Goblin94 0 Napisano 3 godziny temu Jak ja zazdroszczę innym wokoło normalnej, kochającej rodziny. Rodziców, z którymi można o wszystkim pogadać, którzy pomogą, wesprą, będą dopingować cię na każdym kroku. Dziadków, którzy za swoimi wnukami wskoczą w ogień. Rodzeństwa, które jest dla siebie najlepszym przyjacielem, powiernikiem i wsparciem. Dzisiaj wzięło mnie na wspominki i nostalgie i zrozumiałam, że ja nigdy nie byłam częścią swojej rodziny, jej pełnoprawnym członkiem. Mama ubóstwiająca moją młodszą siostrę. Ojciec, który robił i mówił to co chciała moja matka. Babcia ubóstwiająca swoją młodszą siostrę i jej dzieci. Przez kłótnie mojej matki ze szwagierką brak kontaktów ze stroną taty. Moje dzieciństwo i nastoletnie czasy to pasma zakazów, przesłuchań, traum i dramatów. Rodzice: Wieczne po co?, na co?, dlaczego?. Wycieczki - za drogie, nie ma kto cię zawieść/odebrać. Jechałam tylko gdy trzeba było później napisać referat, zrobić prezentacje, czy albo cała klasa albo nikt. Koleżanek zaprosić nie mogłam bo co będzie z moją siostrą. Do koleżanek nie mogłam jechać bo nie ma kto zawieść/odebrać, trzeba odprosić. Imprezy typu 18, studniówka - identyczne powody co wycieczki. W miesiącu mogłam kupić max 2 rzeczy i to tylko te niezbędne. Jak dostałam pod rząd kilka 6 była nagroda - wtedy była moda na karteczki, żyłki - dostawałam, ale o innych rzeczach mogłam zapomnieć, np podczas lokalnych odpustów. Moja siostra miała wszystko, dostawała co chciała, jeździł gdzie chciała, do kogo chciała, spotykała się z kim chciała. Nie było problemu żeby tata się wymienił w pracy żeby zawieść, koleżanka u nas w domu nie ma sprawy mam gdzieś wyjść, 18 urodziny - mega impreza. Później też nie było lepiej. Prawko - po co ci, a później że to ja nie chciałam, studia wybrali za mnie (miałam wybór albo takie studia albo mogę się wyprowadzić. Nie miałam funduszy - do pracy wakacyjnej nie mogłam iść bo ktoś musiałby mnie zawieść i odebrać bo w mojej okolicy nie mam takiej możliwości), gdy szukałam pracy wieczne pretensje czemu tam, czemu tak daleko, bliżej się nie da. Siostra pracowała u mojej mamy w jej pracy w wakacje, gdy skończyła szkołe średnią propozycja studiów w Poznaniu, Łodzi albo gdzie tam będzie chciała - pokrycie kosztów mieszkania i życia. Pamiętam gdy moja siostra postanowiła nie iść na studia tylko do technikum dla dorosłych jak bardzo byli zawiedzeni, a teraz pieją z zachwytu. Wszystkie prace moja siostra miała po znajomości. Gdy chciałam się wyprowadzić był lament, groźby i szantaże. Moja siostra tylko wspomniała i już gotowa wyprawka. Moja siostra jest już mężatką. Od momentu wyprowadzki aż do wesela zadałam moi rodzicom kilka pytań: 1. Czy jak ja się wyprowadzę dostane taką wyprawkę na początek (talerze, garnki itd)? Ty się nie wyprowadzisz, a jeżeli już to zrobisz to kupuj sobie wszystko sama. 2. Czy jak ja się wyprowadzę to też będę dostawała taką wyprawkę (słoiki, jakieś jedzenie)? Ty się nie wyprowadzisz, a jeżeli się wyprowadzisz to znaczy że cię na wszystko stać. 3. Czy jak ja będę brała ślub też w prezencie dostanę to co moja siostra (słodki stół, ciasta, barmix, wiejski i tort)? Ty i ślub. Jak będziesz chciała ślub to płacisz za wszystko sama. 4. Czy jakbym brała ślub to też dostanę taki prezent jak siostra (telewizor, lodówkę, kuchnię + kopertę)? A czemu? Bierzesz ślub to coś dostaniesz, ale nie licz na dużo. Zrozumiałam i po tych odpowiedziach i po późniejszych sytuacjach i zachowaniach (wyzwiskach, co zrobiłam to problem bo nie tak jakby chciali; rodzice się kłócą, siostra pyskuje matce, wysokie rachunki, coś się zepsuło - moja wina), że tak naprawdę nigdy mnie nie kochali. Że nigdy tak naprawdę nie chciali mojego dobra i mojego szczęścia. Byłam potrzebna tylko po to, żeby moja siostra wyglądała przy mnie na ideał (na mądrzejszą, ładniejszą). Byłam potrzebna żeby ogarniać dom. Jestem potrzebna, żeby zająć się domem i nimi na starość. Nie przypominam sobie żeby kiedyś powiedzieli mi kocham cię, jesteśmy dumni, nigdy mnie nie przytulili. Chyba nie usłyszałam od nich miłego słowa. Byłam wiecznym problemem. Miałam być od nich zależna. Po jednej z kłótni, zrozumiałam, że tak naprawdę nie byłam chcianym dzieckiem. Byłam dzieckiem, które zostało wymuszone przez otoczenie - bo według otoczenia po 2 latach po ślubie powinno być dziecko. Ja właśnie byłam takim dzieckiem. O moim dzieciństwie się nie mówi, nie opowiada się historyjek. Dziadkowie: Ojciec mojego taty zmarł bardzo szybko, więc go pominę. Babcia (mama taty) zawsze traktowała swoje wnuki jednakowo. Rzadko miałam z nią kontakt - moja matka nie lubiła jej i wiecznie kłóciła. Dziadek (tata mojej matki) był najważniejszą osobą w moim życiu. Jedyny, który mnie wspierał, jedyny który o mnie myślał. Mieliśmy wspólne pasje, wiecznie się śmialiśmy, stawał w mojej obronie - był moim adwokatem (jak mawiał). Jego choroba i później śmierć zmieniły wszystko. Babcia ubóstwiała swoją młodszą córkę i jej dzieci. Co powiedziały to prawda i święto, co zrobiły to dobrze, jak zrobiły coś źle winna byłam ja. Lepsze prezenty, inne zasady. Ja miałam walczyć o wszystko sama, oni mieli wszystko dostać na złotej tacy. Gdy się postawiłam, mówiłam jak było naprawdę były wyzwiska, szantaże, groźby - że zniszczy moją relacje z dziadkiem. Moja osoba jej przeszkadzała, wiecznie miała problem, że byłam w jej pokoju, że czekam na dziadka, że oglądam z nim mecz. Pamiętam kilka sytuacji które mnie mocno zabolały: 1. Gdy byłam sama w jej pokoju - wypraszała mnie i liczyła pieniądze jakby myślała że coś zabrałam. 2. Gdy mówiłam o swoich planach na przyszłość śmiała się i mówiła że prędzej moja kuzynka to zrobi 3. Gdy zapraszałam ją na obiad z okazji 18 urodzin powiedziała że nie trzeba było wydawać kasy na zaproszenie do pracy w kuchni. Na obiedzie zgrywała cierpiętnice i grała wielką żałobę (to było 2 lata po śmierci dziadka). Na drugi dzień cała w skowronkach z uśmiechem od ucha do ucha. 18 kuzynki - podczas zaproszenia płakała że doczekała tej chwili, później zakrzaniała 3 dni w kuchni z chorym kręgosłupem, a na samej imprezie miesiąc po śmierci siostry tańczyła do upadłego. Od momentu gdy wyprowadziła się z domu (miała takie widzimisię), czyli od 11 lat widziałam ją tylko 6 razy. Nie utrzymuje kontaktu z nią. 3. Szkoła i praca W podstawówce musiałam przyjaźnić się z córką mamy koleżanki. Nie lubiłam jej. Zawsze była tylko ona, liczyła się tylko ona. Gdy miałam jej dość zaczęłam kolegować się z innymi osobami. Nie zostawiła mnie w spokoju. Za wszystkie jej wymysły i krzywdy to ja musiałam przepraszać (moja matka mi kazała). Gdy w gimnazjum byłam nękana przez klasę (5 osób po mojej stronie, reszta przeciw) przeszkadzało im wszystko: gdzie mieszkam, jak wyglądam, jak się zachowuje, komu pomagam. Moja matka stwierdziła że sama sobie jestem winna i mam sobie radzić sama. Straciłam wiarę w siebie, zaufanie do ludzi i ogólnie zaczęłam się bać ludzi. Zakazy dotyczące wycieczek i wizyt u koleżanek nie pomagały, było wręcz gorzej. Szkoła średnia nie była łatwa - wcześniejsze doświadczenia i żałoba po śmieci dziadka nie uławiały kontaktów. Wręcz przeciwnie - trzymałam się swoich ludzi. Tylko że ja stałam w miejscu, a oni żyli jak wszyscy. Przestałam pasować - zostałam sama. Na studiach bałam się ponownego odrzucenia - po prostu byłam, ale całkowicie sama. W związku nigdy nie byłam (a mam 30 lat) bo gdzie i jak miałam kogoś poznać. W pracy też nie mogłam zawsze znajomości - bo po pracy musiałam być zaraz w domu, bo trzeba było zrobić to i tamto. Jestem więc sama - moja matka osiągnęła cel. 4. Pozostali bliscy Od strony mojej mamy oddaliłam się w czasach gimnazjum. Ze stroną taty nie miałam kontaktu - moja matka o to zadbała. Gdy zaczęłam wychodzić na prostą oni odrzucili mnie. Organizowali imprezy, ba zwykła kawa czy winko - mnie nie zaproszali, siostrę tak. Nie dzwonili, nie pisali, nie odbierali, nie odpisywali. Wszyscy mówili bo szkoła, bo praca, bo znajomi. Ale gdy to ja przestałam z łudzić się, że coś się zmieni i odpuściłam i zerwałam kontakt -nagle sobie przypomnieli o mnie, zaczęli pytać (ale nic więcej). Wtedy babcia - że nie napiszę, nie zadzwonię, nie przyjdę do nich - a ja sobie myślę: halo to idzie w dwie strony. Wszyscy: moi rodzice, siostra, jej mąż, kuzynostwo i ich drugie połówki, babcia i inni z którymi gadają na mój temat mają mnie za dziwaka, samoluba, który do nikogo nie napisze, z nikim się nie spotka i nie wyjdzie. Ale czy to moja wina? Przez całe życie traktowali mnie jak kogoś gorszego, kogoś niewartego ich uwagi, olewali i pomijali. Byłam potrzebna tylko jako tło, żeby oni lepiej wyglądali. Gdy ja odpuściłam - zaczęli mnie wyzywać, hejtować i niszczyć wśród innych. Teraz po latach upokorzeń i bycia niewidzialnym zaczynam od nowa. Oszczędzam na wyprowadzkę. Wiem, że jedynym wyjściem jest zerwanie wszelkiego kontaktu. I tak zamierzam zrobić. Chociaż wiem, że będą dalej mnie upokarzać i ośmieszać wśród innych ja będę wreszcie żyła tak jak chce. Ps. Wielu z was napiszę że jestem zazdrosna o siostrę. Myślałam o tym. Nie, nie jestem zazdrosna o nią. Jeżeli już to jestem zazdrosna o to że miała szansę żyć tak jak chciała. Jestem zazdrosna o życie jakie ma, bo mi nie było dane. Udostępnij ten post Link to postu Udostępnij na innych stronach
Onaaaa 1480 Napisano 3 godziny temu Rodziny sie nie wybiera ale często jest tak że rodzice faworyzują jedno dziecko. Trzeba bylo jak najszybciej uciec jak ci bylo źle. Udostępnij ten post Link to postu Udostępnij na innych stronach