Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

Zarchiwizowany

Ten temat jest archiwizowany i nie można dodawać nowych odpowiedzi.

misiek_chudy

Kocham_dzieci_zony_nie

Polecane posty

Jak w temacie. Chcę odejść od żony. Małe miasto nadmorskie, własne mieszkanie, żona od 10 lat, dzieci (6 i 8 lat)... Od dawna były między nami pewne różnice, wiele jej zachowań mi nie odpowiadało, zresztą jej moich też. Niestety byłem takim typem że jak poruszyłem jakiś temat to mi się dostawało, a szczególnie nie mogłem przeboleć spraw związanych z dziećmi (uważała że jestem nieodpowiedzialny podczas ich opieki, co prawda wszędzie mogłem z nimi jeździć oprócz moich rodziców, tutaj mnie nigdy nie puszczała sama, bo uważała że moi rodzice też ich nie przypilnują). Żona w/g mnie (i nie tylko) jest przewrażliwiona na punkcie dzieci. Nie będę rozwijał po kolei co i jak.... doszło do tego że nie potrafię za nią zatęsknić, lepiej się czuję gdy jej nie ma, wolę pokazywać się bez jej towarzystwa, nie potrafię powiedzieć jej że ją kocham, nawet o nią nie jestem zazdrosny... Dochodziło to latami... Przestałem z nią sypiać (w międzyczasie wmawiałem sobie że nie potrzebuję wogóle seksu). Teraz jest kumulacja tego wszystkiego (bo już powiedziałem otwarcie, że do niej nic nie czuję). Naprawdę nie potrafię uwierzyć żeby coś z tego było... nie chcę tego. Teraz dylemat co dalej... Chodzi o dzieci. Wiem że powinienem zostać ze względu na dzieci, ale... zostać z kimś kogo nie kocham, z kim się męczę, przy kim... nawet jak oddycha przy mnie to się odsuwam bo.... Zaznaczam że dochodziłem do tego wszystkiego latami. Fakt faktem - dzieci kochają nas obydwu. Jak Wy patrzycie na coś takiego, kiedy uczucie między małżonkami zupełnie wygasło? W sumie to moje uczucie do żony...

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Gość gość
jak Kydrynski i Jopek... pewnie juz masz nowa kochanke na oku albo juz zdradzasz jak kydrynski:o

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Mam czy nie mam, ciekawi mnie podejście innych do tematu... Z reguły takie osoby: 1) jeśli nie mają kogoś innego - są mocno namawiane do tego żeby spróbować, postarać się wszystko odbudować 2) jeśli mają - to nie zostawia się na nich suchej nitki... do punktu 1 - a jeśli naprawdę człowiek nie widzi szans odbudowy, przede wszystkim że nie chce tej odbudowy? do punktu 2 - mało kto radzi, cała reszta osądza, prawda?

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Powiem Ci, że denerwują mnie baby, które całą winę zwalają na facet, że to faceta wina, że związek się sypie. Za każdym razem jak moje koleżanki zwalają winę na swoich facetów, to ja im mówię, spójrzcie na siebie, to przecież w 80% jest wasza wina. Może chciałbyś pójśc na terapie małżeństw, niekoniecznie do psychoterapeuty, możesz pójść ze swoja żoną do terapeuty katolickiego, który robi spotkania w parafii dla małżeństw z problemami.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Sęk w tym że.... nie chciałbym iść. Przestałem być już zły na żonę, teraz od niej niczego nie wymagam... niczego... Czy terapia pozwoli mi na to żeby znowu chcieć? Czytałem wywiad pewnej kobiety która ratowała małżeństwa - powiedziała że da się naprawdę bardzo poważne przypadki uratować, ale przede wszystkim... trzeba chcieć. A ja wiem, że nie chcę... Pewnie zostanę oceniony jako egoista, a jakże...

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Gość gość
czyli masz juz kochanke tutaj pytanie jest przede wszystkim o dzieci i o Twoja zone, ktorej przysiegales pewnie znudzila ci si zabawa w dom i chcesz 'poszalec':o

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Domyślam się że prawdopodobnie będę sam (kto zechce rozwodnika z alimentami i czasem ograniczonym przez jego dzieci), ale chyba wolę tak niż ją "czuć". Wiem, wiem.... jestem wiecznym chłopcem i nie dorosłem do życia... Tylko kiedy jest się razem to myślałem że po to aby cieszyć się sobą, wtedy te trudy jakoś idzie przeżyć. A jeśli nic mnie z żony nie potrafi cieszyć? Wiem, że ja też nie potrafię dać jej tego wszystkiego czego ona oczekuje, ale ja usycham w związku... (ciekaw jestem czy ktoś napisze, że się użalam). Może jest ktoś tutaj co przechodził coś podobnego? Tzn. że mógł ze 100% przekonaniem powiedzieć że nie kocha żony?

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Gość gość
W tym wszystkim straszne nie jest to, że przestałeś czuć cokolwiek do żony bo ona jest tak czy owaka, tylko to, że minęło sporo czasu, sporo szarej codzienności, wszystko o sobie wiecie i uczucie po jakimś czasie wygaslo...myślę, że tak jest w większości związków. Człowiek potrzebuje odmiany, tylko w dzisiejszych czasach wszystko przychodzi tak łatwo...rozstać się jest tak łatwo...

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
W sumie łatwo było by też pociągnąć wszystko dalej... Być razem, robić zakupy, zajmować się dziećmi, jeździć na wakacje, pokazywać dookoła że jest OK, innymi słowy UDAWAĆ. I co - do końca życia mam udawać? A czy udawanie nie jest bliskie okłamywaniu? Jedni powiedzą że teraz niszczę rodzinę... a może zniszczyłem w momencie kiedy zacząłem udawać, a teraz wychodzą na wierzch tego efekty? Teraz kiedy zacząłem otwarcie mówić co tak naprawdę czuję? Wiem na 1000% że to moja wina że długo milczałem, chyba bałem się wielu reakcji żony, dlatego że o pewnych rzeczach gdybym powiedział to nie było by to coś dzięki czemu można by poprawić i odbudować relacje, a wręcz przeciwnie - pogorszyć je. No trudno, może mogłem być szczery wcześniej, ale wiele rzeczy wychodziło w trakcie małżeństwa, nie byłem wszystkiego przewidzieć przed... A teraz naprawdę jest późno... naprawdę...

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Gość gość
Ja myślę, że w każdej sytuacji życiowej, która długo trwa człowiek zaczyna się męczyć... męczy praca, męczy codzienność, męczą obowiązki i męczą też ludzie. Pewnie, że nie ma sensu okłamywać siebie, rodziny, że jest świetnie. Z Twojej sytuacji nie ma dobrego wyjścia, czego byś nie zrobił, będziesz cierpiał, tak myślę.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
I właśnie do tego samego już kiedyś doszedłem... że co bym teraz nie zrobił: będzie źle. Będę starał siebie uszczęśliwić - zranię najbliższą rodzinę, pogrążę się w osądach otaczających mnie osób... Jeśli zostanę - dla wszystkich innych będzie gites, a ja... do czasu kiedy znowu mnie nie weźmie :-(

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

×