid, druga pewnie będzie w drugiej połowie czerwca, a na początek lipca mąż wykupił nam wczasy na Krecie, żebyśmy mogli się zresetować, odciąć od tego wszystkiego i nabrać dystansu. Jest najukochańszy na świecie i bardzo mnie wspiera. Potem wracamy po następnego mrozaczka. W międzyczasie dr powiedziała, że jeśli chcemy, to możemy zrobić badanie kariotypów. Ja chciałbym też sprawdzić kiry. W immunologię, szczepienia itd. moja dr nie wierzy, bo nie ma podstaw w naukowych wynikach badań. Ale powiedziała, że przy następnym transferze możemy spróbować z Accofilem, a nuż to coś pomoże. No i możemy spróbować kroplówki przeciwskurczowej.
-
Dziękuję, że próbujesz mnie pocieszyć.
-
Dziękuję. Nie rozumiem czemu dr nie chciała tego kontrolować W ogóle nie umiem poukładać sobie tego wszystkiego w głowie. Dopiero teraz to co się stało do mnie dotarło i jestem w totalnej rozsypce. Wciąż nie mogę przestać myśleć o tym, czemu tak się stało? Co było powodem? Czy moje komórkowe są już tak do bani i nasze zarodki są tak wadliwe, że moje ciało je z automatu odrzuca? Czy może moje endometrium jest już totalnie niezdolne do przyjęcia nowego życia i choćby nie wiem, jakie piękne zarodki udało się uzyskać, nie mają szans przetrwać w mojej macicy. Może to głupie, ale czuję, jakby umarło moje dziecko, a ja nie wiem, jaki jest powód. Zostały mi w życiu 3 ostatnie szanse na ciążę, a ja straciłam w tej chwili całkowicie nadzieję na to, że któraś z nich może skończyć się szczęśliwie. Czuję się starą, zepsutą i bezużyteczną kobietą, która już nigdy nie będzie mamą i przez którą mój mąż nigdy nie będzie miał swojego biologicznego dziecka. Bardzo się oboje kochamy, ale czasem myślę, że może powinnam go zostawić, żeby znalazł sobie normalną, zdrową, młodą kobietę, która będzie mogła urodzić mu dziecko Do siebie i swojego ciała czuję w tej chwili nienawiść i odrazę. Dziś dostałam okresu.
-
ng/ml
-
U mnie dzień przed transferem 26,5, a w 7dpt 17,5. Progesteron badałam na własną rękę. Doktor, która mnie prowadzi twierdziła, że nie ma potrzeby. Dlaczego? Czy ten spadek progesteronu mógł być powodem, że się nie udało? Czy gdybym go sprawdziła wcześniej i miała dodane leki, to byłoby inaczej?
-
Trzymam mocno Za Ciebie Marta też ściskam
-
Dziękuję za wszystkie wyrazy wsparcia Szczerze mówiąc spodziewałam się, że tak będzie. Znam bardzo dobrze siebie i swoje ciało, od kilku dni mam pełen wachlarz typowych dla mnie objawów przedokresowych, więc po prostu czułam to już, że ciąży nie będzie. Domowe testy ciążowe też nigdy w moim przypadku nie dały fałszywego wyniku, a w 6dpt, przy udanym transferze 5 dniowej blastki, racjonalnie rzecz biorąc beta powinna już być powyżej 10, dlatego, jak zrobiłam test, który pokazuje drugą kreskę przy takiej wartości i nie pojawił się nawet jej cień, to wiedziałam, że raczej mogę uznać już ten wynik za pewny. Oczywiście było ziarnko nadziei, Wy też mi ją dawałyście, ale jednak logika mówiła co innego i mentalnie przygotowywałam się na to. Od kilku dni jestem też wstrząśnięta historia pewnej dziewczyny, młodej niespełna 30 letniej, która w lutym miała udany transfer, beta pięknie jej przyrastała, potem zobaczyła upragnione serduszko, widziała na usg, jak jej maleństwa beztrosko sobie w niej fika, była bardzo szczęśliwa, czuła się dobrze, bardzo o siebie dbała. Wreszcie w zeszłym tygodniu doczekała terminu rutynowych badań prenatalnych. Niestety jej świat totalnie runął. Okazało się, że maleństwo ma bardzo poważne wady genetyczne, jego mózg nie rozdzielił się prawidłowo, nie ma noska, prawdopodobnie ma jedno oczko, po urodzeniu byłoby roślinką i żyłoby może miesiąc. Nawet nie chce sobie wyobrażać jej piekła teraz. Tym bardziej, że mieszka w w naszym chorym kraju, który nie daje jej prawa zakończyć tej ciąży na tym etapie, nie zapewnia jej też żadnej opieki psychologicznej i musi radzić sobie z tym na własną rękę. Dlatego dziś, czekając na wynik bety, myślałam sobie, że nawet jeśli będzie on teraz negatywny, to może nie będzie to aż taka wielka tragedia w porównaniu z tym, co ona teraz przechodzi? Szczególnie, że wciąż mam jeszcze 3 śnieżynki i 3 szanse. I że może po prostu tak miało być. Tak, czy inaczej każda porażka boli, szczególnie, jak czegoś bardzo się pragnie... więc smutek jest i trzeba go przeżyć...
-
Niestety nie udało się. Beta 2,3 Dziękuję wszystkim dziewczynom, które trzymały za mnie kciuki i próbowały dać mi nadzieję.
-
Mocne kciuki za Twój jutrzejszy wynik
-
Dziękuję, że dajecie mi jeszcze nadzieję.
-
Robiłam z rannego. Test o czułości 10 mlU/ml, także nie wierzę, że coś z tego będzie i wynik bety będzie dobry. Ale jutro pójdę. Jutro mam 7dpt.
-
Podkusiło mnie niestety i zrobiłam test w domu pink super czuły i nie było nawet cienia drugiej kreski, także ten... do bety już się nie spieszę i raczej zakładam, że nic z tego nie będzie.
-
No to ja napiszę o rzeczywistości, a nie o teorii, jeśli teoria jest wg Ciebie tak śmieszna. Byłam w 3 naturalnych ciążach, które jakoś szczególnie nie były planowane, więc też nie wsłuchiwałam się wtedy w każdy objaw w moim ciele i we wszystkich, poza oczywiście brakiem miesiączki, pierwszym objawem m.in. były mdłości, senność i było to właśnie mniej więcej w 5 tyg.ciąży, więc z całą pewnością mogę dać żywe świadectwo, że na tym etapie ciąża może dawać już objawy i pisanie, że tak nie jest, jest po prostu głupotą. Może, to nie oznacza, że musi, ale ja nie wyczytałam, że Mroowka Zet twierdzi, że tak jest. Poza tym muszę przyznać, że niezwykle mnie wkurzasz. Nie ma to jak przyjść tu, mając pewne rzeczy za sobą, oceniać i wręcz wyśmiewać, że ktoś coś teraz przeżywa. Sama, jak byłaś na tym etapie, to pewnie taka "mądra" nie byłaś. Jak to się szybko zapomina... Jeśli nie stać Cię na odrobinę empatii, to może Ty "wyluzuj" pouczanie na forum i zajmij się np. w tym czasie dzieckiem, skoro masz to szczęście, że je już masz.
-
Wszystko to na poziomie racjonalnym doskonale wiem. Co zresztą napisałam. Poziom emocjonalny, to zupełnie inna bajka i jestem przekonana, że żadnej z Was nie jest to obce, także ten... I tak jestem z siebie mega dumna, że jak na razie dość dobrze się trzymam, w większości chwil udaje mi się zachować pozytywne nastawienie, zimną krew i naprawdę bardzo dużą, jak na mnie cierpliwość. A że czasem wpadną chwile gorsze, no to cóż... najważniejsze, że to tylko chwile
-
Ja właśnie od poniedziałku wracam do pracy, więc już nie będzie czasu na analizy A dziś otwieramy z rodzinką sezon grillowy, pogoda wprawdzie nie jest wymarzona, ale nie leje, więc to już coś, także mam nadzieję, że się odstresuję i miło spędzę ten czas.
-
No i to jest konkret, który mnie pociesza. Gdzieś mi tam to też świtało, że przecież jestem na sztucznym, wszystko sterują teraz leki, to chyba nie może być tak, jak zwykle przy naturalnym, ale dobrze, jak mi to ktoś napisał i mnie w tym utwierdził. Dzięki
-
Musimy się ogarnąć, bo żadne stresy i czarne myśli nie są dobre, a dopóki nie mamy wyniku bety, to musimy mieć nadzieję... chociaż wiem, że nie jest to łatwe. Ja ogólnie na takim poziomie racjonalnym staram sobie cały czas tłumaczyć, żeby nie analizować każdego ukłucia w dole brzucha, ani dobrze, ani źle, bo kompletnie nic mogą nie znaczyć. A ten ból piersi... póki co zaliczam cięższą chwilę, bo trochę za bardzo przypomina mi to czas przed okresem, ale mam też myśli, że może jest to tylko efekt progesteronu, który przyjmujemy i nie ma co na razie panikować. Nie wiem, czy to są ostatnie resztki rozsądku, czy łudzenie się, ale muszę zrobić wszystko, żeby znów zacząć się tego trzymać, bo zamartwianie się nic dobrego nam nie da. Ty też Kochana, głowa do góry i nie poddajemy się!
-
A ja zaczynam chyba łapać kryzys. Dziś obudziłam się z lekkim bólem w piersiach. Dobrze jest mi to znane, bo co miesiąc ok 10-7 dni przed planowanym okresem (a teraz jestem w tym momencie cyklu) mam takie odczucia, więc zaczęłam tracić nadzieję, bo chyba normalnie idzie okres, a maleństwa... nie ma Oczywiście nastawiałam się na taki scenariusz, jest on niestety statystycznie bardziej możliwy, mam nawet cały plan na sytuację, że ciąży teraz nie będzie i nawet szukam pozytywów, np. to, że będę mogła, przed następnym podejściem, zaszczepić się na covid i do następnego transferu podejdę spokojniejsza o ten aspekt... ale i tak na myśl, że się nie udało robi mi się bardzo, bardzo smutno.
-
Wow! Fantastycznie Niech teraz pięknie rosną
-
Piękny wynik Trzymam kciuki za zarodeczki
-
I jak tam po punkcji?
-
Ach Ci mężowie, jednym zdaniem potrafią człowieka totalnie rozbroić Na pewno wszystko będzie dobrze Mocne kciuki za super przyrost!
