Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

Kasia3000

Zarejestrowani
  • Zawartość

    0
  • Rejestracja

  • Ostatnio

    Nigdy

Wszystko napisane przez Kasia3000

  1. Kochane Dziewczyny tak mnie jakoś naszło w ten zimny wieczór, żeby napisać :) Po pierwsze to wszystkim Wam, tym które mnie pamiętają i tym, które nie mają pojęcia kim u licha jestem ;) przesyłam dużo ciepła i miłości . Dużo czasu minęło, podleczyłam rany. Od paru krótkich, acz intensywnych :) miesięcy, jestem w nowym związku. Nie przesądzając kwestii czy to Mr Wright, czy nie- jestem przekonana, że o ile Bóg istnieje, zesłał mi tego człowieka, by pomógł mi stanąć na nogi. "Mojego" m. nie tknęłabym nawet długim na kilometr badylem. I to jest mój osobisty sukces. Wszystkim Wam życzę siły i wytrwałości. Pozdrawiam Kochane Kasia
  2. Kasia3000

    usuwanie znamion

    Witam, otóż problem mam takowy- muszę usunąć 2 znamiona które są niestety w miejscu intymnym. Tak czytam i czytam, i zaczynam fiksować, że będą wielkie blizny, że wpłynie to na jakość współżycia itd :-(. Jestem z Warszawy i póki co, na razie najbardziej sensownym rozwiązaniem wydaje mi się PFESO (Polska Fundacja Europejskiej Szkoły Onkologii) na Nowogrodzkiej. Czy ktoś może korzystał? A może możecie polecić mi kogoś? Kasa nie gra roli, zależy mi tylko na profesjonalnym podejściu lekarza, jestt to wystarczająco krępujące dla mnie :-(
  3. o Boże, tyle czasu mnie nie było, a jak już przyszłam to niechcący zajęłam trochę więcej przestrzeni niż zamierzałam :-D wybaczcie
  4. Witam, Dawno mnie tutaj nie było, oj dawno. Wpadłam żeby podziękować jeszcze raz za pomoc jaką w tym roku i nie tylko od Was tutaj otrzymałam. Vacancy, yeez, Niebo, consekfencjo i wszystkim Dziewczynom wielkie W związku z tym, że pewnie jutro zapragnę totalnie odciąć się od świata, chciałam złożyć wszystkim znajomym i nieznajomym ;-) duszyczkom, które tutaj bywają, najserdeczniejsze życzenia, aby przyszły rok był lepszy niż ten właśnie upływający. Dużo siły, nadziei, wiary i odwagi, a także spełnienia tych wszystkich indywidualnych, przechowywanych w sercach marzeń. Dobrej Nocy
  5. Witam, Dawno mnie tutaj nie było, oj dawno. Wpadłam żeby podziękować jeszcze raz za pomoc jaką w tym roku i nie tylko od Was tutaj otrzymałam. Vacancy, yeez, Niebo, consekfencjo i wszystkim Dziewczynom wielkie W związku z tym, że pewnie jutro zapragnę totalnie odciąć się od świata, chciałam złożyć wszystkim znajomym i nieznajomym ;-) duszyczkom, które tutaj bywają, najserdeczniejsze życzenia, aby przyszły rok był lepszy niż ten właśnie upływający. Dużo siły, nadziei, wiary i odwagi, a także spełnienia tych wszystkich indywidualnych, przechowywanych w sercach marzeń. Dobrej Nocy
  6. Witam, Dawno mnie tutaj nie było, oj dawno. Wpadłam żeby podziękować jeszcze raz za pomoc jaką w tym roku i nie tylko od Was tutaj otrzymałam. Vacancy, yeez, Niebo, consekfencjo i wszystkim Dziewczynom wielkie W związku z tym, że pewnie jutro zapragnę totalnie odciąć się od świata, chciałam złożyć wszystkim znajomym i nieznajomym ;-) duszyczkom, które tutaj bywają, najserdeczniejsze życzenia, aby przyszły rok był lepszy niż ten właśnie upływający. Dużo siły, nadziei, wiary i odwagi, a także spełnienia tych wszystkich indywidualnych, przechowywanych w sercach marzeń. Dobrej Nocy
  7. Niebo, Ulla dzieki za wsparcie Mam takie jedno przemyślenie, którym chciałam się z Wami podzielić. Wspominałam kiedyś, że moja mama ma depresję, leczy się, ale wyłącznie farmakologicznie. Szukałam jakiegoś psychologa/ psychoterapeuty. Zadzwoniłam, wstępnie wypytałam. Ale ona nie pójdzie. Kiedyś rozmawiałyśmy o tym, wyraziła chęć. Teraz już nie, bo praca, bo zdrowie, bo cośtam. Abstrahując od tego, że może się boi, odczuwa lęk przed rozmową z obcym człowiekiem itd., co jest zrozumiałe, wyciągnęłam jeden wniosek. Są ludzie, którzy całe życie się poddają. Wieczni cierpiętnicy, malkontenci, rozedrgani neurotycy. Może ja powinnam po prostu pozwolić jej się poddać? siłą jej do psychologa nie zaciągnę. To przykre dla mnie, ale i odczuwam złość na nią i na samą siebie, dlatego, że widzę w sobie jej słabości... Ewidentnie pcham znowu własny łepek pod topór. Trudno się pogodzić z tym, że moja mama własnej głowy spod niego pewnie nie wyciągnie. Ja swój tak. Masz rację Ulla, to zawsze mija. Chociaż mną trzęsie, to minie. Pozdrawiam wszystkich serdecznie
  8. tragiczny dzień, tragiczny...zaliczam jakąś emocjonalną cofkę chyba, Boże pomóż :-O. Amen. :-(
  9. Vacancy Niebo Wszystkim... Trochę ostatnimi czasy byłam zabiegana. Czytam, ale jakoś ani sił, ani weny by pisać...dlatego tylko zaznaczam, że żyję ;-) i pozdrawiam Was wszystkie serdecznie . W wielkim skrócie: przeżyłam "zmasowany atak" M., który jak stwierdził, zrozumiał swój błąd, czyli z cyklu pt. "wróćmy do siebie, będzie pięknie i cudownie". Odmówiłam, jestem dumna ze spokoju jaki na mnie spłynął, wyważonych słów i logicznych argumentów :-) Boli, ale jestem na dobrej drodze. Miłego wieczoru.
  10. Vacancy, dzięki za kciuki i za pamięć ;-) . Niestety "już po ptokach", w sumie z mojej winy, szło mi dobrze, dopóki trochę się nie skiepściło ;-) przykro mi jest, no ale cóż zrobić, niektórym widać może wystarczyć tylko rower :-P Pozdrawiam
  11. hej, umówiłam się wczoraj z facetem którego niedawno poznałam...może i nie myślałam o M., ale i tak były to ponad dwie godziny wyjęte z życiorysu, bo mi chłop nie odpowiada. A M. i jego nowa, podejrzewam, mają się całkiem dobrze, choć on konsekwentnie uzewnętrznia to swoje rzekome cierpienie. No wkurza mnie to, rusza mnie to, boli mnie to. Gdybym tylko mogła, dałabym mu w twarz. Może to ja jestem toksyczna? bo czasami miałabym ochotę zatruć mu życie :-O jakoś nie mogę przyjąć do wiadomości, że on ma kogoś, że nie umiera z tej swojej rozpaczy, tylko bardzo szybko zaczął sobie dobrze radzić... Czy to tylko moja urażona duma? bo on sprawia, że czuję się jakbym była chora psychicznie...i czasami się zastanawiam czy to ja, czy on jest niezrównoważony emocjonalnie... Pozdrawiam
  12. Cześć, czasami to mi się żyć odechciewa. No ma nową, no mówi jej, że ją kocha, przygruchał ją sobie jak jeszcze byliśmy "razem" (w cudzysłów, bo czy to można nazwać związkiem?). Pisałyście, że nie powinnam przejmować się tym, że on sobie z kimś ułoży życie, to prawda, to już nie moja sprawa i nie moje życie, ale to boli, czasami bardzo, zwłaszcza odnosząc to wszystko do mojej osoby- to wszystko oznacza, że z jego strony naprawdę nie było żadnego głębszego uczucia. Do tej pory tłumaczyłam to, że jest trudny, że manipuluje, bo może boi się bliskości, bo dzieciństwa usłanego różami to on nie miał, ale widziałam, że się starał zmienić, to na litość, chyba powinien mieć w sobie jakieś uczucie do mnie, inaczej po co to wszystko? Tylko, że ja funkcjonuję na innych zasadach i opornie przychodzi mi przyjęcie do świadomości faktu, że inni niekoniecznie. Dla mnie wartościami są prawda, uczciwość, wierność, przyjaźń, miłość. Ja nikogo nigdy nie oszukiwałam, nie okłamywałam. Życie uczy mnie, że niektórzy potrafią robić to z zimną krwią, z premedytacją, bez mrugnięcia powieką. Nie takie wchodzenie w dorosłość sobie wymarzyłam, naiwnie brzmi, prawda? Z drugiej strony, to że ktoś zszargał wszystkie te ideały, nie znaczy, że ja nie mogę się nimi nadal kierować, ale ja modlę się do Boga, żeby nadszedł taki dzień, że kiedyś komuś ponownie zaufam, teraz i długo jeszcze, każdy będzie wilkiem w owczej skórze. Dlaczego czasami przychodzi płacić taką cenę za bycie osobą wrażliwą, prostolinijną, szczerą, oddaną? Dlaczego konkretna osoba jest niejako wyznaczona do tego, żeby dostać po tyłku, a inna może wieść spokojne, względnie szczęśliwe życie bez ekscesów? Nie wiem jak mam z tego wyjść, ja żyję z dnia na dzień, wykonuję swoje obowiązki, spotykam się w miarę możliwości z ludźmi, ale tę wyrwę w sercu trudno jest zapełnić. Za bardzo jestem rozżalona, żeby zapełniać ją teraz miłością do samej siebie... Nikt mnie jeszcze nigdy nie zdradził, można powiedzieć, że młoda, życia nie zna, że nie ja pierwsza, nie ostatnia itd. ale chyba lżej było myśleć, że to z innej przyczyny, a tak, tylko podkopane zostało po raz kolejny moje poczucie własnej wartości, na nowo rozbudzone poczucie winy. Nie wiem jak z tego wyjść, chyba lepiej byłoby dla mnie, gdybym się nie dowiedziała... :-(
  13. Vacancy dzięki za ciepłe słowa :-) wiesz, ja sobie czasami wyrzucam głównie to, że być może faktycznie przyczyniłam się do końca tego związku swoim zachowaniem (to co przytoczyłaś odnośnie ciąży, może przesadnie histeryzowałam i oczekiwałam od niego nie wiadomo czego?...), ale ja już naprawdę nie potrafiłam z siebie wykrzesać nic więcej i w przerwach między żałobnym płaczem, cieszę się, że mam przynajmniej święty spokój... Prawko? 7 września, szanse żeby zdać mam marniutkie, jako że właściwie nie mam gdzie ani z kim ćwiczyć poza kursem, ale jakoś ostatnio opadły mi nerwy nawet z tym związane, co będzie to będzie, powtarzam sobie, że w końcu to nie walka na śmierć i życie... Pozdrawiam Cię serdecznie
  14. Cześć posty doświadczonej w tej kwestii, dały mi do myślenia, będąc jakby w pewnym ułamku zwerbalizowaniem tych moich lęków i wątpliwości odnośnie mojego własnego udziału w rozpad związku i mojego poczucia winy, które czasami przemycam w moich wypowiedziach. Trochę na zasadzie- nigdy mnie nie wyzwał, nigdy nie uderzył- czy to możliwe, że to była toksyczna relacja? Na samym początku związku, po jakiś dwóch miesiącach, spedziłam z M. tydzień u niego, w Irlandii. Wcześniej miałam wątpliwości, po powrocie byłam zakochana jak nigdy dotąd. Jakiś tydzień później przysłał mi sms: "To koniec". Tyle. W pierwszym odruchu prawie spadłam z krzesła. Nie mogłam uwierzyć, nic na to nie wskazywało. Chciałam wyjaśnień. Otrzymałam je, to wszystko z powodu komentarza jaki zostawiłam pod zdjęciem kolegi, jego zdaniem świadczący o zdradzie. Wpadłam w panikę, totalne przerażenie i dostałam małpiego rozumu, czułam jak ziemia usuwa mi się spod nóg... Tlumaczyłam, prosiłam, zapewniałam o uczuciu, on albo podnosił głos, albo milczał. Co mogłam zrobić kiedy dzieliły nas tysiące kilometrów. To było dla mnie tak nierealnie straszne i absurdalne, że płaszczyłam się przed nim, przepraszałam...Nie byłam winna, tamten chłopak, owszem, uważałam, że jest bardzo przystojny, ale nie zrobiłam nic złego, mimo to tak bardzo się bałam że mnie zostawi, że napisałam mu że to mój kuzyn :-O co później prostowałam... Zaczęło się piekło, praktycznie co tydzień stwierdzał, że nie wie czy potrafi ze mną być. Ja za każdym razem uważałam tylko, żeby nie powiedzieć czegoś co jakkolwiek przypomniałoby mu o tej sytuacji z komentarzem...i tak do tego dochodziło, wtedy mówił/ pisał, że już nie ma ochoty rozmawiać, obrażał się. Krzyczał na mnie, rzucał słuchawką, a ja wtedy głupia wydzwaniałam do niego naście razy, żeby go przeprosić (znowu!). Cały czas byliśmy wtedy parą na odległość ja w Polsce, on w Irl. To trwało dwa miesiące. Kończyłam się psychicznie, nie wiem jak udało mi się wtedy marnie bo marnie, ale zaliczyć sesję (chyba tylko tym sposobem, że on mi powiedział, że nie ma w ogóle takiej opcji żebym wracała do domu we wrześniu). Mimo tego wszystkiego poleciałam do M. w lipcu. Drugiego dnia po przyjeździe przeczytałam jego rozmowę z jakąś dziewczyną, przeczytałam tylko dlatego, że zaczynała się słowami "widzę, że się zakochałeś" i uśmiechnęłam się do siebie i z czystej (próżności?) ciekawości chciałam zobaczyć co miłego o mnie napisał...No to przeczytałam, że "to żadna wielka miłość" ale że "jest mnie pewien" (JAK TO SIę MA DO JEGO OSKARżEń O ZDRADę?!) "że nie ma potrzeby być mi wiernym", "że kolega proponuje mu trójkącik z jego dziewczyną i nie wie czy się zdecydować". Drugi dzień na obczyźnie, nie znałam tam nikogo oprócz niego, byłam calkiem sama. Wpadłam w furię, chciałam się wyprowadzić, a on spokojnie zaczął mi tłumaczyć i udało mu się opchnąć mi historyjkę, że to nie on pisał, że żarty, że bla bla bla...Nawet widząc wtedy mnie, kiedy cała drżałam i nie mogłam przestać plakać, uśmiechnął się i powiedział :"Boże ty mnie naprawdę kochasz". A ja zostałam z nim... Róznie bylo w tej Irlandii, czułam się osamotniona, często płakałam. Wróciliśmy razem do Polski, po czym po niedługim czasie się rozstaliśmy. Po czterech miesiącach znów byliśmy razem. On naprawdę pod pewnymi względami się zmienił, złagodniał, wiem, że chciał dobrze. A ja już rozumiem, że byłam wykończona tym co mi wcześniej zgotował, tym co sama sobie zgotowałam uległością i wieczną przepraszającą postawą, ja już nie umiałam dać mu teraz ciepła i czułości, tak jak on by chciał, bo nie mogłam mu wybaczyć, nie mogłam zapomnieć tego co przeszłam rok temu. I tak, to jest moja SUBIEKTYWNA wersja wydarzeń, to są moje odzucia. Doświadczona w tej kwestii i cieszę się, że się wpisałam na tym topiku, bo nim upłynęlyby te trzy czy ileś tam lat o których pisałaś, skończyłabym się nerwowo. Bo mimo, że on jest teraz inny i się starał, to ja już nie potrafiłam, bo cały czas widziałam wilka w owczej skórze. Wyszło bardzo długo, a i tak pewnie zbyt ogólnie. Nigdy o tym nie pisałam, kto zechce ten przeczyta, a ja traktuję to terapeutycznie- mogłam się wypisać :-) Miłego weekendu wszystkim
  15. ewe21 rozumiem, starszy mężczyzna, zakochanie, a potem ból jak spadają klapki z oczu...To człowiek podły, niegodny jednego Twojego spojrzenia. Pomyśl o sobie, o przyszłości, na początku nigdy nie jest łatwo, ale nie mogłaś zrobić dla siebie nic lepszego niż wyrwać się ze szponów tego łajdaka... Przytulam Cię mocno i trzymam kciuki stefania ależ ja to doskonale rozumiem, tylko sama widzisz jak to się dla Ciebie skończyło. Nie pomożesz mu na siłę, a jedynie samą siebie możesz unieszczęśliwić. Zamiast o nim, pomyśl o sobie.
  16. stefania widzisz, chyba dla każdej z nas musi przyjść taki dzień, że stanie się to dla nas obojętne kim, jak, dlaczego oni są... Ja nie zbawię świata (choć czasami chciałabym), Matką Teresą nie jestem, na pewno nie dla niego. Niech szuka pomocy gdzie indziej, bo ja mu jej nie udzielę, nie za cenę pójścia z nim na dno i taplania się w sosie własnym z lęków, łez i nieszczęścia. Trzymaj się :-)
  17. cześć widzę tu nowe zagubione duszyczki, pozdrawiam Was ciepło, bądźcie silne a mnie jest przykro, choć nie wiem czy to właściwe określenie tego co czuję. M. działa na dwa fronty, już sobie znalazł jakąś w internecie pewnie, i wyrywa ją na teksty o "jednej jedynej" i "wielkiej miłości". Jednocześnie tak się obnosi ze swoim niby cierpieniem po rozstaniu i nie może znieść faktu, że nazwałam go kłamcą i kazałam się odczepić. To boli. Nigdy chyba nie dotarło do mnie tak prosto w serce, że tej "miłości" nigdy nie było, że nigdy mnie nie kochał, że pewnie oszukiwał na każdym kroku. To boli, ale niby czego ja oczekiwałam? Ja chyba uważałam go za człowieka, który miał ciężkie, smutne dzieciństwo, trudny start w dorosłe życie, którego nikt nie nauczył rozmowy i okazywania uczuć drugiej osobie, za człowieka gardzącego sobą, nieszczęśliwego, a więc pokrzywdzonego przez los. W tym upatrywałam przyczynę jego różnych zachowań. To chyba (może i chwilowo) uleciało. Nie interesuje mnie to "dlaczego", jest zwykłym manipulatorem, żerującym na mojej uległości, naiwności, niskiej samoocenie. Chyba zaczynam go nienawidzić :-O ech... Miłego dnia Kochane
  18. coś mnie tu dużo dzisiaj, mam nadzieję, że wybaczycie, ale musiałam się podzielić tym, że... M. napisał mi że mnie kocha :-D, nie mogłam się powstrzymać, no nie mogłam i odpisałam mu żeby mnie nie rozśmieszał... :-D to go chyba przywróciło do pionu chwilowo, ech boże śmiech przez łzy :-)
  19. Ja to wszystko prawda co piszesz, tak się czułam będąc w tym związku (bo miesiąc temu przestał formalnie istnieć, toczy się tylko w mojej głowie...), tylko po prostu...wychowano mnie tak, żeby nie krzywdzić innych ludzi, żeby im pomagać, mówiono, że większość z nich jest dobra i życzliwa itd. Nagle trafił się ktoś, kogo ciągle denerwowałam, a jednocześnie mówił mi jak bardzo mnie kocha. "Prymitywne" wnioski jakie można z takiej sytuacji wyciągnąć (co pewnie miało w moim przypadku miejsce) bazując na tym czego mnie uczono, to to, że skoro mówi że kocha, to to prawda, bo ludzie są szczerzy i nie sprawiają innym cierpienia jeśli te osoby sobie na to nie zasłużyły. Czyli coś w MOIM zachowaniu jest nie tak, powinnam to zmienić, tak żeby było dobrze. Na poczatku się dostosowywałam, wydzwaniałam, zapewniałam o miłości, zabiegałam, łagodziłam wszelkie kryzysowe sytuacje, pierwsza wyciągałam rękę itd. Rozstaliśmy się, po paru miesiącach wróciliśmy do siebie. Zmieniło się coś we mnie, uznałam te wcześniejsze zachowania za poniżające. Tak bardzo bałam się, że mnie znowu zdominuje, że twardo obstawałam przy swoim i myślałam o sobie. Widziałam, że się starał pod pewnymi względami zmienić, że chciał, a ja, tak czasami myślę, że postawiłam na "wóz albo przewóz" jeśli chodziło o tę drugą "rozgrywkę" między nami, podświadomie czułam i chyba dążyłam do tego, że albo tym razem będzie tak jak ja chcę, albo do widzenia i pewnie momentami też potrafiłam przesadzić z nieugiętym obstawaniem przy swoim. Obarczam się za to, że mogłam wykorzystać (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) jakoś jego choćby delikatne zmiany, dać więcej z siebie, tak jak kiedyś i może by się to unormowało. A ja już nie chciałam dawać tyle z siebie, nie chciałam rezygnować z niczego, niczego poświęcać dla tego związku, pokazać mu, że on nie jest całym moim życiem, że ja mam własne plany, studia, marzenia, że on może w tym uczestniczyć, ale żeby nie próbował mi w tym przeszkadzać... No i się skończyło. No a później czytam historie niektórych z Was, o agresji, wyzwiskach, przemocy fizycznej. Mnie to nie dotknęło, więc czasami obijają się takie myśli, że przesadziłam, że jestem nadwrażliwa i nadinterpretowuję krzywdę jaką mi wyrządził, nie do końca jeszcze chyba potrafię zawierzyć sobie i własnym uczuciom... Jakoś tak nieskładnie to wyszło, ale trochę się dzięki tej pisaninie uspokoiłam. Niebo dzięki za zaproszenie, niestety narazie jestem w domu u rodziców, 400km od Warszawy, więc nie dam rady przyjechać, ale myślę, że jeszcze uda nam się spotkać :-)
  20. Niebo Ja dziękuję Wam Kochane...Prawda, ja wiem...tylko zdarza mi się o tym zapominać :-( Ja też w sumie od dziecka miałam niskie poczucie własnej wartości i w takie dni jak dziś, potrafię sobie wyliczać, ile było sytuacji w których byłam niemiła, złośliwa, tak, że każdy by się na mnie zdenerwował...bo w żadnym razie nie jestem ideałem. Powraca to po prostu do mnie jak bumerang, to wrażenie, że od pewnego momentu wcale nie było wyraźnego podziału na "oprawcę" i "ofiarę". I czasami nie wiem już co jest prawdą. Za dużo myśli znów kotłuje się w głowie :-( Dziękuję jeszcze raz za wsparcie
  21. Dzień dobry Boże, ale mną emocje telepią :-O albo miałam zwidy, albo przeczytałam wczoraj (sama jestem sobie winna, ja i moje żałosne zagrywki :-O) jak określił kogoś "tą jedną jedyną"... Dzisiaj mija miesiąc dokładnie, taką miałam nadzieję, że będzie lepiej, że sobie poradzę...ale nie, znowu poczucie winy, bo gdybym się nie stawiała, gdybym była milsza, gdybym się starała, gdybym nie chciała się na nim odegrać...bla bla bla... znowu lęk i ból, samoocena bliska zeru :-O znowu to samo :-O Pozdrawiam...
  22. yeez widzisz, ona nie znała ojca, tzn. wiedziała kto to i to by było tyle na jego temat...babcia zawsze ciężko pracowała, więc rzadko bywała w domu, mama jest najmłodsza z czwórki sióstr i zawsze była na uboczu. Ona całe życie nikogo nie miała...Aż mój ojciec się nią zaopiekował, to dobre słowo na określenie ich związku...Po iluś tam latach przestało się układać. Ona ma menopauzę, w wieku 20 lat przeszła załamanie nerwowe, depresja, zawsze była krucha psychicznie...To nie jest tak, że ona była złym rodzicem, że świadomie czegoś ode mnie wymaga. Ona teraz właściwie nie ma nikogo, tak jak wtedy gdy była mała...Czasami chciałaby się do kogoś przytulić i porozmawiać, ja jakoś nie umiem jej tego dać, ja chciałabym być jak najdalej. Dlatego myślę, że może to we mnie coś siedzi, nie w niej. Rozmawiałam z nią niejednokrotnie o M., zawsze mnie pocieszała, ale przy tym płakała razem ze mną, czego nie chciałam, bo czułam się jakbym przez moje problemy pogarszała jej stan...Jak mam ją teraz zostawić, żeby kompletnie się załamała? :-( M. też zawsze chciałam pomagać w jego problemach z samym sobą... Dlaczego chcę uciekać od tego? Dlaczego odbieram atmosferę w domu rodzinnym jako tak gęstą, dlaczego nie mogę inaczej do tego podejść i okazać bliskiej osobie więcej ciepła...
  23. cześć znowu przyszłam się wypisać, kolejny dzień z serii "kryzys". Moja mama ma depresję, leczyła się farmaklogicznie już dwa lata temu, od paru miesięcy ma bardzo poważne problemy ze zdrowiem, więc to pewnie poniekąd spowodowało nawrót. Czuję się okropnie, bo czasami jej zachowania wyzwalają we mnie zlość i irytację...ona jest taka bezbronna, ona jest ucieleśnieniem ofiary...we wszystkim co robi...oczekuje, że będę ją wspierała, a ja się staram, ale mam ochotę uciec...zawsze czułam, że jestem odpowiedzialna za tę rodzinę, jako drugie dziecko przyjęłam chyba taką rolę "naprawiacza", który jak dobrze się postara, będzie grzeczny i wesoły, to zjednoczy rodziców między którymi od dawna źle się dzieje... to mi ciąży...czasami chcialabym być jak najdalej od nich i w ogóle się nie kontaktować... mam ratować wszystkich wokół, ale nie starczy mi siły, żeby utratować samą siebie...czuję sie źle, bo widzę jej osobowość zależną i odnajduję to w samej sobie, czuję się źle, bo chciałabym być zupełnie inna niż ona, może stąd we mnie ten sprzeciw... Może to brzmi jakbym była bez serca...to będzie ciężki dzień... wybaczcie ton, ale tak mnie to uderzyło...jestem bardzo przygnębiona...
  24. ulla35 cieszę się, że mój post posłużył jako inspiracja ;-) nie będę może pisała w takim razie co zrobiłam wieczorem, jak już mnie zżerała chęć kontroli...aby Cię nie demotywować :-) /smutny ten mój uśmiech, ale cóż.../ siódemko zawsze podpatruje co wklejasz jako linki, już parę razy miałam Ci podziękować za teksty, a dzisiaj za film, jako zadeklarowana ekolożka :-) Tobie również dobrego dnia życzę! Montia pewnie mnie nie pamiętasz, ale ja zawsze z uwagą czytałam Twoje wypowiedzi i śledziłam Twoją walkę. Siedem miesięcy to szmat czasu, nie pozwól sobie tego odebrać, bądź silna! a nadejdzie lepsze jutro Od wtorku zaczęłam mieć tragiczne bóle mostka, później pleców. Zaczęło się na kursie jazdy tym, że w jednej chwili, nagle, bardzo ciężko było mi oddychać (stres?). Od tamtej pory właściwie nie mogę sobie znaleźć pozycji. Boję się, że może to jakaś wada kręgosłupa. Próbuję się jakoś ratować, postanowiłam zapisać się na basen. A dzisiaj byłam na outdoor jodze i poczułam się jak, jak nowonarodzona, przynajmniej w sensie psychicznym, było cudownie, tak spokojnie, ciepło i cicho, pomimo kilkunastu innych kobiet wkoło, byłam sama ze swoimi emocjami, pomogło :-) Miłego weekendu
  25. Niebo wiem, masz rację, nie jestem gotowa, mimo że czuję w sobie siłę, której wcześniej we mnie nie było. Nie jestem gotowa, ale on postanowił o rozstaniu, to już prawie miesiąc minął i ja muszę to przyjąć do wiadomości. Nigdy do niego nie wrócę, wiem że nie wrócę, cokolwiek by się nie działo, nie mogę do tego dopuścić, jeśli chcę wieść jeszcze kiedyś normalne życie. Chcę tylko żeby jego "duch" też odszedł i zostawił mnie w spokoju...
×