Dziewczyny, w ciąży byłam taka szczęśliwa. Bardzo dbałam o dziecko, o to co jem, ile śpię, ile mam ruchu. Chodziłam do specjalisty, badałam się regularnie. Jednym słowem wszystko dla dziecka.
W 7 mcu ciąży maluszek chciał przyjść na świat. Dostałam lekki, musiałam leżeć, oszczędzać się. Potem to poszło w drugą stronę. 40tc i nadal nic, zalecono mi położyć się w szpitalu i robić parę ktg na dobę, żeby sprawdzać stan dziecka. Wszystko było ok. W 41tc stwierdzono, że czas rodzić, hasło lekarki brzmiało "oksytocyna rodzi". Pominę fakt, że wszystkie położne na oddziale mówiły, że mój brzuchu wskazuje na dziecko ważące ponad 4kg (jestem/ byłam drobną pierworódką). Wg lekarzy biometria dziecka i moje parametry były w granicach normy, wciąż w normie mimo, że na granicy, dlatego zaufałam, że poród naturalny będzie dla nas bezpieczny...
W dniu gdy "oksytocyna rodziła" przyszedł w bólach i mękach mój piękny syn. Ważył prawie 4,5kg... Słyszałam tylko, że nie rotuje, że nie chce wyjść, już się bałam o jego zdrowie, ale ostatkiem sił wypchnęłam go na świat... przed tym zostało mi nacięte krocze, inaczej albo bym pękła albo coś by się stało dziecku...
Nacięcie okazało się bardzo rozległe - aż do pośladka... niestety szycie w 7 dobie po porodzie się rozeszło. Musiałam być ponownie szyta. Drugie szycie było bardzo bolesne, ciągle odczuwam ból. Jestem w 5 dobie po drugim szyciu i bardzo cierpię. Dodatkowo znów rozszedł się jeden szew. Na szczęście tym razem nie na tyle szeroko, żeby trzeba było ponownie szyć. Nie mam też czucia w zwieraczach i muszę biec do toalety, żeby nie oddać stolca na podłogę....
Powiem Wam dziewczyny, że mam duży żal, że nikt nie proponował mi cc i że tak zaufałam lekarzom... teraz już na pewno rana po cc by była częściowo zasklepiona, a już na pewno nie miałabym problemów z odbytem... chyba zbyt idealistycznie podchodziłam do porodu... że siłami natury jest najlepiej... a ... prawda...
Nie wiem, czy któraś z Was przeżyła takie coś.