Do tej pory opalałam się topless, a czasem nawet całkowicie nago, ale wyłącznie w miejscach, gdzie miałam pełną prywatność, na działce albo na własnym balkonie. Na publicznych plażach w Polsce zawsze wybierałam zwykły strój kąpielowy, bo tak czułam się komfortowo.
Od zawsze jednak przeszkadzają mi wyraźne ślady po kostiumie. Ostatnio natknęłam się w internecie na bardzo skąpe mikro bikini, góra zakrywa naprawdę niewiele, a dół składa się właściwie z cienkich paseczków. Za jakiś czas wyjeżdżam sama na wakacje za granicę i zaczęłam się zastanawiać, czy nie spróbować właśnie takiego stroju.
Lubię podróżować solo, więc to nie jest dla mnie problem. Szczerze mówiąc, jest we mnie też pewna ciekawość i chęć wyjścia poza swoją strefę komfortu. Po kilku trudnych doświadczeniach z ostatnich lat myślę, że mogłoby to być dla mnie symboliczne przełamanie pewnych barier. Jestem młoda, dobrze czuję się ze swoim ciałem i nie uważam, żebym miała się go wstydzić.
Pewnie ktoś zapyta, dlaczego po prostu nie opalać się nago. Dla mnie jest jednak różnica między przebywaniem bez stroju w całkowicie odosobnionym miejscu, a robieniem tego na plaży wśród innych ludzi. Na to nie byłabym jeszcze gotowa. Dlatego mikro bikini wydaje mi się rozsądnym kompromisem z jednej strony bardzo odważnym, z drugiej nadal pozostającym strojem kąpielowym. Dodatkowo za granicą praktycznie nie ma szans, że spotkam kogoś znajomego.
Jestem ciekawa Waszych opinii. Czy uważacie, że to już przesada, czy raczej nic nadzwyczajnego? Może któraś z Was nosiła mikro bikini i może podzielić się swoimi doświadczeniami?