Gość nogawka Napisano Lipiec 9, 2008 mój ojciec, to za przeproszeniem, pojebany alkoholik. pije odkąd tylko pamiętam, co miesiąc, a jego zajebista zabawa z wódą trwa tydzień, z polotem do dwóch. zawsze jakoś to znosiłam, akceptowałam jego pijaństwo, bo kiedy zdrowie nie pozwalało mu na dalsze chlanie był takim świetnym tatusiem. teraz lat mam osiemnaście, za rok matura, a potem studia, im bliżej wyrwania się z tej patologii, tym ze mną gorzej - moja głowa to jeden wielki chaos, przypominam sobie to, co mi robił pod wpływem i co robił mojej matce. pal sześć co ze mną, martwię się o matkę - kiedy ja zmienię miejsce zamieszkania, wyjadę w cholerę i zostawię cały ten syf za sobą, ona zostanie z nim całkiem sama. będzie słuchać jego wyzwisk, patrzeć na rozwalane meble, wywalać sterty butelek po wódce i wstydzić się, bo tatuś znowu buja się po mieście czerwony jak cegła i zatacza się przy kolejnym kroku. nikt na policję nie zadzwoni, bo piątka moich wsiowych policjantów, to kumple tatusia, poklepią po pleckach, dowalą: trzymaj się stary i wrócą na komisariat. marzę, żeby zdechł pod płotem jak na pijaka przystało, żeby zdechł zanim pójdę na studia, bo świadomość matki użerającej się z nim budzi we mnie poczucie winy i zaczynam coraz poważniej zastanawiać się nad tym, czy czasem nie zrezygnować ze studiów. pomocy znikąd, nawet jej nie oczekuję, nie oczekuję komentarzy, litości, nie oczekuję niczego od nikogo, musiałam swoje frustracje wjebać w internet, żeby się pozbyć negatywnych emocji. moje życie to syf, a kiedy ojciec przestanie chlać na kolejne dwa tygodnie, będę Boga prosić o wybaczenie wszystkich słów, które wypowiedziałam. pierdolona schizofrenia, chyba mam chorobę psychiczną. dziękuję za uwagę, już mi lepiej, przynajmniej ojca nie zatłukę w napadzie agresji. Udostępnij ten post Link to postu Udostępnij na innych stronach