Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

ppieprz

Zarejestrowani
  • Zawartość

    0
  • Rejestracja

  • Ostatnio

    Nigdy

Reputacja

0 Neutral
  1. Kasiu w. Nie wiem dlaczego mam wrażenie, że jednak nie jesteś jedną z nas... mogę się mylić oczywiście, ale takie właśnie odnoszę wrażenie. ot takie moje własne, prywatne odczucie... ja nie wyobrażam sobie bycia z kimś innym, układania sobie życia na nowo - nie twierdze że to właściwy tok myślenia - ale ja nie umiem po prostu... pozdrawiam karolina
  2. ale dzisiaj mam doła... czuje sie taka niekochana... niepotrzebna nikomu... sama, sama, sama... owszem jest Hania, ale tak naprawdę to ja jestem dla Hani, a nie Hania dla mnie... kiedyś pójdzie swoją drogą, bo taka jest kolej życia... byłam dzisiaj u teściów... stałam w tym pokoju, w którym mieszkaliśmy, i wyglądałam przez okno, czekając aż mój brat po mnie przyjedzie i nagle deja vie... stoję w oknie i patrzę czy już wraca z pracy.... bo prawda jest taka, że ja ciągle na niego czekam... nie mogę uwierzyć że nie wróci... jeśli mam nadzieję że kiedyś będzie lepiej, to gdzieś w środku mam po prostu nadzieję że będzie jak dawniej... a przecież nie będzie...:((((((( dobija mnie to... dlaczego on???? nie umiem, po prostu nie potrafię tego zrozumieć...
  3. joanna... nie powinnam się może wtrącać i wcale nie musisz mnie wysłuchać, ale uważam że to niekoniecznie dobry pomysł z tymi odwiedzinami u kolegi twojego syna... mój mąż też zginął w wypadku... kiedy czytałam opis tego jak wyglądał twój konrad, widziałam mojego męża... mnie tam nie było... na początku obwiniałam wszystko i wszystkich, gdybym chciała mogłabym pociągnąc śledztwo dalej... na pewno znalazłoby się coś co obciążyłoby świadków... niedopatrzenie, nieumiejętne udzielenie pierwszej pomocy... tylko: co by to dało? w imię czego miałabym to zrobić? dla sprawiedliwości? sprawiedliwości nie ma i nie bedzie. jego nie ma i NIC tego nie zmieni... oczywiście, że się buntuję. oczywiście, że mam czasami wolałabym żeby ich to spotkało a nie jego (jeśli nie zawsze), oczywiście że pytam dlaczego... wiem, że nikt tego nie zaplanował. wiem, że to był wypadek. i nawet jeśli ktoś czegoś nie przewidział, to nikt tego nie chciał... wiem też że mogli się bardziej postarać... krzysiek żył jeszcze przez chwilę... może gdyby odchylili mu głowę do tyłu, nie udusił by się własną krwią... ale cokolwiek bym nie zrobiła nie przywrócę mu życia... a nie chcę niszczyć go innym... pomyśl, że może ten chłopak też cierpi... czy to coś zmieni, że powie Ci prawdę (zakładając, że kłamie oczywiście)? no chyba, że wierzysz, że celowo odebrał Twojemu synowi życie...
  4. /ziutella/ przytulam... dzisiaj nasza córka skończyła sześć lat... w maju miałby 30 urodziny... dlaczego??
  5. Młoda22 przeżyłam z moim mężem 10 lat, z czego 6 byliśmy małżeństwem... i 6 lipca jedna pieprzona chwila, chwila nieuwagi, przypadek czy jakiś ślepy los, a moze przeznaczenie... skończyły wszystko... nadal nie wiem, jak to możliwe, że życie którym żyłam przez dekadę, skończyło się w kilka sekund... chyba nadal w to nie wierzę... jak sobie radzę? nie wiem. po prostu żyję. trwam. egzystuję. nie robie planów, tylko żyję tym co jest. staram się nie mysleć o przyszłości - bo nie umiem jeszcze wyobrazić sobie przyszłości bez niego. staram się nie mysleć o przeszłości, bo boli tak bardzo że brakuje oddechu. nie modle sie bo nie wierze... i tak jakoś dzień za dniem mija... a ja ciągle tu jestem... są nawet chwile, kiedy się się uśmiecham, kiedy żartuję... ulotne, krótkie i płacę za nie bardzo dużo, ale są... nie wiem, może kiedyś będzie lepiej... oby... na razie o tym nie myslę, bo jak pisałam wcześniej - przyszłość bez niego to dla mnie ciagle abstrakcja... gdzieś, ktos mi napisał, że pierwszy tydzień, pierwszy miesiąc i pierwszy rok są najtrudniejsze - czyli wynika z tego że później powinno być łatwiej - zobaczymy... pozdrawiam karolina
  6. ludzie do cholery... co tu sie dzieje??? o kilku tygodni - miesięcy może nawet... jakieś przepychanki słowne... nie tak było, kiedy prawie 7 miesiecy temu napisałam, że kilka dni temu pochowałam męża, że potrzebuję pomocy... ja te pomoc dostałam. znalazłam tu ludzi, którzy mnie zrozumieli, którzy mnie wysłuchali i delikatnie wytłumaczyli mi nieodwracalność tego co się stało - po prostu pomogli mi... proszę dajmy tę pomoc też innym - szanujmy się. każdy ma prawo do własnego zdania i nie ma sensu czepiać się każdego pojedyńczego słowa. może nie powinnam sie wtrącać, może z tego powodu znów rozgorzeje jakaś chora dyskusja... jeśli tak to przepraszam... dzisiaj po prostu kolejny okropny dzień i jakoś nie wytrzymałam... pozdrawiam karolina
  7. mazo... niestety popieram cie w 100 procentach... czuje dokładnie tak samo... pozdrawim i życze dużo sił karolina
  8. /cygaro/ Jakbym słyszała siebie sprzed kilku lat, miesięcy.... Zawsze, zawsze, jak tylko słyszałam o czyjejś śmierci, myślałam o żonie że przecież szybko znajdzie drugiego męża, bo męża można mieć drugiego i następnego a dziecko, ojca, matkę czy brata nie... Nie mogłam sie bardziej mylić. Nie można mieć tak po prosty drugiego męża. Nie masz pojęcia jak bardzo trudno w ogóle wyobrazić sobie, że ktoś inny mógłby zająć jego miejsce... PODZIWIAM ludzi którzy sobie z tym poradzili. Swiadczy to o tym że są silini a nie źli. I bardzo Cię proszę: nie pisz o uczuciach innych ludzi. Nie nam osądzać kto, kogo i jak kochał. Pozdrawiam Karolina
  9. dzisiaj mija pół roku... pół roku temu było już prawdopodobnie po wszystkim... pół roku bólu, strachu, tęsknoty i obłędu... ciągle połowicznie tkwie gdzieś w alternatywnym życiu... widzę nas w tym domu, widzę go jak wraca z hanią, jak się z nią bawi, jak je i śpi, jak czyta czy robi coś na komputerze... a potem muszę wrócić do tego co jest naprawdę... i jakoś sobie radzę w tej dziwacznej rzeczywistości, przynajmniej jeśli chodzi o czysto prozaiczne sprawy, bo ciągle nie umiem sobie poradzić z nagłymi wybuchami ropaczy, gniewu i bólu... najgorsze jest to, że tak starsznie mi go szkoda, tego czego już nigdy nie doświadczy... najgorsze jest to, że tak bardzo mi go brakuje... najgorsze jest to, że hania będzie musiała dorastać bez taty... najgorsze jest to, że nie wiem czy jemu jest tam dobrze, jeśli w ogóle coś "tam" jest... najgorszy jest każdy dzień, noc, każda chwila bez niego... czy za następne pół roku będę mogła obejrzeć nasze zdjęcia? czy bedę mogła obejrzeć stare filmy i powspominać jak kiedyś było dobrze? na razie nie jestem w stanie tego zrobić...
  10. niedawno zadzwoniła do mnie teściowa, żeby mi powiedzieć, że miała starszny sen... śniło jeje się, że krzysiek wiózł hanie na sankach, że chciał ją gdzieś zabrać... w końcu ona mu hanie zabrała... wcześniej miałam zamiar jechać do nich, wziąść sanki, które u nich "parkują" i zabrać hanie na sanki... teraz boję się wyjść z domu... niby nie wierzę w takie rzeczy ale się boję... potwornie się boję, płaczę i nie wiem co robić... czy ktoś z was miał takie sny?
  11. ale mam dzisiaj doła... znów nie wierzę... jak to się mogło stać, jak to sie mogło stać, JAK???? nie mam planów, nie mam siły... nie mam na nic ochoty... to już 5 miesięcy niemal... to DOPIERO 5 miesięcy... jakim sposobem przeżyłam ten czas? i jak dalej żyć? nie sprawdzam się... nic mi nie wychodzi... po kolei zawalam każdą sprawę... i... nie ma to dla mnie większego znaczenia nawet, bo cokolwiek bym nie zrobiła, jak bardzo bym się nie starała - to czasu nie cofnę... nic nie zmienię... ból, ból, ból... czy kiedys bedzie lepiej? i tęsknie jak cholera. a przytulić nie ma kto...
  12. Kolejna beznadziejna niedziela... 19 tygodni temu żyłam i byłam bardzo szczęśliwa... teraz nawet nie wiem jak nazwać to, co sie dzieje...
  13. Mloda22 ja też mialam podobny sen dzisiejszej nocy. troche makabryczny byl ten sen... snilo mi sie kilkoro ludzi w trumnach, min moj maz i moj kolega z pracy (ktory zyje), snilo mi sie ze kolega sie obudzil w tej trumnie ze wstal i zyl i bylam zazdrosna ze on zyje a krzysiek nie... ale po chwili obudzil sie tez krzysiek... bylam bezgranicznie szczesliwa, opowiadalam mu o wszystkim co sie wydarzylo od poczatku lipca: o swojej rozpaczy, bolu, tesknocie; mowilam jak bardzo go kocham i potrzebuje... i mowilam takze ze nie moge uwierzyc ze on naprawde zyje... ze to na pewno tylko sen, a on mowil ze nie, ze to nie sen i jesli chce to moze mnie uszczypnac w reke... uszczypnal mnie kilkakrotnie a ja nadal nie moglam uwierzyc ze nie spie i wtedy on powiedzial: no to sprobuj otworzyc oczy... otworzylam i oczywiscie obudzilam sie w zupelnie innej rzeczywistosci... okrutnej rzeczywistosci... dlaczego nie moglam z nim zostac tam w tym snie???
  14. eeee chyba za bardzo sie uniosłam znów... przepraszam dziewczyny... widze że nikt mnie tu nie atakował, poza jedną osoba może.... taki już "mój urok" że chlapnę czasem coś bez głębszego zastanowienia... naprawdę wiem że to forum ma pomagac a nie wszczynac jakieś bezsensowne klótnie... sorry jeszcze raz... pozdrawiam karolina
  15. zdenerwowałam sie normalnie... skąd pewność, że nie mogłam kochać mojego męża bardziej niż jego matka???? sama jestem matką i wiem, że są różne rodzaje miłości... ale nigdy nie umiałam wybrać między moim mężem i moim dzieckiem... co chyba oznacza że oboje kocham jednakowo, prawda? nie twierdzę że matki cierpią mniej - ale uważam że jest im łatwiej - mają mężów i - co rówież bardzo ważne - akceptację środowiska na swoje cierpienie. wdowom - szczególnie takim w moim wieku - mówi sie zazwyczaj: przecież jeszcze możesz ułożyć sobie życie... dobre sobie: ułożyć sobie życie... wiem że mój post nic nie zmieni... zrozumie tylko ten kto przeżył cos takiego... pozdrawiam serdecznie wszystkie wdowy... a osieroconym rodzicom życzę dużo siły - wy także możecie żyć dalej...
×