Czeeeśśćć! Dzieeeńń dobryyy Kochani! Witam Was cieplutko! O jakie ch... oświetlenie mamy. Ale to nic, spokojnie przeniosę się w jakąś inną czasoprzestrzeń. Zastanawiacie się pewnie, co ja takiego tutaj sobie piję od samego rana. Zaskoczę Was. Rumianek. Ale nie myślcie sobie, że to taki zwykły rumianek. Co to to nie! Ten rumianek parzył dla mnie nie byle kto, a sam Lord Farquaad. Wstał skoro świt i parzył dla mnie to zioło. Stąd jego niezwykłość. Fakt prosiłam Kurdupla, o herbatę, ale ten jednak jeszcze nie wyszkolony, więc nie zrozumiał. No nic. Mam obecnie sporo czasu na tresurę. Oby tylko chłop szybko załapał. Bo ze mnie taka niecierpliwa bestia. Mmmmm. Jaki dobry rumianek. Czy ja już mówiłam, że bardzo lubię rumianek? Uwwwieelbiam. Ale taki sam. Bez udziwnień typu karmelowy rumianek. No k... kto pije karmelowy rumianek?! Jeszcze zrozumiem rumianek z gruszką, ale k... z karmelem?! Nieważne. Ja tutaj teraz będę działać w kuchni. Tak, tak. Nie przesłyszeliście się. Będę przekładać, układać, wkładać, rozkładać (świntuchy... o czym pomyśleliście?) po swojemu. W końcu rekonesans zrobiony, teren także odpowiednio zaznaczony. Teraz należy wdrożyć plan pod kryptonimem przemeblowanie i przestawianie po mojemu. Czyli byle jak, byle gdzie, aby dużo i kiczowato. Pomalutku, po cichutku, niepostrzeżenie, z lekką nutką dekadencji zagarniam co nie moje. W między czasie zareklamuję moją super, ekstra suszarkę do włosów z jonizacją, która odmieniła moje nudne życie. Co z tego, że moja "druga połowa stołu" naprawiła mi starą i zużytą suszarę. W obecnej sytuacji gardzę już tym badziewiem. Ponarzekam jeszcze na mojego wysłużonego laptopa, który wczoraj przy montażu vloga zawiódł mnie niemiłosiernie. Jednak i tym razem z pomocą przybył Lord Farquaad i poratował mnie swoim sprzętem (czyżby ponownie jakieś kudłate myśli?). Fakt, miałam nadzieję na coś więcej. Chociażby na to, że zasponsoruje mi nowego laptopa, ale ta sknera zaproponowała jedynie środek do czyszczenia monitora. No nic będę dalej uprawiała cyberżebractwo z nadzieją, że ktoś w końcu się ulituje. W tym celu nawet wspomnę o nauce maltańskiego i o tym, że płyta, która przyklejona jest do tej cholernej książki już tyle lat, nagle koniecznie będzie mi niezbędną. Gdybym jednak ponownie uznała, że na ch... mi ten maltański mam kilka kół ratunkowych w postaci m.in.: puzzli (uwaga, aż 1000 elementów, szok), książek (i ponownie brak książki ks. Szustak, ale tak jak mówiłam wcześniej znam ją na pamięć i właśnie do jej tłumaczenia na maltański niezbędna jest ta cholerna płyta, która nie ruszy w tym moim starym laptopie), taśmy (będę się podwieszać do sufitu za sutki, tak żeby się nie zasiedzieć "na chacie" przez te dni). K... z tej ekscytacji o mało moim wyćwiczonym dupskiem Ninusia nie zmiażdżyłam. Ok. Wszystko z nim w porządku. Co ja tam mówiłam? Aha. Że mimo tych wszystkich ekscytujących rzeczy mam jeszcze plan awaryjny. Mamy bardzo fajny i super tajny projekt zaplanowany. No więc chciałam powiedzieć, że... No więc chciałam powiedzieć, że...., że... K... sama nie wiem, co ja chciałam powiedzieć. Zapewne jak zwykle skłamać. Aha. Już wiem. Że laptop mi rano nie chciał się włączyć. A ja chciałam zebrać garść inspiracji, prezentacji. Chciałam to wysłać, przesłać, zasłać, zasrać... Sama nie wiem co, ale najważniejsze, żeby ten złom, czyli mój laptop chciał współpracować. Bo nie wiem czy wiecie, ale ze mnie jest bizneswoman, koordynatorka, zarządca, a w tym i uczestniczka plastycznej sekcji IT. Zdziwieni, obezwładniwni? I słusznie. Cóż. Ludzie wybitni tak mają, że swą wiedzą obezwładniają innych. Mój intelekt może wprowadzić niejedną osobę w zakłopotanie. Teraz nastąpi przeskok i kolejna reklama. Tym razem żarcie i żwirek dla kota. Takie tam zapasy wzięłam ze Szczecina. Będziemy próbować. Będziemy testować. Jeszcze tylko szczegółowo omówię każdego producenta kociego żarcia. A dla wyjątkowo ciekawskich pokażę stronę internetową. O proszę Mobildrama.pl (o mój przerażający krogulczy szpon na pierwszym planie). I faktycznie drama. Kot pogardził kabanosem. Ch... zareklamował produkt Shakiry. Będę musiała popracować i nad jego tresurą. Nooo. W końcu sierściuch zajarzył! Udało się. Mamy to. Cięcie. Teraz parzę sobie czaj. O zbyt mocny. Dowalę soku z malin. Aż 20 dyszki za niego dałam w Lydlu, więc walnę pół butelki. A co. Kto biednemu zabroni żyć bogato. Jeszcze tylko pokażę "moje słoiczki" (to znaczy Lord Farquaad jeszcze nie wie, że są moje). Jeszcze tylko wspomnę i z całą stanowczością zaznaczę, że "u nas" są źle przechowywane migdały. Każdy deb... wie, że migdały powinny być przesypane, inaczej jełczeją. Ale to nie mój problem. Nie ja je będę wpier... Ojej jakie teraz wszystko jest czyste. Jakie lśniące, jak jaja byka na łące. Aż miło popatrzeć. Aż chce się spędzać czas w tej kuchni. A "nadejszły" takie czasy i taka wiekopomna chwila, że w tej kuchni niestety będę gniła. Nieważny syf za mną. Ważne, że "moje" słoiczki na przyprawy pomyte. Cały dzień mi to zajęło. Nawet nie spostrzegłam, że to już noc nastała. Więc żegnam się w te pędy z Wami. Tylko pokażę Wam na kniec jaka jestem kreatywna. Jaka zdolna. Jaka pomysłowa i co potrafię wyczarować ze zwykłej taśmy malarskiej (szkoda, że w Szczecinie nie wiem do czego ona służy). I jeszcze się popiszę moją znajomością barw podstawowych i pochodnych. Jakem charyzmatyczna artystka plastyczka. Ps. Czy mieliście wrażenie, że dzisiejszy odcinek sponsorowało słowo laptop?! I bardzo dobrze. Tak właśnie działa przekaz podprogowy. Do zobaczenia. Paaaa, paaaa.