Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

oneill

Zarejestrowani
  • Zawartość

    0
  • Rejestracja

  • Ostatnio

    Nigdy

Wszystko napisane przez oneill

  1. Wiem ze to nie jest proste i ze nie da sie jednym zamachem odciac wszystko i zaczac od nowa. Przypuszczam tez, co sie dzieje teraz w Twoich myslach i ze jest to jeden wielki chaos, ogromna potrzeba spokoju, uporzadkowania... Twoj maz bierze Was na tzw huki, drze sie coraz glosniej bo chce Was zakrzyczec, to jego zdaniem znaczy, ze on tu rzadzi, ze ma racje. Zachowuje sie jak pawian w zoo, one tez sie dra wnieboglosy jak chca podporzadkowac sobie stado. Krzyk to przemoc. Postaraj sie jakos przezyc kolejny dzien, moze bedzie spokoj. I pomysl, czy nie bylby to taki zly pomysl gdybys zaczela szanowac i kochac siebie sama. Gdybys sie ze soba zaprzyjaznila... Pozdrawiam i zycze duzo sil
  2. @MojeZycieJestSmutne - opisalas gehenne. Kilka uwag - nie mow ani nie mysl w ten sposob: inni maja wieksze problemy. To nie tak. Nie mozna sie porownywac. Twoje problemy bola najbardziej Ciebie, one sa dla Ciebie najwieksze i najwazniejsze. Ich problemy nie sa Twoje, nawet gdybys miala nieskonczona empatie. To, ze jestes "u meza" (to znaczy - mieszkasz w jego domu? Tak mam to rozumiec?) NIE DAJE MU PRAWA do znecania sie nad Toba i Twoim synem (z poprzedniego zwiazku, mam racje?). Robisz bardzo slusznie ze wstawiasz sie za nim (za synem) i go bronisz. Powie Ci to kazdy obiektywnie bo taka jest rola matki. A jesli Twoj maz "karze" Cie za to - to swiadczy tylko o nim samym. Nie jest dobrym partnerem, nie bedzie dobrym ojcem. Widze tutaj tylko wielkie cierpienie Twoje i dzieci. To, ze mlodsze dziecko jest Wasze tez niewiele zmieni w meza zachowaniu, jak dorosnie tez sie go bedzie czepial. Ten typ tak ma - szuka slabszych zeby wywalic swoje frustracje. Inaczej nie umiem tego okreslic. Dobrze, ze napisalas, ze opowiedzialas komus o tym. To taki maly - ale bardzo wazny - pierwszy krok. Masz swiadomosc ze dzieje sie zle, nie jestes szczesliwa, boisz sie - o siebie, o swoje dziecko. I pewnie tak jest codziennie bo nie wiadomo kiedy zacznie sie kolejna awantura. Zyjesz w ciaglym stresie, jak na szpilkach. Czy tak powinien wygladac zwiazek? Czy to jest milosc, wiez, rodzina? Znajdz w necie najblizszy osrodek Niebieskiej Linii i skontaktuj sie z nimi. Porozmawiaj z zywym czlowiekiem, dowiedz sie jakie masz prawa, jakie kroki powinnas podjac zeby odzyskac spokoj. I zaloz kartoteke mezowi bo uzywa przemocy w rodzinie. Wychodzac za niego pewnie wierzylas, ze znalazlas dla starszego syna zastepcza rodzine (a propos - jakie kontakty z ojcem dziecka, wogole jakies sa?), on pewnie tez zaczynal sie do niego przywiazywac... Bedzie mial ogromne traumy w przyszlosci jesli nic z tym nie zrobisz, on chce byc kochany jak kazde dziecko - tymczasem maz go wyraznie odrzuca, traktuje jak intruza. Znam to z doswiadczenia i wiem, jakie to nieludzkie, niesprawiedliwe. Ale tacy ludzie sa na swiecie i potrafia sie niezle maskowac na poczatku. Pisz na topiku, jesli tylko masz taka potrzebe, chcesz sie wygadac, wyplakac - pisz. Tutaj zawsze jest ktos zyczliwy, kto da Ci wsparcie. Jak sie ma sytuacja z Twoja rodzina - rodzice, rodzenstwo? Wiedza o Twojej sytuacji? Sa w stanie, w razie czego, pomoc?
  3. Wlasnie - moze cos wiecej napiszesz? Nikt nie jest w stanie spojrzec na Twoj problem, doradzic jesli nic nie wiemy. Oprocz tego, ze jest Ci bardzo ciezko i dzwigasz wiele obowiazkow, odpowiedzialnosci na swoich barkach. Juz samo "wygadanie sie" odrobine ulzy. Pozdrawiam serdecznie
  4. http://zdrowie.onet.pl/psychologia/domowi-oprawcy,1,5304104,artykul.html
  5. Ogromne znaczenie ma wiec samoswiadomosc i swiadomosc naszej rzeczywistosci. Umiejetnosc spojrzenia na nia z jak najwiekszym mozliwym obiektywizmem - czyli umiejetnosc zdystansowania aie czasem. Jakze czesto mowimy do osoby bliskiej: kompromitujesz mnie; wstyd mi za ciebie; nie rob mi obciachu. Co za bzdura! Jesli robi obciach czy kompromituje - to sam/a siebie. My nie mamy z tym nic wspolnego. Oczywiscie mam na mysli osobe dorosla, stanowiaca sama za siebie. Ten wlasnie problem mailam przez lata ale wynikal on z wychowania i doswiadczen z dziecinstwa. Dopoki nie zrozumialam, ze jesli cos nie jest ode mnie zalezne, nie moge czuc sie za to odpowiedzialna. Zreszta - owa "nadodpowiedzialnosc" i nadmierne poczucie winy sa bardzo charakterystyczne dla Doroslych Dzieci. Zmieniajac troche temat - zachecam do obejrzenia na youtube innych wypowiedzi Carlina, sa przesycone zdrowym rozsadkiem.
  6. Bardzo zyciowe, rozsadne i nie nadete rady, wypowiedziane kiedys przez George'a Carlina: "Odrzuc nonsensowne liczby, w to wliczamy wiek, wage i wzrost. niech sie o to martwia lekarze, za to im placimy. Miej tylko radosnych przyjaciol, marudy wpedzaja w depresje. Nie przestawaj sie uczyc, leniwy rozum to pracownia diabla. A diablu na imie Alzheimer. Ciesz sie z najdrobniejszych rzeczy. smiej sie czesto, dlugo i glosno Lzy sie zdarzaja, poplacz i idz dalej. Jedyna osoba, ktora jest z nami przez cale zycie jestesmy my sami - zyj dopoki zyjesz. Otaczaj sie tym co kochasz. Twoj dom jest twoim schronieniem. Ciesz sie zdrowiem. Jesli jestes zdrowy, dbaj o siebie. Jesli cos ci dolega zajmij sie tym. Jesli nie mozesz sam sobie pomoc, zasiegnij rad specjalistow. Nie zyj z poczuciem winy, nie pielegnuj tego poczucia w sobie. Mow ludziom, ktorych kochasz, ze ich kochasz. przy kazdej okazji."
  7. Przerzucajac artykuly internetowe natknelam sie na te slowa: "Nauczal on (Baden-Powell, tworca skautingu) swoich skautow by zanim powiedza cos co moze kogos zabolec, zadali sobie trzy pytania: Is it true? Is it kind? Is it necessary? I jesli wiekszosc odpowiedzi jest na tak, to wtedy dopiero wypowiadali sie." I zasada zelazna - nie dawac rad o ktore nas nie proszono. I nie silic sie na samozwancze psychoanalizy na podstawie kilku czy kilkunastu wypowiedzi z forum - jesli ktos nie zwraca sie o to z prosba. Takie zachowanie jest zwyczajnie nieuprzejme, nachalne, bez poszanowania danej osoby. I nie w porzadku.
  8. @magnetyznm - "Wiesz, że męczenników też beatyfikują. Może coś znajdą i dla Ciebie. To zdecydowanie żart" Dzisiejszy wieczor poswiece wlasnie na spisywanie swojego dossier. I niech bedzie jak z totolotkiem - wysle, a nuz sie uda. Jak nie, to i tak sie nie zmarnuje. Wysle jako aneks meczenski - za stracone nadzieje ;) Co do dalszej czesci Twojej wypowiedzi - zupelnie nie rozumiem co masz na mysli. Jesli piszesz do mnie to o co tutaj chodzi? Jaki punkt krytyczny? Jaka odmowa? Ja NAPRAWDE nie kumam nic a nic! Pisze bo chce, bo mam taka potrzebe, bo czuje ze mam cos do przekazania, powiedzenia - i owszem, ciesze sie jesli ktos przeczyta i odniesie sie ale jesli nie to zadna tragedia (ale bedzie, bo przeciez zbieram punkty meczenstwa). Co poeta chcial przez to powiedziec - ano niech kazdy sobie zinterpretuje po swojemu. :D Nie mam juz nic do dodania.
  9. @magnetyznm - ;) moze zbierzesz wszystkie swoje - poczawszy od najwczesniejszego dziecinstwa - odczucia, wrazenia, zachowania; tak, jak nam tu piszesz na forum. I wyslesz do Rzymu o beatyfikacje. To jest zart, nie zlosliwosc - i proba przekazania, ze wiekszosc Twoich wypowiedzi ma sie nijak do rzeczywistosci osob tutaj piszacych (choc mowie z swoim imieniu, inne osoby troche na wyrost wywnioskowane z wpisow na forum). I jest wydumane, slodko-pierd.z.a.c.e bajkopisarstwo. Wybacz, ale tak to widze. I nie ten ma racje, do kogo nalezy ostatnie slowo. Bowiem czesto bywa tak, ze ludzie juz nie chca z kims dyskutowac, maja tej osoby dosc - i milcza.
  10. @do wylapane z netu - "wiecej autentycznosci moze. polecam. dobrze smakuje." I o to chodzi, bo sie to z wolna robi ambona, pouczalnia i nawracalnia - trzy w jednym. A moze nawet cztery ;) i wiecej :P Niestety, nie mialam jako dziecko zdrowego punktu odniesienia wiec jak mnie ktos "przywolywal do porzadku" na wszelkie mozliwe sposoby (krytyka, upokarzanie, zawstydzanie, krzyk, szyderstwo itp) to czulam wylacznie lek i mialam chec schowac sie w najciemniejszy kat. I zeby mi juz dali spokoj i znalezli sobie inny obiekt do "wyzywania sie". Problem w tym, ze nie mialam nigdzie oparcia a ludzie to wyczuwaja. Dziecko jest z zalozenia slabsze od doroslych - dlatego stanowi najlepszy cel dla ulzenia swoim frustracjom. Nie czujemy sie kompetentni? Nie, to dziecko jest niekompetentne, my jestesmy OK. Dziecko nie ma sie jak obronic jesli nie stoi za nim dorosly, a jesli dorosli sa przeciwko niemu - to juz z gory jest na pozycji przegranej. Uciec nie ucieknie, bo zginie, nie umiejac sie o siebie troszczyc. Tkwi wiec w tej chorej sytuacji i stara sie przetrwac jak umie. Nie pisze wylacznie o sobie ale o wielu innych doroslych dzieciach, ktore mialy podobne doswiadczenia. Ci dorosli nie rozumieli, ze dziecku nalezy sie szacunek bo jest czlowiekiem. Jesli dziecko nie zazna szacunku w dziecinstwie, bedzie mialo z tym problem przez reszte zycia.
  11. @magnetyznm - watpliwosci co do wplywu zachowan toksycznych meza na nas wszystkich nie mam, bo musial byc. Nie wiem tylko, na ile i jak dlugo beda jeszcze tego konsekwencje w naszych psychikach. A watpliwosci wszelkiego rodzaju sa zawsze, jak zaistnieje np trudna sytuacja, czujemy ze sobie nie radzimy tak, jakbysmy chcieli itp to wpadamy w panike i szukamy odpowiedzi. Stad tez rozliczne watpliwosci. Wiesz, ja moge wysluchac czyichs porad (choc o nie nie prosilam, zalozmy ze ktos ma ochote podzielic sie swoja wiedza ;)) a czy sie do nich dostosuje czy nie to juz moja sprawa. U mnie w rodzinie na porzadku dziennym bylo takie "instruowanie", ktore mialo z zalozenia zdolowac. Zrobilas tak jak radzili - robisz to zle, im lepiej wychodzilo, do niczego sie nie nadajesz. Nie zrobilas - a mowilismy, nie sluchasz madrzejszych itp itd etc ;) :D. Jak sie udalo po swojemu - ale filozofia, kazdy by potrafil. Az sie dziwie, ze sama taka nie jestem (albo jestem tylko oczywiscie tego nie dostrzegam). OK, lece popracowac i obejrzec horror ;)
  12. @wylapane z netu - i dodalabym jeszcze: podobnie jak forma kontroli i medrkowania jest samozwancze dawanie rad czy upomnien, o ktore nikt nie prosil. Tudziez stwierdzenia typu: a widzisz, a nie mowilam, a gdybys to tamto, a trzeba bylo itp Po przemysleniu tego dosc oczywistego pojecia - odkrylam cos co mnie zasmucilo. Mianowicie ja taka osobe mam w swoim otoczeniu i uwazam ja za jedna z niewielu mi bliskich. Ona ma taka manie namawiania na zrobienie czegos, dam glupi przyklad. Ostatnio jak byla u mnie z wizyta usuwalam kamien z czajnika specjalnie kupionym w Polsce specyfikiem (akurat ten srodek lubie, mniejsza o powody) - wrecz sie oburzyla i stwierdzila ze ona usuwa octem i wszystko jest OK i naciskala na mnie zebym wylala ten srodek i wlala ocet. Wkurzylam sie bo nie lubie jak mi ktos ku*wa w moim wlasnym domu rzadzi i probuje udowodnic moja niekompetencje (to jest moj uraz rodzinny, niestety - mam tak wobec calej rodziny dlatego sie z nimi nie kontaktuje, sa dla mnie toksycznui, mam flashbacki, nie chce mi sie nad tym pracowac bo po co skoro lepiej sie od toksycznych osob odciac, po co uczyc sie panowac nad emocjami jakie oni wywoluja?) oraz to, ze to co i jak on/ona robi jest lepsze. Dobre dla niej, niekoniecznie dla mnie - moge sprobowac ale z wlasnej woli nie pod wplywem nacisku i labidzenia: a zrob. co ci szkodzi; zrob, no przeciez to zaden wysilek - i takie przekonywanie, i to mnie wku*wia po prostu. Doszlam do wniosku ze ta osoba mimo, iz bardzo bliska, bywa toksyczna. Zle sie czasami przy niej czuje - a zwykle czulam sie dobrze. Ow dyskomfort nastapil w miare swiadomosci i przyjmowania do wiadomosci swoich prawdziwych odczuc a nie tych jakie powinny byc. Owszem, nadal czuje sie w jej domu, w jej otoczeniu dobrze ale dawny pseudo-komfort gdzies sie ulatnia... Dzieki za cytat, ktory pozwolil mi na chwile refleksji :D
  13. @wylapane z netu - i dodalabym jeszcze: podobnie jak forma kontroli i medrkowania jest samozwancze dawanie rad czy upomnien, o ktore nikt nie prosil. Tudziez stwierdzenia typu: a widzisz, a nie mowilam, a gdybys to tamto, a trzeba bylo itp Po przemysleniu tego dosc oczywistego pojecia - odkrylam cos co mnie zasmucilo. Mianowicie ja taka osobe mam w swoim otoczeniu i uwazam ja za jedna z niewielu mi bliskich. Ona ma taka manie namawiania na zrobienie czegos, dam glupi przyklad. Ostatnio jak byla u mnie z wizyta usuwalam kamien z czajnika specjalnie kupionym w Polsce specyfikiem (akurat ten srodek lubie, mniejsza o powody) - wrecz sie oburzyla i stwierdzila ze ona usuwa octem i wszystko jest OK i naciskala na mnie zebym wylala ten srodek i wlala ocet. Wkurzylam sie bo nie lubie jak mi ktos ku*wa w moim wlasnym domu rzadzi i probuje udowodnic moja niekompetencje (to jest moj uraz rodzinny, niestety - mam tak wobec calej rodziny dlatego sie z nimi nie kontaktuje, sa dla mnie toksycznui, mam flashbacki, nie chce mi sie nad tym pracowac bo po co skoro lepiej sie od toksycznych osob odciac, po co uczyc sie panowac nad emocjami jakie oni wywoluja?) oraz to, ze to co i jak on/ona robi jest lepsze. Dobre dla niej, niekoniecznie dla mnie - moge sprobowac ale z wlasnej woli nie pod wplywem nacisku i labidzenia: a zrob. co ci szkodzi; zrob, no przeciez to zaden wysilek - i takie przekonywanie, i to mnie wku*wia po prostu. Doszlam do wniosku ze ta osoba mimo, iz bardzo bliska, bywa toksyczna. Zle sie czasami przy niej czuje - a zwykle czulam sie dobrze. Ow dyskomfort nastapil w miare swiadomosci i przyjmowania do wiadomosci swoich prawdziwych odczuc a nie tych jakie powinny byc. Owszem, nadal czuje sie w jej domu, w jej otoczeniu dobrze ale dawny pseudo-komfort gdzies sie ulatnia... Dzieki za cytat, ktory pozwolil mi na chwile refleksji :D
  14. @wylapane z netu - i dodalabym jeszcze: podobnie jak forma kontroli i medrkowania jest samozwancze dawanie rad czy upomnien, o ktore nikt nie prosil. Tudziez stwierdzenia typu: a widzisz, a nie mowilam, a gdybys to tamto, a trzeba bylo itp Po przemysleniu tego dosc oczywistego pojecia - odkrylam cos co mnie zasmucilo. Mianowicie ja taka osobe mam w swoim otoczeniu i uwazam ja za jedna z niewielu mi bliskich. Ona ma taka manie namawiania na zrobienie czegos, dam glupi przyklad. Ostatnio jak byla u mnie z wizyta usuwalam kamien z czajnika specjalnie kupionym w Polsce specyfikiem (akurat ten srodek lubie, mniejsza o powody) - wrecz sie oburzyla i stwierdzila ze ona usuwa octem i wszystko jest OK i naciskala na mnie zebym wylala ten srodek i wlala ocet. Wkurzylam sie bo nie lubie jak mi ktos ku*wa w moim wlasnym domu rzadzi i probuje udowodnic moja niekompetencje (to jest moj uraz rodzinny, niestety - mam tak wobec calej rodziny dlatego sie z nimi nie kontaktuje, sa dla mnie toksycznui, mam flashbacki, nie chce mi sie nad tym pracowac bo po co skoro lepiej sie od toksycznych osob odciac, po co uczyc sie panowac nad emocjami jakie oni wywoluja?) oraz to, ze to co i jak on/ona robi jest lepsze. Dobre dla niej, niekoniecznie dla mnie - moge sprobowac ale z wlasnej woli nie pod wplywem nacisku i labidzenia: a zrob. co ci szkodzi; zrob, no przeciez to zaden wysilek - i takie przekonywanie, i to mnie wku*wia po prostu. Doszlam do wniosku ze ta osoba mimo, iz bardzo bliska, bywa toksyczna. Zle sie czasami przy niej czuje - a zwykle czulam sie dobrze. Ow dyskomfort nastapil w miare swiadomosci i przyjmowania do wiadomosci swoich prawdziwych odczuc a nie tych jakie powinny byc. Owszem, nadal czuje sie w jej domu, w jej otoczeniu dobrze ale dawny pseudo-komfort gdzies sie ulatnia... Dzieki za cytat, ktory pozwolil mi na chwile refleksji :D
  15. Chyba zabraklo czegos, bo teraz czytam Twoj post i moja wypowiedz. Pozwole sobie zacytowac to, co poprzednio napisalam: "Nie musze odpowiadac ale wyjasnie. Kazde bez wyjatku zachowanie agresywne, zawierajace grozbe, bezposrednia agresja, nieprzewidywalnosc (tzn zmiana zachowania moze miec miejsce bez zadnego konkretnego powodu o jakiejkolwiek porze dnia i nocy), krzyk, rzucanie przedmiotami i wiele, wiele innych patologicznych zachowan w domu - ma wplyw na kazdego: poczawszy od zwierzat domowych a skonczywszy na najodporniejszym czlonku rodziny. " Piszac to, mialam na mysli zachowania EKS-MEZA, nie syna! Syn az takiego hardcora nie odstawia, ale moze byc uciazliwy, glosny, agresywny (bez bezposredniego zagrozenia, tzn mozna sobie z nim poradzic) szczegolnie, kiedy sie boi. A meza sie bardzo bal, zreszta nie bez przyczyny. Przed malzenstwem w moim domu byl spokoj, jakby nie bylo, ale zadnych krzykow, awantur, nieprzewidywalnego zachowania ani tlumow ludzi przychodzacych kiedy chca i przesiadujacych jak dlugo chca. Teraz widze, ze sym sie uspokoil znacznie, pewnie ze ma swoje wyskoki ale bez porownania mniej uciazliwe. W spokojnych, normalnych warunkach jest zupelnie inaczej, mozna sie skoncentrowac na waznych sprawach, na problemach biezacych a nie na toksyku, ktory zajmuje soba cala przestrzen i nie dopuszcza innych spraw. Tyle tytulem wyjasnienia - przez moje niedopatrzenie wkradl sie powazny blad merytoryczny ;) Ale mysle ze teraz wszystko juz jasne. Pozdrawiam
  16. @magnetyznm - "Trochę nie do końca rozumiem, że mozna mieć pretensje do partnera o skoki w zachowaniu syna. Wspomniałas, kiedyś, że być może byly m. wcale nie wpływał na nastroje syna. A syn sam z siebie się tak zachowywał. Masz poczucie winny, że niesłusznie m. posądzałaś? I boisz się powtórki?" Nie musze odpowiadac ale wyjasnie. Kazde bez wyjatku zachowanie agresywne, zawierajace grozbe, bezposrednia agresja, nieprzewidywalnosc (tzn zmiana zachowania moze miec miejsce bez zadnego konkretnego powodu o jakiejkolwiek porze dnia i nocy), krzyk, rzucanie przedmiotami i wiele, wiele innych patologicznych zachowan w domu - ma wplyw na kazdego: poczawszy od zwierzat domowych a skonczywszy na najodporniejszym czlonku rodziny. Rozumiec tego nie musisz jesli nie masz podobnych doswiadczen. Syn jest zdiagnozowany i bedzie mial rozne dziwne zachowania bo taka jest jego choroba. A srodowisko moze te uciazliwe zachowania poglebiac i jest to tez uznane psychologicznie, nie moj jakis tam wymysl czy tlumaczenie. A slowa ktore przywolujesz moglam napisac gdy szukalam jakiegos wytlumaczenia bo byly z synem problemy zaraz po przeprowadzce. Teraz jest o wiele lepiej w porownaniu do poprzedniego okresu. Latwiej nim kierowac bo chyba sam czuje ze znajduje sie w bezpiecznym miejscu i ze zagrozenia juz nie ma. Jak jest spokoj w domu i przewidywalnosc to kazdemu zyje sie lepiej. Czuje sie bezpiecznie a to jedna z podstawpwych potrzeb czlowieka. I nie tyle do partnera te pretensje, a do jego zachowania. Choc z czasem zaczelismy owe zachowania z nim utozsamiac. Nie rozumiem zas, co masz na mysli piszac ze powinnam byc lagodna dla siebie, nie dokladac a odejmowac. O co tutaj chodzi? Co sie zas tyczy partnera, mezczyzny w zyciu - w moim przypadku bylby to bardzo pomocny uklad, chocby technicznie w niektorych sprawach. Ale i bez tego calkiem niezle sobie radze :D choc jest to takie wlasnie dokladanie utrudnien. Na szczescie tylko czasowe.
  17. @magnetyznm - pozwole sobie na mala, acz istotna dygresje celem klaryfikacji mojej postawy. Otoz punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia. Jestem tego klinicznym przykladem. Moja rzeczywistosc jest taka, jaka jest i wiele zmienic nie moge (tzn technicznie i fizycznie moge ale skoro nie zmieniam to widocznie sa jakies istotne powody). Dlatego tez nie licze na jakies bezinteresownosci, bezwarunkowosci bo w moim przypadku zwyczajnie ich nie ma. Nie moze byc. A pomyslalas o kompromisie i jak on sie ma do owej bezwarunkowosci, bezinteresownosci? Tak abstra.h.u.j.ac od tematu (nasunelo mi sie akurat). Bo skoro tak bezwarunkowo i bezinteresownie to po co kompromis, akceptujemy siebie i to co do nas nalezy w 100%, kompromis wiec nie ma prawa bytu. A teraz powroce po krotkim offie do siebie - mam pewne zyciowe utrudnienia ktore potencjalny partner niekoniecznie bezwarunkowo zaakceptuje i bezinteresownie zaaprobuje. Z kolei ja - interesownie i warunkowo - owej akceptacji WYMAGAM. Nie ma innej opcji. Albo akceptujesz mnie z calym dobrodziejstwem inwentarza, albo nie jest nam po drodze. Akceptujac moja sytuacje - jednoczesnie wyrazasz zgode na pomoc i wsparcie. Prosze, tylko nie mow mi ze to normalne i oczywiste, bo nie jest. I nie mowie tego wylacznie z doswiadczen wlasnych ale i z obserwacji i wyciagania wnioskow. Mozliwe, ze jestem szczegolnym przypadkiem, wiec tym bardziej owa teoria mnie sie nie tyczy. Stworzona ona zostala przeciez dla ludzi bez dodatkowych "atrakcji". Nie plasuje sie tym samym na marginesie - ale staram sie utrzymac rozsadny poziom realizmu. Na razie jest mi samej dobrze wiec nikogo nie szukam (zreszta nie prowadze jakiegos wybujalego zycia towarzyskiego a do portali randkowych jakos mnie nie ciagnie), moze kiedys (jak juz uprzednio stwierdzilam - nie zarzekam sie). Nie brakuje mi (i mowie to naprawde szczerze) partnera a teraz to chyba by nawet przeszkadzal, bo nie wyobrazam sobie kogos tutaj ze mna w domu. Co do przykladu o przechodniu - masz racje, nie to mialam na mysli. Nie chce mi sie tlumaczyc co poeta chcial przez to powiedziec, niech kazdy interpretuje jak mu wygodnie. :D Milej niedzieli zycze
  18. @magnetyzmn - z calym szacunkiem i dzieki za obszerne wyjasnienie. Mimo wszystko owa bezwarunkowosc ja miedzy bajki wloze. Nadal brzmi zbyt teoretycznie i malo realnie. Idealistycznie. I chyba nic mnie raczej nie przekona (choc nie naleze do tych, ktorzy sie z gory zarzekaja). Czy jest to kwestia wyboru? OK, zalowmy ze tak. Wybieram wiec swiadomie bezinteresownosc. Juz samo brzmienie tego zdania to jak nozem po talerzu. Zawsze czegos od kogos chcemy i ktos od nas. Nawet ten przypadkowy przechodzien ktory zagadal do nas "dzien dobry" i nawiazala sie krotka rozmowa. Ta osoba chciala chwilowego kontaktu z drugim czlowiekiem. Nic wiecej, zadnych przyslug czy rzeczy materialnych. Chwili zainteresowania i czasu. A ja moglam jej go ofiarowac bez uszczerbku dla siebie i moich bliskich. Takie wlasnie przypadki ja nazwalabym "realnie bliskimi bezinteresownosci" gdyz nie ma ani wymiernych korzysci ani strat, nikt nikogo nie wykorzystuje, nie przymusza - wszystko opiera sie na - uwaga - WOLNEJ, DOBREJ I SWIADOMEJ WOLI. To, co napisalam capslockiem jest moja uczciwa i realna nazwa na to, co Ty nazywasz bezinteresownoscia.
  19. Cholera! Czytam te swoje wypociny - narobilam bledow. Nie dokonczone zdanie (i chyba za duzo nawiasow, pogubilam sie sama) - caly siec silnik (w nawiasie bla bla bla) musi wiec stanowic teorie. Czy co tam w tym dokladnie sensie wtedy myslalam. Ort - sformulowac a nie zformulowac.
  20. @magnetyzn - moim zdaniem to troche takie bujanie w oblokach, teoretyzowanie "sztuka dla sztuki"; brzmi ladnie ale do rzeczywistosci lata swietlne. Skojarzylo mi sie z czytanym przed laty opisem silnika fotonowego (wybacz, ze off-topowo) - idea piekna, opis szczegolowy i sensowny. Rzecz jednak w tym, iz cale przedsiewziecie niemozliwe do zrealizowania, gdyz potrzebne byly czesci skladowe, ktore istnieja tylko teoretycznie (np idealne lustro - nie istnieje w przyrodzie lustro w 100% odbijajace swiatlo), caly wiec silnik to (przynajmniej na dzien dzisiejszy - a propos, czytalam o tym jakies 25 lat temu w ksiazce "Podroze miedzygwiezdne?" - paranaukowej zreszta, autora nie pamietam, jakis Polak). A przy okazji dzieki za skatalizowanie podrozy w przeszlosc :D i odkurzenie dawnych pasji. Wszystko ma jakies korzysci. Co do bezwarunkowosci w jakichkolwiek zwiazkach (lacznie z biologicznymi: matka-dziecko; niech bedzie rodzic-dziecko, pokrewienstwa innego rodzaju itp) - ona istnieje tak, jak owo idealnie odbijajace swiatlo zwierciadlo absolutne. ZAWSZE jest jakis warunek. Chocby to, ze jestes moim dzieckiem - bo to JEST warunek. I wiele innych, jak chocby kochanie bardziej jednego dziecka a mniej innego w tej samej rodzinie (nie mowimy o dysfunkcji matki czy jej niezdolnosci do kochania dzieci po rowno ale o samej "idei" bezwarunkowosci), zreszta do kazdego dziecka ma sie inne podejscie i to moze wygladac jako "mniejsze" czy "wieksze" kochanie (czyli wchodzi tutaj warunkowosc bo dlaczego niby mniej a dlaczego bardziej). Jak widac - temat rzeka i prowadzi do paradoksow. Ale i zmusza do myslenia. Uznanie z kolei istnienia bezwarunkowej milosci - zwalnia z owego myslenia. Tworzy aksjomat. Bo tak i juz. Nie wiem czy w jakikolwiek sposob udaloby sie udowodnic, przekazac bezwarunkowosc milosci. Osobiscie nie znam takowej, nawet w tej najzdrowszej (smiem twierdzic) jaka mnie spotkala - byla warunkowosc. Oczywiscie ten margines warunkowosci byl bardzo waski - ale byl. Nawet jesli kochasz kogos dla niego samego to juz jest warunek. Dlaczego kogos kochasz? Zawsze jest odpowiedz na owo "dlaczego", czasem jej nie umiesz od razu zformulowac ale jak pomyslisz to znajdziesz przyczyny. Bo sie rozumiemy jako ludzie. Bo mamy wspolne pasje. Bo czuje sie przy tej osobie zrelaksowana. Bo mamy podobne poglady. Bo... (i tu wpisz co chcesz) Nie mowcie mi, ze to nie jest warunkowosc. BO JEST. Czy kocham moje dzieci warunkowo? Pewnie tak, jakos nigdy (do dzisiaj) sie nad tym nie zastanawialam. Poza instynktem macierzynskim jest "rozumowe" i bardziej swiadome "kochanie" - i tutaj juz mamy warunkowosc. Gdybym stwierdzila, ze tak nie jest - bylabym hipokrytka. Oczywiscie kazdy ma prawo myslec po swojemu, moje zdanie jest jak powyzej. Z kolei dlaczego tak wiele osob czuje sie "niewartych kochamia", "nie zaslugujacych na milosc, akceptacje". Skad sie to wzielo? Czyz nie z owej warunkowosci milosci wlasnie? Czyz nie tak radzi sobie spoleczenstwo (i rodzina) z krnabrniejszymi (nie przystajacymi, nie poddajacymi sie latwo, niepokornymi, indywidualistami) jednostkami? Straszac je od zarania "jak sie nie bedziesz tak czy tak zachowywac to inni cie nie beda lubiec, szanowac itp? Warunkowosc. Na niemalze wszystko. Kiedy mowie sobie o bezinteresownosci i bezwarunkowosci - czuje falsz. Niestety. W swoich slowach ten falsz czuje. I inaczej nie bedzie.
  21. do gingerbread napisal/a: "na oglo ludzie o malej wiedzy usiluja pokazac swoja twarda pozycje tak, aby nikt nie osmielil sie zadawac im pytan." Te slowa, jak rowniez opis zachowan, postawy szefowej gingerbread - przypomnialy mi, iz w moim dziecinstwie przewazaly wlasnie takie osoby. Wiedzace niewiele ale chcace zahukac, zakrzyczec, zablokowac we mnie jakikolwiek bunt czy samodzielne myslenie. Bo a nuz okazaloby sie, ze nie maja racji i straciliby panowanie na tym ostatnim, ale najsilniejszym przyczolku - nad slabym dzieckiem. Taka byla praktycznie cala rodzina - blizsza i dalsza. Tak cie skolujemy, ze nie smiesz sie odezwac bez zezwolenia. Jak zaczelam sie buntowac to bylam krnabrnym, zlym dzieckiem (to mi nawet ostatnio kuzynka powiedziala - ze bylam niedobrym dzieckiem; bo ona nadal siedzi w tej swojej rzeczywistosci bojac sie wysunac nosa poza nia, bo tam czai sie nieznane i moze zburzyc wszystko, w co wierzy, moze zburzyc owe zamki na lodzie ktore budowala przez przeszlo 50 lat). Czyli kara za bycie soba. Taka mala dygresja a propos :D @renta - napisalas konkretnie i tresciwie. Nic dodac nic ujac.
  22. Ja bym tego nie rozkminiala na az takie wyszukane czynniki. Cham to cham, prostak to prostak. I niewazne, czy nie umie zrozumiec skomplikowanej natury kobiecosci czy co tam - wazne jakie sa tego konsekwencje. Mnie nie pomogly te wszystkie filozofie jak bylam w toksycznym zwiazku - a uwierzcie, czytalam cale mnostwo roznych madrych ksiazek, bo chcialam zrozumiec, chcialam naprawic, chcialam pomoc. Najskuteczniej pomaga zaakceptowanie partnera takim jaki jest naprawde, uznanie ze jest wlanie taki, krzywdzacy, raniacy, lubiacy dominowac, wykorzystujacy slabosci partnerki, nie wspierajacy - i juz jest prosciej. Wtedy i tylko wtedy mozemy cos z tym zrobic - albo godzimy sie na dalszy ciag zwiazku z pelnymi jego konsekwencjami - albo sie rozstajemy (i robimy wszystko w tym kierunku). Wiem, ze to nie jest takie proste jak w slowie pisanym. Ale jest szkielet. Zarys. Oszczedzamy sobie zbednych emocji i dzialan ktore i tak nie przyniosa korzysci a zdoluja nas bardziej. Nie ma co tlumaczyc doroslego czlowieka (a raczej jego zachowania i postawy wobec innych) trudnym dziecinstwem i wychowaniem itp - bo skoro jest dorosly to moze cos z tym zrobic, powinien zdawac sobie sprawe ze rani innych. PS. A Rihanna znowu jest z damskim bokserem... Tak ja poturbowal i grozil przed laty - i wszystko poszlo w zapomnienie. I to kobieta sukcesu, swiatowa gwiazda, mozna by rzec - ma wszystko, niezalezna. Widac nie tak do konca niezalezna. Coz, szkoda - ale to my sami wybieramy swoj los. Milego dnia wszystkim zycze
  23. Toksyk nie zrozumie, on ma swoja prawde i swoja rzeczywistosc. Nie dotrze do niego, ze krzywdzi, rani, zabija uczucie, niszczy spokoj - burzy zamiast budowac. Moj eksio nawet dzisiaj mysli tak samo (juz na szczescie nie w odniesieniu do mnie bo nie mamy ze soba nic wspolnego), upatruje zarowno winy za swoje niedole jak i ratunku z nich - w swiecie zewnetrznym. To wlasnie ow swiat (ja, rodzice, inni ludzie itp itd) jest odpowiedzialny za jego sytuacje. Mialam okazje widziec sie z nim niedawno i chwile rozmawiac... On nie ruszyl z miejsca ani na milimetr, tkwi tam gdzie byl zawsze. Nic dla siebie nie zrobil bo widac uwaza, ze to rola swiata. Wiedzie mu sie nienajlepiej, mniejsza o szczegoly. Nic nie robi zeby cokolwiek zmienic. Wciaz narzeka i jeczy - nie dziwie mu sie, nie ma na kogo zwalic swoich frustracji i to sie w nim kumuluje. Chorowal - mysle ze choroby fizyczne sa tez spowodowane owymi frustracjami ktore nie znajduja ujscia a nagromadzaja sie bo on nic z soba nie robi. Kiedys mowil ze to my go ograniczamy - teraz nas juz nie ma poltora roku a on sie cofa zamiast utrzymac chociazby status quo. Spogladajac na ten "obraz nedzy i rozpaczy" ;) mam swiadomosc ile dzwigalam na swoich barkach w trakcie tego malzenstwa. I w jakich warunkach. Rece opadaja po prostu. I ciesze sie, ze mnie tam juz nie ma. Owszem, jest zal za ludzmi, za miejscem - juz prawie nie znaczacy, mala nostalgia. Bylo nie bylo - to 11 lat, szmat czasu. Ale za to teraz mam spokoj. Jestem u siebie. Nie obawiam sie, ze wstanie mamrot sfrustrowany i bedzie sie darl, obwinial wszystkich, przestawial po katach. Jesli nie umiesz czegos uszanowac to znak, ze na to nie zaslugujesz - to gdzies wyczytalam albo uslyszalam. Swieta prawda.
  24. @niepogodzona - jeszcze kilka slow, posluze sie Twoim cytatem jako punktem odniesienia, choc juz o tym wspominalam, ale nie wyczerpalam tematu: " Chcę, potrzbuję sprawiedliwości, żeby wreszcie ktoś mu powiedział, że to on robił źle, że to jego błędy doprowadziły do takiego finału. Pragnę żeby mnie przeprosił za wszystko co zrobił mi złego, chcę żeby cierpiał tak jak ja, żeby za każdą moją jedną łzę wypłakał dwie. Jest we mnie tyle krzyku i tej cholernej niemocy że nie mogę oddychać, dusi mnie, dławi, niszczy.... Proszę pomóżcie jak odzyskać równowagę, wewnętrzny spokój i pogodzić się z samą sobą" Nawet gdyby ktos mu powiedzial i probowal wyjasnic (zreszta podczas rozwodu pewnie bedzie o tym mowa) to on i tak nie zrozumie, nie dotrze do niego bo - jego zdaniem, w jego przekonaniu - on niczego zlego nie zrobil. A jesli juz, to zostal sprowokowany Twoim zachowaniem. Jego swiat jest wlasnie taki i dlatego nie pojmie Twojego. Odzyskasz spokoj wtedy, gdy zaakceptujesz to, ze on jest wlasnie taki, jaki jest. I krzywdzenie Ciebie jest wpisane w jego osobowosc bo "ten typ tak ma". Nie potrafi inaczej. Wiem z doswiadczenia iz zaakceptowanie partnera takim, jakim jest bardzo pomaga. Uspokaja. Bo nie tracisz energii na cos, czego nie jestes w stanie zmienic. To tak, jakbys chciala zmienic deszcz na slonce za oknem, Nie masz na to wplywu. Ale masz wplyw na siebie, na swoje zachowanie i samopoczucie.
×