Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

Zarchiwizowany

Ten temat jest archiwizowany i nie można dodawać nowych odpowiedzi.

Gość Samotna1984

Samotna a może wcale nie?

Polecane posty

Gość Samotna1984

Witajcie. Chyba mam problem sama ze sobą i potrzebuję, aby z boku ktoś popatrzył na moje zycie i obiektywnie je ocenił. Post zapewne będzie długi, bo chciałaby dokładnie w miarę obiektywnie wszystko opisać. P. poznałam prawie 7 lat temu. Gdy go poznałam bardzo podobał mi się z charakteru, chyba się zauroczyłam. Miałam wtedy dwuletnie dziecko i zbierałam się po rozwodzie z facetem, który próbował podnosić na mnie rękę. Byłam w stanie osobistej przemiany z nieśmiałej, zakompleksionej młodej kobiety w silną, zapewniającą byt swojemu dziecku kobietę. Gdy poznaliśmy się z P. on pracował za najniższą krajową, a ja prowadziłam dwa sklepy. To ja za nim "biegałam", tzn zawsze to ja pierwsza się odzywałam i to ja proponowałam spotkania. P. twierdzi, że było tak, gdyż uważał, że przeskok materialny między nami jest zbyt duzy. W każdym razie "wychodziłam" swoje i zaczęliśmy się spotykać. Po roku P. mi się oświadczył. Stało się to w momencie, gdy ja chyba ocknęłam się z zauroczenia i zauroczyłam się w koledze. Oświadczyny przyjęłam, gdyż chciałam, aby moje dziecko miało pełną rodzinę, szczególnie że biologiczny ojciec w ogóle się nim nie interesował. Po prostu zapomniał że ma dziecko. Po póltorej roku od zaręczyn pobraliśmy się. Zauroczenie w koledze minęło a pojawiła się miłość do P. Zdobył mnie chyba poprzez moje dziecko. Był dla niego wspaniały. P. bardzo pomagał mi w prowadzeniu domu i prowadzeniu moich sklepów. Gdy wracałam ze studiów dziecko było wykąpane, obiad czekał na stole, dom posprzątany. Wszystkie koleżanki mi zazdrościły. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie moje relacje z jego matką. Kobieta od dnia ślubu pokazywała mi, że mnie nie lubi. Gdy ją zapraszaliśmy zawsze mnie krytykowała, a do swojego domu zapraszała tylko mojego męża. Nawet w wigilię chodził do niej sam. Bardzo bolało mnie to, że nie potrafi zwrócić jej uwagi. Zawsze milczał. Rozumiem, ze był syneczkiem mamusi, ale od chwili ślubu to ja i dziecko powinniśmy być dla niego najważniejsi (adoptował moje dziecko). Ciągle się kłóciliśmy. Tematem kłótni była zawsze teściowa. On uważał, że mimo iż teściowa zaprasza tylko jego powinniśmy chodzić wspólnie. Ja uważałam inaczej. Poszlismy na terapię małżeńską, ale zrezygnowałam z niej. Pani psycholog podzielała zdanie mojego męża,ale ja nie idę tam, gdzie mnie nie chcą. W między czasie zaszłam w ciążę, a mój mąż starał się o nową pracę. Urodziłam dziecko gdy okazało się, że mój mąż dostał pracę 300km od domu. Zaproponowałam, żebyśmy wszyscy się tam przeprowadzili, ale P. nie chciał. On pojechał do pracy, która od zawsze była jego marzeniem a ja zostałam z miesięcznym dzieckiem oraz 10 latkiem, którego codziennie trzeba było wozić do szkoły a wieczorami na dodatkowe zajęcia. Zostałam ze wszystkim sama. ( moja mama nie żyje, teściowa niczym się nie interesuje). Mąż przyjeżdżał do domu co dwa tygodnie na weekend, dzwonił kilka razy dziennie. Mi to nie wystarczało. Nie tak wyorażałam sobie rodzinę. Dodatkowo zachorowałam. Leżałam w łóżku 3 miesiące. Były dni, że nie mogłam wstać nawet do toalety. Starsze dziecko wtedy nie szło do szkoły, bo ja nie byłam w stanie zająć się noworodkiem. Co zrobił mój mąż? Nic. Nadal przyjeżdżał co dwa tygodnie. Moim zdaniem powinien nas zabrać do siebie. Zobaczyłam, że zupełnie nie mogę na niego liczyć. Leżałam w łóżku mając w domu niemowlaka i 10 latka a do ogarnięcia rachunki za mieszkanie i prowadzenie dwóch sklepów. Zaczęłam się od męża oddalać. Chyba moja miłość słabła. Gdy wyzdrowiałam powiedziałam mojemu mężowi, że oddalam się od niego, że dziwię się że tego nie czuje. Powiedziałam, że musimy o siebie zawalczyć albo się rozstać. Mąż obiecał poprawę, ale nic się nie zmieniło. Nadal jak przyjeżdża co dwa tygodnie to gotuje, sprząta, zajmuje się dziećmi, ale nic poza tym. Moim zdaniem jedyne co się zmieniło, to praktycznie zerwał kontakt z matką, albo chodzi do niej tak, abym o tym nie wiedziała. Nie interesuje go nasza sytuacja finansowa, czy rachunki są zapłacone, czy daję sobie radę z ogarnięciem tego wszystkiego. Jak jedzie do pracy nie interesuje się kompletnie niczym. Musiałam zrezygnować ze swojej ulubionej pracy, bo nie dawałam rady ze wszystkim. Spłynęło to po nim. A ja chciałam, aby on przypomniał mi raz w miesiącu o racie kredytu, o zapłaceniu rachunków. Tysiące razy mu mówiłam, czego bym oczekiwała, ale nic się nie zmienia. Przez to zaczęłam uważać, że mąż mnie nie kocha skoro tak nie interesuje się domem ani moim zdrowiem (gdy mu powiedziałam, że mam skierowanie na rehabilitację to stwierdził, że przecież nie mam jak chodzić, bo co zrobię z dzieckiem). Moim zdaniem powinien pomóc mi coś wymysleć, abym mogła tę rehabilitację przejść. Przecież istnieją nianie, żłobki. Ale oczekiwałam, że wykaże jakąś inicjatywę. A tu nic. Jak sama sobie nie załatwię to nie mam. Wdałam się w romans. Trwał on pół roku gdy stwierdziłam, że tak nie umiem. Romans zakończyłam, gdyż łączył nas tylko seks. Postanowiłam napisać pozew o rozwód. Gdy mój mąż znalazł go na komputerze stwierdził, że mnie kocha i rozwodu mi nie da. Powiedziałam, że jest ktoś inny, ale mi nie uwierzył. Była kolejna rozmowa, nawet kilka i ponowne słowa, że wszystko się zmieni. Nie zmieniło się nic. Ja już chyba nie kocham męża, chociaż jakieś uczucia są, ale raczej nie jest to miłość. Czuję się samotna i nie kochana. Mąż na rozwód zgodzić się nie chce, udaje że między nami wszystko jest ok. Znajomi uważają, że jesteśmy szczęśliwym, kochającym się małżeństwem a ja co noc płaczę. Nie tak miało być. Widzę, że jak zaczynam rozmawiać na temat naszych problemów on się irytuje. Gdy rozmawiamy przez tel. i ja wspominam że cos jest nie tak to on udaje, że nie słyszy albo zmienia temat. Myślę, że wszystko mogłoby być inaczej, gdybyśmy mieszkali razem. Ja byłam gotowa sprzedać mieszkanie i sklepy i wyjechać, ale usłyszałam nie. Teraz ja nie chcę, bo we mnie się wszystko wypaliło. On nie może się przenieść, bo pracę ma akurat tam. Nie chce z niej zrezygnować, bo to jego marzenie i o tę pracę starał się 3 lata. Wiem, że mąż tam nikogo nie ma. Nie ten typ faceta, poza tym co wieczór rozmawiamy przez telefon(rozmawiamy albo o dzieciach albo o tym jak mu minął dzień). Nie wiem co myśleć i co robić. Z jednej strony nie chcę zabierać dzieciom ojca, poza tym boję się zyć sama. Moje starsze dziecko bardzo go kocha, poza tym już jeden rozwód przeżyło. Z drugiej strony nigdy nie utrudniałabym mu kontaktów. I tak już teraz jest tylko weekendowym tatą. A ja chyba zasługuję na szczęście? Mąż codziennie mówi, że kocha, ale ja tego nie widzę. Gdyby mnie kochał, nie zostawiłby mnie samej ze wszystkim w chorobie i juz dawno załatwiłby nam tam mieszkanie. Jakie jest wasze zdanie? Może ja czegoś nie widzę, nie rozumiem? Pełno jest kobiet, które żyją z dziećmi, a mąż gdzieś daleko zarabia na rodzinę. Ale ja nie umiem tego zaakceptować ani tego, że wszystko jest na mojej głowie...

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Gość gość
Chyba Cię nie kocha. Mam 29 lat, męża od 4 i 2-letnie dziecko. W sierpniu mój mąż dostał korzystną ofertę pracy w Niemczech. Na początku było dobrze, ale z czasem zaczęło mi przeszkadzać, że wszystko jest na mojej głowie. Powiedziałam o tym mężowi, że takie życie mi nie odpowiada, bo rodzina powinna być razem na dobre i na złe. I wiesz co? Za tydzień mój mąż wraca do Polski, na stałe. Małżeństwo to DWOJE ludzi, którzy słuchają siebie nawzajem i starają się żeby drugiej osobie było dobrze.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Gość samotna1984
Niestety też tak myślę. Mój jedynie powiedział, że w marcu ma urlop, to będzie się starał do policji i jak się uda, będzie na miejscu. Nie rozumiem tylko, czemu skoro mnie nie kocha nie chce się zgodzić na rozwód

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Gość gość
Może on sam nie wie czego chce? Z jednej strony chce mieć żonę i rodzinę, a z drugiej odpowiada mu to jak jest? A czy Ty wyobrażasz sobie wasze wspólne życie po jego powrocie? Może to będzie ratowanie związku, który już nie istnieje. Jest tylko wyobrażenie tego jak mogłoby być gdyby...

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Gość samotna1984
Zanim zmienił pracę małżeństwem byliśmy dwa lata. Wszystko było cudownie z wyjątkiem kwestii jego matki. On ograniczył z nią kontakt, więc myślę, że moglibyśmy być naprawdę szczęśliwi.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Gość gość
Nie pozostaje więc nic innego jak walczyć o jego powrót i waszą rodzinę. Jeżeli wiesz, że macie co ratować to próbuj. Nie ma nic gorszego niż poddać się bez walki. Powodzenia! :)

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Gość samotna1984
Tylko, żeby ratować małżeństwo potrzeba dwojga ludzi. Mąż mówi, że chce ratować, ale nic z tym nie robi. Były tysiące rozmów, setki obietnic i nic się nie zmieniło. Boje się, że jak wróci tu, to za jakiś czas usłyszę, że dla mnie zrezygnował ze swoich marzeń. Ba ta praca to marzenie od wielu wielu lat. Nie rozumiem, czemu nie chciał, żebyśmy się tam przeprowadzili. Kiedyś przecież mu to proponowałam. Mi się wydaje, że jemu tak dobrze. w tygodniu kawaler a w weekendy mąż i ojciec. Tylko ile tak można żyć? Przecież nawet po moich słowach, że przestaje go kochać nic się nie zmieniło. "zrobię wszystko, żebyś pokochała mnie od nowa"... i nic więcej

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

×