Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...
Katssu123

Mąż zostawił mnie w ciąży

Polecane posty

Opiszę po krótce moją sytuację, chociaż prawda jest taka, że krótko tego się nie da zrobić. Na wstępie zaznaczę, że rozstałam się z mężem. Czuje do tego człowieka wyłącznie nienawiść, jednak w tej chwili to wszystko jest jeszcze na tyle świeże, że potrzebuję spojrzenia innych, "obcych" osób na mój problem. Taka psychoterapia...

Sytuacja przedstawia się następująco - byłam z moim mężem od 16 roku życia, w tej chwili mam 28 lat. Po 8 latach wzięliśmy ślub. Od 2019 roku staraliśmy się o dziecko, udało się po roku starań, badań i jeżdżenia po lekarzach. O ciąży dowiedziałam się w czerwcu 2020 roku, natomiast relacja między nami zaczęła psuć się dwa miesiące wcześniej, czego ja nie zauważałam. Wszystko zrzucałam na stres związany z przedłużającym się oczekiwaniem na dziecko. Na początku tego kryzysu nie działo się jeszcze nic nadzwyczajnego, zwykłe sprzeczki małżeńskie. Czerwona lampka zapaliła się w mojej głowie gdy mąż nie ucieszył się na wiadomość o ciąży. Był wręcz obrażony, że go obudziłam. Wstał i pojechał do rodziców. Myślałam, że to może szok, nie wiedział jak zareagować... Ciąża okazała się być od początku zagrożona, musiałam przez 5 tygodni leżeć. Nie wychodziłam przez ten czas z mieszkania za wyjątkiem wizyty u lekarza. Mąż nalegał aby nikomu nie mówić o ciąży, bo nie wiadomo jak może się to zakończyć itp. Teraz wiem, że po prostu było mu to na rękę. Stopniowo bardzo się ode mnie oddalał, przestał nosić obrączkę, nie pytał o samopoczucie, nie rozmawiał, nie przytulał. Doszło do momentu, gdy nie chciał mnie dotknąć, pocałować. Po pracy "uciekał" do rodziców, do garażu, do drugiej pracy. Najgorsze były wieczory, kiedy wychodził na kilkugodzinne spacery z psem, ponieważ jak twierdził musiał odreagować stres w pracy. Zaślepiona miłością, ciążą i ogólną sytuacją życiową nie widziałam tego wszystkiego. W czasie tych spacerów dziwnym trafem nie odbierał moich telefonów. Po powrocie do domu oglądał do rana TV w innym pokoju, a gdy już pojawił się w sypialni nie mógł spać całymi nocami. Tak jak mówię, byłam zakochana i zaślepiona wizją macierzyństwa - wszystko zasłaniałam stresem związanym z faktem pojawienia się w niedługiej przyszłości dziecka. Mąż przestał interesować się moimi wizytami u lekarza, nigdy nie był w stanie wziąć urlopu w pracy, do 8 miesiąca ciąży jeździłam sama do lekarza prawie 100km w jedną stronę. Bardzo się zmienił, zaczął popijać alkohol w dużych ilościach. W koszu na śmieci, kotłowni, garażu znajdowałam spore ilości puszek i butelek. Zaczął palić papierosy. Teraz, kiedy to piszę sama dziwię się swojej "głupocie"... Tak bardzo bałam się samotności, że wypierałam to wszystko, myślałam, że jest ok i problem sam się rozwiąże. Pod koniec października powiedział mi, że nic do mnie nie czuje i nie chce ze mną być. Płakałam, błagałam... Po 2 tygodniach walki stwierdził, że muszę się wyprowadzić (mieszkanie było jego rodziców). Po tygodniu stwierdził, że przeprasza, że się zmieni. Omamiona wizją normalności wróciłam. Wtedy też dowiedziałam się, że od kwietnia do listopada pisał z "koleżanką". Spotykał się z nią na spacerach z psem, nawiązała się między nimi więź emocjonalna, stwierdził, że się zauroczył, ale fizycznie mnie nie zdradził. Było ciężko, bardzo ciężko, ale głupia ja postanowiłam wrócić dla dobra dziecka. Przez tydzień było dobrze, a nawet bardzo dobrze. Starał się. Ja jednak wpadłam w trans sprawdzania gdzie jest, z kim jest, co ma w kieszeniach itp. To było dla mnie bardzo upokarzające. Po miesiącu ponownego wspólnego mieszkania nakryłam go jak znowu pisał z tą dziewczyną. Pisał do niej "kotku, kochanie", a mnie znowu nie chciał przytulić. Do porodu został miesiąc. Bałam się, wstydziłam zostać sama z dzieckiem. Przeprosił, wybaczyłam... Bardzo szybko się denerwował, przeklinał w moim kierunku, padały wyzwiska. Dwa tygodnie po porodzie stwierdził, że jednak nie chce ze mną być i żebym wyprowadziła się z synem do moich rodziców. Tak bardzo mnie omamił, że obiecałam mu, że nikt nie dowie się, że kogoś miał/ma. Miałam mówić, że po prostu się nie dogadywaliśmy. Po czterech dniach stwierdził, że jednak pomyśli co dalej więc czekałam. Przyjeżdżał do syna, prawił komplementy. Po miesiącu jednak uznał, że do mnie nic nie czuje i z tą koleżanką też już go nic nie łączy, ale chce być sam. To była sekunda, kiedy przejrzałam na oczy. Dotarło do mnie jak toksycznym, chorym psychicznie jest człowiekiem. Nie chce mieć z nim już nic wspólnego, dla mnie jako człowiek już nie istnieje. Jest ojcem mojego syna, bo tatą nazwać go nie mogę. Nie dość, że w ciąży miał gdzieś mnie to nie interesował się wyprawką, wózkiem, fotelikiem, urządzeniem pokoju dla dziecka... niczym. Na wszystko musiałam naciskać. Zniszczył mi ostatni rok mojego życia, zniszczył mi okres ciąży, który wcale nie był dla mnie "magiczny". Teraz nie pozwolę żeby zniszczył życie mojemu dziecku. Żerował na mojej nieśmiałości, niskim poczuciu własnej wartości, ale koniec. Skończyło się. Marzę teraz o normalności, zapisałam się na terapię. Nie chcę mieć już nic z nim wspólnego jako z człowiekiem, jednak nie chcę łamać prawa i ograniczać mu kontaktów z dzieckiem. O ile oczywiście będzie do nich dążył, bo aktualnie zatrzymał się na pytaniu "jak mały?" oraz jednej próbie zabrania go do siebie w niedzielę na kilka godzin. Nie dorósł do bycia mężem, nie dorósł do bycia ojcem, ale ja nareszcie dorosłam do tego żeby odejść i zacząć życie od nowa. Zrobię wszystko żeby mój syn był szczęśliwy, może kiedyś znajdzie się ktoś kto pokocha mnie i jego? Jest mi bardzo ciężko, ale nareszcie czuję siłę żeby się odciąć od tego chorego związku i nigdy nie pozwolę się już komukolwiek nad sobą znęcać psychicznie. Dlaczego to wszystko piszę? Nie dlatego żeby czytać, że byłam głupia. To wiem. Bardziej potrzebuję wsparcia, może potwierdzenia, że dam radę. Mam wsparcie rodziców, rodzeństwa, ale również teściów, którzy stoją murem po stronie mojej i wnuka. Oczywiście, że się boję, że będę już zawsze sama, ale ten strach nie może spowodować że wrócę do człowieka, który zniszczył mi życie i który zostawił mnie i swojego syna jeszcze zanim się urodził. Teraz już nie mam skrupułów, chcę wyciągnąć od niego wszystko, każdy grosz, który należy się mojemu dziecku. Trzymajcie kciuki żebym miała siłę to wszystko przeżyć. Zbieram się do napisania pozwu rozwodowego, ale muszę zasięgnąć jeszcze porady prawnej. Wiem, że jeszcze mu podziękuję za to, że mnie od siebie uwolnił. Jeżeli ktokolwiek dotrwał do tego momentu, to zwyczajnie dziękuję że poświęciłeś/poświęciłaś swój czas na przeczytanie mojej historii. Napiszcie co sądzicie, czy dobrze postąpiłam... Wam również życzę dużo siły!

  • Like 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Ja przeczytałam cały wpis 🙂

Nie nazywaj głupotą tego, że kogoś kochałaś, że komuś ufałaś , że wybaczałaś. Nie miej o to pretensji do siebie tylko do tej osoby, która to wykorzystała. Bardzo mądra końcówka postu. Właściwie nie potrzebujesz już żadnej rady - sama wszystko wiesz.

Jedyne co mogę do tego dodać to że nienawiść nie jest dobrym doradcą. Nienawiść będzie niszczyć także Ciebie. Nienawiść to też uczucie, czyli jednak coś do niego czujesz. Lepsza dla Ciebie, i chyba nawet bardziej zaskakująca dla niego, będzie totalna obojętność. Ty trzymaj fason, a jego na dystans.

I nie jesteś sama- za Tobą stoi cała rodzina, Twoja i jego. To już jest moc! 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Dnia 24.04.2021 o 13:43, Katssu123 napisał:

Opiszę po krótce moją sytuację, chociaż prawda jest taka, że krótko tego się nie da zrobić. Na wstępie zaznaczę, że rozstałam się z mężem. Czuje do tego człowieka wyłącznie nienawiść, jednak w tej chwili to wszystko jest jeszcze na tyle świeże, że potrzebuję spojrzenia innych, "obcych" osób na mój problem. Taka psychoterapia...

Sytuacja przedstawia się następująco - byłam z moim mężem od 16 roku życia, w tej chwili mam 28 lat. Po 8 latach wzięliśmy ślub. Od 2019 roku staraliśmy się o dziecko, udało się po roku starań, badań i jeżdżenia po lekarzach. O ciąży dowiedziałam się w czerwcu 2020 roku, natomiast relacja między nami zaczęła psuć się dwa miesiące wcześniej, czego ja nie zauważałam. Wszystko zrzucałam na stres związany z przedłużającym się oczekiwaniem na dziecko. Na początku tego kryzysu nie działo się jeszcze nic nadzwyczajnego, zwykłe sprzeczki małżeńskie. Czerwona lampka zapaliła się w mojej głowie gdy mąż nie ucieszył się na wiadomość o ciąży. Był wręcz obrażony, że go obudziłam. Wstał i pojechał do rodziców. Myślałam, że to może szok, nie wiedział jak zareagować... Ciąża okazała się być od początku zagrożona, musiałam przez 5 tygodni leżeć. Nie wychodziłam przez ten czas z mieszkania za wyjątkiem wizyty u lekarza. Mąż nalegał aby nikomu nie mówić o ciąży, bo nie wiadomo jak może się to zakończyć itp. Teraz wiem, że po prostu było mu to na rękę. Stopniowo bardzo się ode mnie oddalał, przestał nosić obrączkę, nie pytał o samopoczucie, nie rozmawiał, nie przytulał. Doszło do momentu, gdy nie chciał mnie dotknąć, pocałować. Po pracy "uciekał" do rodziców, do garażu, do drugiej pracy. Najgorsze były wieczory, kiedy wychodził na kilkugodzinne spacery z psem, ponieważ jak twierdził musiał odreagować stres w pracy. Zaślepiona miłością, ciążą i ogólną sytuacją życiową nie widziałam tego wszystkiego. W czasie tych spacerów dziwnym trafem nie odbierał moich telefonów. Po powrocie do domu oglądał do rana TV w innym pokoju, a gdy już pojawił się w sypialni nie mógł spać całymi nocami. Tak jak mówię, byłam zakochana i zaślepiona wizją macierzyństwa - wszystko zasłaniałam stresem związanym z faktem pojawienia się w niedługiej przyszłości dziecka. Mąż przestał interesować się moimi wizytami u lekarza, nigdy nie był w stanie wziąć urlopu w pracy, do 8 miesiąca ciąży jeździłam sama do lekarza prawie 100km w jedną stronę. Bardzo się zmienił, zaczął popijać alkohol w dużych ilościach. W koszu na śmieci, kotłowni, garażu znajdowałam spore ilości puszek i butelek. Zaczął palić papierosy. Teraz, kiedy to piszę sama dziwię się swojej "głupocie"... Tak bardzo bałam się samotności, że wypierałam to wszystko, myślałam, że jest ok i problem sam się rozwiąże. Pod koniec października powiedział mi, że nic do mnie nie czuje i nie chce ze mną być. Płakałam, błagałam... Po 2 tygodniach walki stwierdził, że muszę się wyprowadzić (mieszkanie było jego rodziców). Po tygodniu stwierdził, że przeprasza, że się zmieni. Omamiona wizją normalności wróciłam. Wtedy też dowiedziałam się, że od kwietnia do listopada pisał z "koleżanką". Spotykał się z nią na spacerach z psem, nawiązała się między nimi więź emocjonalna, stwierdził, że się zauroczył, ale fizycznie mnie nie zdradził. Było ciężko, bardzo ciężko, ale głupia ja postanowiłam wrócić dla dobra dziecka. Przez tydzień było dobrze, a nawet bardzo dobrze. Starał się. Ja jednak wpadłam w trans sprawdzania gdzie jest, z kim jest, co ma w kieszeniach itp. To było dla mnie bardzo upokarzające. Po miesiącu ponownego wspólnego mieszkania nakryłam go jak znowu pisał z tą dziewczyną. Pisał do niej "kotku, kochanie", a mnie znowu nie chciał przytulić. Do porodu został miesiąc. Bałam się, wstydziłam zostać sama z dzieckiem. Przeprosił, wybaczyłam... Bardzo szybko się denerwował, przeklinał w moim kierunku, padały wyzwiska. Dwa tygodnie po porodzie stwierdził, że jednak nie chce ze mną być i żebym wyprowadziła się z synem do moich rodziców. Tak bardzo mnie omamił, że obiecałam mu, że nikt nie dowie się, że kogoś miał/ma. Miałam mówić, że po prostu się nie dogadywaliśmy. Po czterech dniach stwierdził, że jednak pomyśli co dalej więc czekałam. Przyjeżdżał do syna, prawił komplementy. Po miesiącu jednak uznał, że do mnie nic nie czuje i z tą koleżanką też już go nic nie łączy, ale chce być sam. To była sekunda, kiedy przejrzałam na oczy. Dotarło do mnie jak toksycznym, chorym psychicznie jest człowiekiem. Nie chce mieć z nim już nic wspólnego, dla mnie jako człowiek już nie istnieje. Jest ojcem mojego syna, bo tatą nazwać go nie mogę. Nie dość, że w ciąży miał gdzieś mnie to nie interesował się wyprawką, wózkiem, fotelikiem, urządzeniem pokoju dla dziecka... niczym. Na wszystko musiałam naciskać. Zniszczył mi ostatni rok mojego życia, zniszczył mi okres ciąży, który wcale nie był dla mnie "magiczny". Teraz nie pozwolę żeby zniszczył życie mojemu dziecku. Żerował na mojej nieśmiałości, niskim poczuciu własnej wartości, ale koniec. Skończyło się. Marzę teraz o normalności, zapisałam się na terapię. Nie chcę mieć już nic z nim wspólnego jako z człowiekiem, jednak nie chcę łamać prawa i ograniczać mu kontaktów z dzieckiem. O ile oczywiście będzie do nich dążył, bo aktualnie zatrzymał się na pytaniu "jak mały?" oraz jednej próbie zabrania go do siebie w niedzielę na kilka godzin. Nie dorósł do bycia mężem, nie dorósł do bycia ojcem, ale ja nareszcie dorosłam do tego żeby odejść i zacząć życie od nowa. Zrobię wszystko żeby mój syn był szczęśliwy, może kiedyś znajdzie się ktoś kto pokocha mnie i jego? Jest mi bardzo ciężko, ale nareszcie czuję siłę żeby się odciąć od tego chorego związku i nigdy nie pozwolę się już komukolwiek nad sobą znęcać psychicznie. Dlaczego to wszystko piszę? Nie dlatego żeby czytać, że byłam głupia. To wiem. Bardziej potrzebuję wsparcia, może potwierdzenia, że dam radę. Mam wsparcie rodziców, rodzeństwa, ale również teściów, którzy stoją murem po stronie mojej i wnuka. Oczywiście, że się boję, że będę już zawsze sama, ale ten strach nie może spowodować że wrócę do człowieka, który zniszczył mi życie i który zostawił mnie i swojego syna jeszcze zanim się urodził. Teraz już nie mam skrupułów, chcę wyciągnąć od niego wszystko, każdy grosz, który należy się mojemu dziecku. Trzymajcie kciuki żebym miała siłę to wszystko przeżyć. Zbieram się do napisania pozwu rozwodowego, ale muszę zasięgnąć jeszcze porady prawnej. Wiem, że jeszcze mu podziękuję za to, że mnie od siebie uwolnił. Jeżeli ktokolwiek dotrwał do tego momentu, to zwyczajnie dziękuję że poświęciłeś/poświęciłaś swój czas na przeczytanie mojej historii. Napiszcie co sądzicie, czy dobrze postąpiłam... Wam również życzę dużo siły!

Taka relacja jak opisałaś nikomu nie służy, ani Tobie ani waszemu dziecku. Dziecko czerpie wzorce od rodziców... a czego ma się nauczyć od was? Zatem Twoja decyzja jest słuszna. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

To tylko świadczy o nim.Ty bądź silna i olej go, zapomnij. Nienawiść zniszczy Ciebie. Masz wsparcie bliskich osób ,jesteś silniejsza niż myślisz 💛 powodzenia

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
51 minut temu, zuzannke napisał:

nie idz na żadna terapię, to dla ...ow

Wychodze z zalozenia, ze bylas na terapii i wyrobilas sobie zdanie? Czy tylko tak z nudow obrazasz ludzi?

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

@Katssu123 ja też świeżo po rozwodzie. Twój facet ewidentnie przygotowuje się na sprawę rozwodową. Stopniowo odsuwał się od ciebie, więc sama zeznasz że ustała więź emocjonalna, nie było współżycia i podejrzewam że ekonomicznie też jesteście już niezależni. Kontaktuje się w sprawie dziecka żeby sąd przyznał mu jak najniższe alimenty. Ponieważ chce rozwodu bez orzekania o winie musiał odsunąć z pola widzenia kochankę i zabronił ci o niej mówić żeby nikt z rodziny nie mógł potwierdzić w sądzie że kogoś ma i jest winny rozpadu małżeństwa (dlatego też z kochanką nie "współżył"). Mam nadzieję że mylę się w stosunku do twojego męża, jednak byłam w podobnej sytuacji i dwa lata separacji przyniosły mi tylko ból. Na pewno wszystko będzie dobrze, masz fantastyczne dziecko i tyle wspaniałych, wesołych chwil przed wami :)

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
17 godzin temu, Anielika napisał:

Wychodze z zalozenia, ze bylas na terapii i wyrobilas sobie zdanie? Czy tylko tak z nudow obrazasz ludzi?

mam wiedze medyczną i to mi wystarczy, no i znam lekarzy:)

  • Haha 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
1 godzinę temu, zuzannke napisał:

mam wiedze medyczną i to mi wystarczy, no i znam lekarzy:)

Skoro uwazasz, ze terapia jest dla  i.d.i.o.t.o.w  to jaka masz alternatywe dla ludzi, ktorzy sa w dolku i dla tych, ktorzy maja depresje. Powiesz im, zeby wzieli sie w garsc? To musisz uwazac, bo mozesz od nich dostac w twarz.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Jestem w podobnej sytuacji. Sama nie wiem co mam robic, jak sobie z tym poradzić. Rodzę za miesiąc, od ponad dwóch miesiecy jest między nami tragicznie, odsunął się ode mnie, nie interesuje się juz prawie niczym a na początku kiedy dowiedzieliśmy sie o ciąży był szczęśliwy. Szczęśliwy był do momentu kiedy poznał nową, wtedy zaczęło sie ukrywanie, klamstwa na każdym kroku a następnie wybuchł, że wszystko to moja wina bo go ograniczam i ciągle o wszystko wypytuję. Wszystko zaczęło sie psuć odkąd ją poznał ale nadal próbuje mnie oklamywać, ze to nie jest powodem... Byłam pewna tego człowieka jak nikogo innego nigdy w życiu a teraz sama nie wiem czy nie lepiej byłoby się rozstać niż żyć w takiej niepewnosci obok siebie jak to ma miejsce teraz.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Dnia 11.05.2021 o 17:46, Anielika napisał:

Skoro uwazasz, ze terapia jest dla  i.d.i.o.t.o.w  to jaka masz alternatywe dla ludzi, ktorzy sa w dolku i dla tych, ktorzy maja depresje. Powiesz im, zeby wzieli sie w garsc? To musisz uwazac, bo mozesz od nich dostac w twarz.

zalekowanie

prosty sposób, ktory praktykuję z powodzeniem.

Kiedyś to była lobotomia, ale skutki zalekowania są podobne. Świety spokój dla pacjenta i lekarza:) 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Podziwiam. Jesteś silna, choćby nie wiem co nie wracaj do tego szamba, bo ucierpisz nie tylko Ty, ale i Twój syn. Ja zbyt długo byłam zaślepiona, ale wrzeszcie się ocknęłam. Pozew juz wypisany, dowody tylko wydrukowac i wio do sądu. 

Powodzenia! 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowany)

Hej. Bardzo dobrze postąpiłaś. Ci którzy uciekają, albo odchodzą z dziwnych pseudo powodów, sami nie wiedzą, czego chcą. Po czasie często przychodzi im refleksja i żałują, ale wtedy jest dla nich za późno. 

Kochałaś, prosiłaś przekonywałaś, przyjęłaś go, gdy chciał wrócić. 

I tego jeszcze ta "koleżanka" ... 

Tjaaaa... Niezła dziewka, która bujała się z żonatym typkiem, który ma ciężarną kobietę. 

Co do sprawy rozwodowej. Spokojnie nie afiszuj się, zbieraj dowody, całe mnóstwo dowodów. 

Ten leszcz nie zasługuje na to, żeby nazywać go mężczyzną. 

Edytowano przez Rob_Hard_7777

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Dnia 13.05.2021 o 21:17, zuzannke napisał:

zalekowanie

prosty sposób, ktory praktykuję z powodzeniem.

Kiedyś to była lobotomia, ale skutki zalekowania są podobne. Świety spokój dla pacjenta i lekarza:) 

Dlaczego zrazilas sie tak do terapii? Twoja terapia poszla nie po twojej mysli?

To co tobie pomaga, niekoniecznie musi pomagac innym. Dlatego ostroznie z wyzywaniem ludzi, ktorzy chca pracowac nad soba.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Dnia 15.05.2021 o 19:50, Anielika napisał:

Dlaczego zrazilas sie tak do terapii? Twoja terapia poszla nie po twojej mysli?

To co tobie pomaga, niekoniecznie musi pomagac innym. Dlatego ostroznie z wyzywaniem ludzi, ktorzy chca pracowac nad soba.

Nie zrozumiałaś,

 na szczęście jestem po drugiej stronie:)

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
22 godziny temu, zuzannke napisał:

Nie zrozumiałaś,

 na szczęście jestem po drugiej stronie:)

Dalej nie rozumiem, dlaczego ludzi, ktorzy ida na terapie nazywasz i.d.i.o.t.a.m.i . 

Lekarzem nie jestes, psychologiem tez nie. Terapeutka w zadnym wypadku. 

To mam rozumiec, ze jestes nacpana lekami i chcesz tak cale zycie ciagnac? 

  • Haha 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

skad możesz wiedzieć kim jestem?

 

I est jak napisałam. Trudno zrozumiec, że dajesz sie robic w wala ''terapiami''? 

 

 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
5 minut temu, zuzannke napisał:

skad możesz wiedzieć kim jestem?

 

I est jak napisałam. Trudno zrozumiec, że dajesz sie robic w wala ''terapiami''? 

 

 

Czyli g.  wiesz, a udajesz byc kims kim nie jestes.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowany)

jesli na ciebie terapia działa, to znaczy, że nasza praca jest potrzebna, bo   i. dio..tow nie brakuje:)

Edytowano przez zuzannke

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Jezeli komus cos pomaga, to znaczy, ze dla tej osoby jest to dobre. Jezeli cos komus szkodzi, to znaczy, ze dla tej osoby jest to zle.

Proste? 

A ty masz jakies urojenia wyzszosci. Pycha ciebie az rozrywa 😉 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
1 minutę temu, Anielika napisał:

Jezeli komus cos pomaga, to znaczy, ze dla tej osoby jest to dobre. Jezeli cos komus szkodzi, to znaczy, ze dla tej osoby jest to zle.

Proste? 

A ty masz jakies urojenia wyzszosci. Pycha ciebie az rozrywa 😉 

Nie ma tym nic złego, ze jestem lepsza! 🙂

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowany)

Jestes lepsza ale w klamaniu 🙂  Ludzie nie sa lepsi ani gorsi, sa inni 😜

Edytowano przez Anielika
blad

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

I nie ma tych nic złego, że ludzie chodża do psychiatrów i psychologów i spowiadają sie ze swojego życia.

Oby więcej takich potrzebujących było.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
6 minut temu, Anielika napisał:

Jestes lepsza ale w klamaniu 🙂  Ludzie nie sa lepsi ani gorsi, sa inni 😜

psychoterapia chyba u ciebie zadziałała:) i to mnie cieszy

 

nie masz siebie za gorszą, tylko inną. Pogratulować tej, która cie tak ustawila:) 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

To byl kosciol katolicki, ktory mowil mi o pysze i o nie wywyzszaniu sie :classic_biggrin: 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Dnia 24.04.2021 o 13:43, Katssu123 napisał:

Opiszę po krótce moją sytuację, chociaż prawda jest taka, że krótko tego się nie da zrobić. Na wstępie zaznaczę, że rozstałam się z mężem. Czuje do tego człowieka wyłącznie nienawiść, jednak w tej chwili to wszystko jest jeszcze na tyle świeże, że potrzebuję spojrzenia innych, "obcych" osób na mój problem. Taka psychoterapia...

Sytuacja przedstawia się następująco - byłam z moim mężem od 16 roku życia, w tej chwili mam 28 lat. Po 8 latach wzięliśmy ślub. Od 2019 roku staraliśmy się o dziecko, udało się po roku starań, badań i jeżdżenia po lekarzach. O ciąży dowiedziałam się w czerwcu 2020 roku, natomiast relacja między nami zaczęła psuć się dwa miesiące wcześniej, czego ja nie zauważałam. Wszystko zrzucałam na stres związany z przedłużającym się oczekiwaniem na dziecko. Na początku tego kryzysu nie działo się jeszcze nic nadzwyczajnego, zwykłe sprzeczki małżeńskie. Czerwona lampka zapaliła się w mojej głowie gdy mąż nie ucieszył się na wiadomość o ciąży. Był wręcz obrażony, że go obudziłam. Wstał i pojechał do rodziców. Myślałam, że to może szok, nie wiedział jak zareagować... Ciąża okazała się być od początku zagrożona, musiałam przez 5 tygodni leżeć. Nie wychodziłam przez ten czas z mieszkania za wyjątkiem wizyty u lekarza. Mąż nalegał aby nikomu nie mówić o ciąży, bo nie wiadomo jak może się to zakończyć itp. Teraz wiem, że po prostu było mu to na rękę. Stopniowo bardzo się ode mnie oddalał, przestał nosić obrączkę, nie pytał o samopoczucie, nie rozmawiał, nie przytulał. Doszło do momentu, gdy nie chciał mnie dotknąć, pocałować. Po pracy "uciekał" do rodziców, do garażu, do drugiej pracy. Najgorsze były wieczory, kiedy wychodził na kilkugodzinne spacery z psem, ponieważ jak twierdził musiał odreagować stres w pracy. Zaślepiona miłością, ciążą i ogólną sytuacją życiową nie widziałam tego wszystkiego. W czasie tych spacerów dziwnym trafem nie odbierał moich telefonów. Po powrocie do domu oglądał do rana TV w innym pokoju, a gdy już pojawił się w sypialni nie mógł spać całymi nocami. Tak jak mówię, byłam zakochana i zaślepiona wizją macierzyństwa - wszystko zasłaniałam stresem związanym z faktem pojawienia się w niedługiej przyszłości dziecka. Mąż przestał interesować się moimi wizytami u lekarza, nigdy nie był w stanie wziąć urlopu w pracy, do 8 miesiąca ciąży jeździłam sama do lekarza prawie 100km w jedną stronę. Bardzo się zmienił, zaczął popijać alkohol w dużych ilościach. W koszu na śmieci, kotłowni, garażu znajdowałam spore ilości puszek i butelek. Zaczął palić papierosy. Teraz, kiedy to piszę sama dziwię się swojej "głupocie"... Tak bardzo bałam się samotności, że wypierałam to wszystko, myślałam, że jest ok i problem sam się rozwiąże. Pod koniec października powiedział mi, że nic do mnie nie czuje i nie chce ze mną być. Płakałam, błagałam... Po 2 tygodniach walki stwierdził, że muszę się wyprowadzić (mieszkanie było jego rodziców). Po tygodniu stwierdził, że przeprasza, że się zmieni. Omamiona wizją normalności wróciłam. Wtedy też dowiedziałam się, że od kwietnia do listopada pisał z "koleżanką". Spotykał się z nią na spacerach z psem, nawiązała się między nimi więź emocjonalna, stwierdził, że się zauroczył, ale fizycznie mnie nie zdradził. Było ciężko, bardzo ciężko, ale głupia ja postanowiłam wrócić dla dobra dziecka. Przez tydzień było dobrze, a nawet bardzo dobrze. Starał się. Ja jednak wpadłam w trans sprawdzania gdzie jest, z kim jest, co ma w kieszeniach itp. To było dla mnie bardzo upokarzające. Po miesiącu ponownego wspólnego mieszkania nakryłam go jak znowu pisał z tą dziewczyną. Pisał do niej "kotku, kochanie", a mnie znowu nie chciał przytulić. Do porodu został miesiąc. Bałam się, wstydziłam zostać sama z dzieckiem. Przeprosił, wybaczyłam... Bardzo szybko się denerwował, przeklinał w moim kierunku, padały wyzwiska. Dwa tygodnie po porodzie stwierdził, że jednak nie chce ze mną być i żebym wyprowadziła się z synem do moich rodziców. Tak bardzo mnie omamił, że obiecałam mu, że nikt nie dowie się, że kogoś miał/ma. Miałam mówić, że po prostu się nie dogadywaliśmy. Po czterech dniach stwierdził, że jednak pomyśli co dalej więc czekałam. Przyjeżdżał do syna, prawił komplementy. Po miesiącu jednak uznał, że do mnie nic nie czuje i z tą koleżanką też już go nic nie łączy, ale chce być sam. To była sekunda, kiedy przejrzałam na oczy. Dotarło do mnie jak toksycznym, chorym psychicznie jest człowiekiem. Nie chce mieć z nim już nic wspólnego, dla mnie jako człowiek już nie istnieje. Jest ojcem mojego syna, bo tatą nazwać go nie mogę. Nie dość, że w ciąży miał gdzieś mnie to nie interesował się wyprawką, wózkiem, fotelikiem, urządzeniem pokoju dla dziecka... niczym. Na wszystko musiałam naciskać. Zniszczył mi ostatni rok mojego życia, zniszczył mi okres ciąży, który wcale nie był dla mnie "magiczny". Teraz nie pozwolę żeby zniszczył życie mojemu dziecku. Żerował na mojej nieśmiałości, niskim poczuciu własnej wartości, ale koniec. Skończyło się. Marzę teraz o normalności, zapisałam się na terapię. Nie chcę mieć już nic z nim wspólnego jako z człowiekiem, jednak nie chcę łamać prawa i ograniczać mu kontaktów z dzieckiem. O ile oczywiście będzie do nich dążył, bo aktualnie zatrzymał się na pytaniu "jak mały?" oraz jednej próbie zabrania go do siebie w niedzielę na kilka godzin. Nie dorósł do bycia mężem, nie dorósł do bycia ojcem, ale ja nareszcie dorosłam do tego żeby odejść i zacząć życie od nowa. Zrobię wszystko żeby mój syn był szczęśliwy, może kiedyś znajdzie się ktoś kto pokocha mnie i jego? Jest mi bardzo ciężko, ale nareszcie czuję siłę żeby się odciąć od tego chorego związku i nigdy nie pozwolę się już komukolwiek nad sobą znęcać psychicznie. Dlaczego to wszystko piszę? Nie dlatego żeby czytać, że byłam głupia. To wiem. Bardziej potrzebuję wsparcia, może potwierdzenia, że dam radę. Mam wsparcie rodziców, rodzeństwa, ale również teściów, którzy stoją murem po stronie mojej i wnuka. Oczywiście, że się boję, że będę już zawsze sama, ale ten strach nie może spowodować że wrócę do człowieka, który zniszczył mi życie i który zostawił mnie i swojego syna jeszcze zanim się urodził. Teraz już nie mam skrupułów, chcę wyciągnąć od niego wszystko, każdy grosz, który należy się mojemu dziecku. Trzymajcie kciuki żebym miała siłę to wszystko przeżyć. Zbieram się do napisania pozwu rozwodowego, ale muszę zasięgnąć jeszcze porady prawnej. Wiem, że jeszcze mu podziękuję za to, że mnie od siebie uwolnił. Jeżeli ktokolwiek dotrwał do tego momentu, to zwyczajnie dziękuję że poświęciłeś/poświęciłaś swój czas na przeczytanie mojej historii. Napiszcie co sądzicie, czy dobrze postąpiłam... Wam również życzę dużo siły!

Oczywiście,  że dasz radę. Miałam podobnie, wiem co czujesz. Jedyne co ci mogę poradzić, żebyście nie traktowali dziecka jako kartę przetargową...dziecko nie jest niczemu winne. Przykre, boli po tylu latach bycia razem. Poswiecilas sie dla niego. Nigdy juz nie pozwól mu do siebie wrocic. !! Jak ci beda mowic " ze dla dobra dziecka" nie! 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Podejrzewam, że  zaczęło się psuć, gdy zaczęliście starać się o dziecko. Pamiętaj wina jest po obydwu stronach. Tylko my nie znamy wersji męża. Piszesz,że wszyscy są po twojej stronie, a to znaczy,że latasz i opowiadasz wszem i wobec. Przerabiałam rozwód też byłam pewna,   że to wina męża, ale wina leży zawsze pośrodku. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Dnia 11.05.2021 o 10:46, Anielika napisał:

Skoro uwazasz, ze terapia jest dla  i.d.i.o.t.o.w  to jaka masz alternatywe dla ludzi, ktorzy sa w dolku i dla tych, ktorzy maja depresje. Powiesz im, zeby wzieli sie w garsc? To musisz uwazac, bo mozesz od nich dostac w twarz.

rozmowa z przyjacielem wystarczy, a jak nie ma przyjaciela to takiego poszukać

Edytowano przez porwał mnie jaszczomp

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Bądź aktywny! Zaloguj się lub utwórz konto

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony

Utwórz konto

Zarejestruj nowe konto, to proste!

Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz własne konto? Użyj go!

Zaloguj się

×